Pierwsze wspomnienia
Urodziłem się w 1950 roku i jestem jednym z tych nielicznych ludzi, którzy przyszli na świat w Sopocie. Już chyba tylko 400 takich osób żyje. Urodziłem się przy ul. Abrahama 8, bo tam wtedy był jeden z trzech oddziałów położniczych (Abrahama, Westerplatte i Stawowie) Cały czas czuję się sopocianinem. W Sopocie jestem zameldowany, ale już nie mieszkam w nim od lat.
Moim najwcześniejszym sopockim wspomnieniem są lody Milano. To była chyba pierwsza taka lodziarnia w Polsce ze światowym posmakiem. Gdy czasami tam wpadam, do obecnie prowadzącego interes syna poprzedniego właściciela, to zawsze zamawiam tylko dwa smaki - cytrynowy i malaga. Bo te dwa utkwiły mi w głowie z dzieciństwa.
Drugą rzeczą, którą pamiętam jest szkoła. Chodziłem do nieistniejącej już Szkoły podstawowej nr 6, która była tuż pod lasem. To miejsce było przepiękne - dziś jest tam dom opieki społecznej. Szkoła miała świetne boisko, również malowniczo położone pod tym samym lasem i wtedy pojawiło się moje zamiłowanie do piłki nożnej. Po lekcjach grało się w nią godzinami. Jako dzieciak ciągle byłem w ruchu. Zimą jeździło się na sankach lub nartach z Łysej Góry. Ale prawda jest taka, że czas szkoły podstawowej to był okres głównie fascynacji piłką nożną. Wtedy mieszkaliśmy przy ul. Armii Czerwonej 68 m.13. Ta trzynastka była dla mnie szczęśliwa – później, jako młody chłopak nosiłem ją nawet na koszulce koszykarskiej, a podczas meczów zdobywałem najczęściej trzynaście punktów.
Pasja do sportu i ważne przyjaźnie
Koszykówką zainteresowałem się na poważnie, gdy zacząłem chodzić do II Liceum Ogólnokształcącego przy obecnej Alei Niepodległości. Grałem też wtedy w siatkówkę. Z tamtego czasu pamiętam niezwykła osobę, o której nie zapomnę do końca życia, a która zaraziła mnie mocno sportem: Tadeusza Mieszczańskiego. Niesamowity człowiek, trener, pedagog, który potrafił przekazać nam swoją pasją. Zachęcał nas do próbowania różnych dyscyplin - spróbowałem lekkoatletyki, rzutu dyskiem, skakałem w dal, w wzwyż. Trenowałem nawet szermierkę. Dzięki niemu wkroczyłem w świat zawodowej koszykówkę. Stworzył taki klimat dla sportu, że my, jako szkoła średnia, należeliśmy do jednej z najlepszych w koszykówce w Polsce. W liceum byłem w pierwszej piątce zawodników szkolnej drużyny. Działaliśmy jako klub Ogniwo Sopot. Mieliśmy piękne koszulki w stylu niemalże amerykańskim. Do dziś mam legitymację „Ogniwo Sopot – Sekcja Koszykówki”. To były chyba jedyne lata, gdy taki klub istniał. Graliśmy z sukcesami także tu, na Wybrzeżu. Razem ze mną grał kolega z ławy szkolnej – Marcin Jacobson: przyszły dziennikarz, DJ, producent muzyczny, impresario, animator kultury, z którym współpracuję do dzisiaj. Do tej samej klasy w II LO chodził też ze mną Władysław Jaroszewicz, obecnie biznesmen, Jacek Kucharski, wybitny znawca sztuki i ceniony marchand, prowadzący Sopocki Dom Aukcyjny w Sopocie i Warszawie, a także przyszły wybitny aktor, obecnie też impresario – Krzysztof Stasierowski, który urodził się dokładnie tego samego dnia, co ja, czyli 14 kwietnia 1950 roku w Sopocie.
Grałem w kosza także na studiach - studiowałem ekonomikę transportu morskiego na Uniwersytecie Gdańskim. Byłem wtedy jednym z podstawowych członków zespołu koszykarskiego AZS UG. Obiłem się o wszystkie ważne kluby Wybrzeża m.in. Ogniwo Sopot, AZS Gdańsk, Spójnia Gdańsk i GKS Wybrzeże. Grałem u boku wielu sław, np. Jerzego Młynarczyka, który później został prezydentem Gdańska, Edwarda Jurkiewicza, Janusza Ceglińskiego, Krzysztofa Skóry, Adama Wojtuszkiewicza, Zbigniewa Dregiera, Zbigniewa Markiewicza czy Krzysztofa Bielaka. Nie byłem członkiem kadry narodowej, ale zaznaczyłem swoją obecność w trójmiejskich w/w klubach. Gdy skończyłem grać jako zawodnik, zostałem działaczem sportowym. Sport obok kultury i rozrywki był dla mnie jednym z najważniejszych elementów życia. Wspomagałem wielu sportowców i kluby sportowe na Wybrzeżu jako organizator, producent czy sponsor.
Ważne miejsca mojej młodości
Można powiedzieć, że byliśmy z kolegami „wszędobylscy”. Gdy mieszkaliśmy na Kościuszki, naszym ulubionym miejscem na spędzanie czasu było boisko obok technikum ekonomicznego, tuż przy dworcu PKP i peronach kolejki elektrycznej. Mogliśmy na nim grać na okrągło we wszystko to, na co tylko mieliśmy ochotę: w kosza, w piłkę nożną, siatkówkę, a nawet w karty. Spędzaliśmy tam czas o różnych porach dnia, a nawet nocy. Molo i okolice pamiętam najbardziej z okresów wrześniowych – może dzięki tym wspomnieniom uwielbiam ten okres w Sopocie. Najlepiej czuliśmy się po sezonie i „najeździe” turystów. We wrześniu była jeszcze fajna pogoda, wszystko było wciąż otwarte. Co prawda już zaczynała się szkoła, ale jeszcze można było pójść na plażę się wykąpać. Były takie stare, drewniane łazienki, różne bary. Kąpaliśmy się po nocach, w ciągu dnia, a najczęściej w weekendy. W okolicach nadmorskich parków,i Łazienek Północnych i Południowych dużo się wtedy działo. Oczywiście był też Stadion Leśny SKLA, na którym uprawiałem lekkoatletykę podczas uczęszczania do liceum. Po latach na stadion wróciłem w 1997 roku jako członek zarządu i V-ce Prezes, do czego namówił mnie Adam Lipczyński. W ciągu kilku lat udało nam się przywrócić klub SKLA do świetności, poprzez organizację międzynarodowych „mityngów” (Memoriał J. Kusocińskiego i J. Sidły) oraz dzięki przebudowie i realizacji obiektu z baza hotelową, fitness i gastronomią. Taki obiekt to marzenie każdego miasta w Polsce. Uważam, że ten stadion jest jednym z najpiękniejszych obiektów tego typu w Europie. Jest to przede wszystkim zasługa wieloletniego Dyrektora Jerzego Smolarka i Prezesów Klubu – Adama Lipczyńskiego i Janusza Lewandowskiego. Kolejne kultowe miejsce w Sopocie to Hipodrom. W lecie, w każdą niedzielę, chodziliśmy z całą rodziną i znajomymi na wyścigi konne. To było w latach 70-tych. W tamtych latach Hipodrom był ogromną atrakcją, potem przeżywał kryzysy. Teraz, dzięki kolejnym inwestycjom, odbudowano legendę tego miejsca i znowu żyje ono swoim życiem. Zimowy Sopot wspominam na okrągło, bo tego już nie mamy i nie będziemy mieli. Teraz opowiadam, że za komuny mieliśmy cztery pory roku i prawdziwe zimy z mrozami i zaśnieżonym miastem. Świat się zmienił i wszystko się rozmyło. Wspominam m.in. zimowe chodzenie po lodzie setki metrów za Molem – to już nigdy więcej się nie udało. Kiedyś mieliśmy przepiękny tor saneczkowy, skocznię narciarską i każda zima to była po prostu atrakcja na śniegu. Ścigałem się na sopockim torze saneczkowym. Miałem półwyczynówki i startowałem w każdy zimowy weekend na zawodach – byłem chyba nawet wicemistrzem Sopotu na tych półwyczynówkach. W Sopocie był też zawodowy klub saneczkowy i nasza koleżanka, Zofia Hłasko była wicemistrzynią Europy juniorów w saneczkach. Na tyłach Łysej Góry skakaliśmy na nartach ze skoczni narciarskiej. Teraz ten tor saneczkowy zarósł już krzakami, po skoczni już też nic nie zostało. Nie mamy już takich zim, jak kiedyś. Byliśmy letnią stolicą Polski, ale były również przymiarki, żeby zimą coś się więcej w Sopocie działo. Korzystali z tego wszyscy mieszkańcy, to były bardzo aktywne obiekty.
Czasy liceum, pierwsze miłości i pierwsza praca
Przy ul. Armii Czerwonej 68 mieszkałem od urodzenia i tam zostało moje dzieciństwo, moje wspaniałe lata z tego okresu. Budynek w zasadzie do dziś niewiele się zmienił. Następnie przeprowadziliśmy się na ul. Kościuszki 11, róg Chopina. Tam spędziłem kolejne lata, chodząc do II Liceum, studiując, a potem pracując w Bałtyckiej Agencji Artystycznej, którą miałem dosłownie 100 metrów od domu. To był fajny okres, bo mieszkałem blisko Bohaterów Monte Cassino, blisko tego wszystkiego, co tam się działo. Za ścianą mojego pokoju i potem biura, była i do dzisiaj funkcjonuje piekarnia, cukiernia „Rydelek”.
Kiedyś był przymus chodzenia na święta państwowe. Przed moim liceum zawsze była trybuna. My z tymi flagami maszerowaliśmy przez całą Aleję Niepodległości i pod naszą szkołą kiwaliśmy do towarzyszy, sekretarzy. Tak to kiedyś wyglądało – to był przymus. Jak ktoś nie przychodził na pochód i nie miał jakiegoś sensownego wytłumaczenia, to był karany albo gdzieś tam miał coś zanotowane.
Liceum to był też czas pierwszych miłości. Pewnego raz przeżyłem horror. Zakochałem się w dziewczynie, która mieszkała niedaleko Szkoły nr 6. Ja byłem z Dolnego Sopotu, ona z Górnego. Pewnego dnia jej rodzice gdzieś wyjechali, a ja poszedłem do niej na spotkanie czy prywatkę. Gdy chciałem wyjść, nie mogłem opuścić budynku, ponieważ okrążyła go grupa nastolatków, która wiedziała, że jestem z Dolnego Sopotu. Mimo że mi się wtedy nie oberwało, to przeżyłem wielki strach. Górny Sopot bił się z Dolnym. Musiałem z tymi facetami się dogadać, żeby się pogodzić. Po wielu godzinach pertraktacji, umówili się ze mną w lesie, że jeżeli ja się jakoś im „nie odwdzięczę”, to zrobią mi krzywdę. Pamiętam, że następnego dnia pożyczyłem od rodziców pieniądze i z tymi chłopakami wszyscy się upiliśmy – skończyło się łagodnie, stałem się nietykalny.
Kiedy mój ojczym zmarł, pojawiły się w rodzinie problemy finansowe. Mama załatwiła mi więc etat w Przychodni Miejskiej w Sopocie przy Alei Niepodległości – przychodziłem o 4:00 lub 5:00 rano, sprzątałem cały teren wokół przychodni, potem otwierałem budynek i gdy lekarze przychodzili do pracy, ja szedłem do szkoły. Pamiętam, że jako woźny zarabiałem wtedy 850 zł. Po zajęciach znów wracałem do pracy. Robiłem zresztą różne rzeczy, żeby odciążyć mamę - sprzedawałem ogórki na plaży, skręcałem u prywaciarza okulary. Udawało mi się pogodzić szkołę i pracę. Mamę wszyscy bardzo szanowali. Pracowała w Urzędzie Miejskim w Sopocie – była szefową Wydziału Zdrowia. Nazywali ją czasem “Matka Boska Sopocka”, bo chętnie angażowała się w różne działania na rzecz innych. Do Opery Leśnej chodziłem często z mamą, bo dzięki niej miałem dostęp do zaproszeń i biletów na wszystkie wydarzenia i imprezy. Wtedy narodziła się moja fascynacja Festiwalem Sopockim, show-biznesem, ogólnie działalnością na rzecz kultury.
Sopocki rock’n’roll
Opera Leśna to jedno z najważniejszych miejsc w moim życiu. To tam narodziły się polskie festiwale – m.in. od 1956 roku odbywały się tam pierwsze festiwale jazzowe. Potem przekształciły się one w Jazz Jamboree i inne. W lipcu 1959 roku pojawił się w Sopocie rock'n'roll na terenie kortów tenisowych. Wystąpił wtedy zespół Rhythm&Blues i przypadkowo zadebiutował Michaj Burano, który potem podbijał estrady w Europie i rynek USA, będąc na listach przebojów jako John Mike Arlow. Ten koncert zapowiadał legendarny konferansjer i animator kultury Zbigniew Korpolewski. Warto zaznaczyć, że historia polskiego rocka zaczęła się w Gdańsku, a pierwszy koncert z udziałem zespołu R&B odbył się w kultowym klubie „Rudy Kot” w Gdańsku w marcu 1959 roku z inicjatywy niekwestionowanego ojca chrzestnego polskiego rocka Franciszka Walickiego. To on doprowadził do powstania pierwszej profesjonalnej dyskoteki i kawiarni muzycznej „Musicorama” w Grand Hotelu i słynnego „Non Stopu”. Rockowe szaleństwo opanowało całe Trójmiasto i wyruszyło na podbój kraju. Sopot i kilkunastu sopocian odegrało w tym główna rolę. Dzięki temu, że chodziłem na festiwale, jeszcze jako nastolatek pomyślałem o tym, że chciałbym kiedyś ten festiwal przejąć i organizować. To się później spełniło.
Życie rozrywkowe
Kiedy byłem nastolatkiem, a potem studentem królował Klub Studencki Żak. Nawet jeszcze nie będąc na studiach, każdy z nas chciał się dostać do tego klubu. Tam się rodził w Polsce rock'n'roll. Wszystkie największe gwiazdy lat 60-tych i 70-tych pochodziły z Trójmiasta, a my byliśmy stolicą tego show-biznesu. Oczywiście jeździliśmy do Żaka: podrabiało się nawet legitymacje, żeby nas tam wpuścili czy żeby się zapisać do gdańskiego klubu DKF. Projekcje odbywały się w niedzielę w (już nieistniejącym) kinie Polonia w Sopocie. Dostać się na te pokazy to był wielki „szpan”, zaszczyt. Ponieważ chodziliśmy tam jeszcze jako uczniowie szkoły średniej, musieliśmy dokonywać jakiś podstępów. Tam oglądało się filmy, które nie „leciały” normalnie w kinach. Dyskusyjny Klub Filmowy był naszym marzeniem! Później podobne rzeczy zaczęły dziać się w sopockim klubie „Ranczo” na ul. Bitwy pod Płowcami, w Domu Studenckim i klubie studenckim, który nazywał się „Łajba” wtedy na ul. Armii Czerwonej, a dziś Armii Krajowej, przy domu studenckim.
To były takie miejsca, gdzie chodziło się na fajne koncerty i imprezy. Jednak największą legendą tamtych czasów, jeżeli chodzi o muzykę, to wspomniana już legenda sopockiego Non-Stopu. Wejście tam było często niemożliwe, ponieważ byliśmy za młodzi, niepełnoletni. Klub był zawsze zapełniony. Mimo to udawało nam się tam wejść: albo przez płot albo jakimś bocznym wejściem. Nie zawsze było nas stać na bilety. Ale wejście tam, to było wielkie przeżycie. Do dziś pamiętam te pierwsze koncerty Czerwonych Gitar czy zespołu Polanie oraz takich gwiazd, jak Blackout z Nalepą i Mirą Kubasińską czy Skaldowie, Niebiesko-Czarni, Czerwono-Czarni. To był boom polskiego rock'n'rolla, który zaczął się w Trójmieście. Non-Stop był kultowym miejscem: każda kapela marzyła, żeby tam wystąpić. Każdy, kto w Polsce kochał rock'n'rolla, marzył, żeby tam być.
W krainę rock&rolla wprowadzał mnie wtedy nieżyjący już Sopocianin Andrzej Smereka: manager wielu gwiazd, m. in.: Maryli Rodowicz, Czerwonych Gitar czy Czesława Niemena. On też umożliwił mi pierwszą pracę sezonową w Operze Leśnej, podczas Międzynarodowego Festiwalu Piosenki w Sopocie, u boku kierownika tego obiektu: Jacka Dziergacza. Tak do reszty „zachorowałem” na sopocki festiwal i związałem z nim kawał swojego życia.
Na Monciaku
Słynny Monciak kojarzę najbardziej z lokalami gastronomicznymi takimi jak: Złoty Ul, Ermitraż, Pod Strzechą, Marago, Fantom, Riwiera czy bar Alga, Milano, a z nowszych Błękitny Pudel, gdzie najchętniej do dzisiaj siadam w sezonie letnim. To tutaj spotykam najczęściej starych przyjaciół czy gwiazdy mediów. Na Monciaku można było wszystko kupić: było tam bardzo dużo sklepów, m.in. delikatesy, sklepik kolonialny i pawilon spożywczy. Złoty Ul był legendą: miejscem, gdzie można było spotkać ludzi wszystkich nacji i zawodów. Były tam nawet ulubione miejsca miejscowych prostytutek, prawników, biznesmenów - lewych, prawych czy ludzi z gangsterskiego świata. Zawsze ktoś grał tam na fortepianie. Jednego zapamiętałem szczególnie, był legendą tego miejsca, pianista Witold Katafiasz. Chodziło się tu na wagary. Złoty Ul był miejscem, gdzie pierwszy raz spotkałem się z członkami Czerwonych Gitar i innymi gwiazdami. Każda znana osobistość, która przyjeżdżał do Sopotu, chciała pójść do Złotego Ula, ponieważ była to jedyna taka kawiarnia „na poziomie”. Oczywiście był jeszcze Grand Hotel. Te dwa miejsca były najbardziej „szpanerskie”: każdy chciał po prostu w nich być, pokazać się – szczególnie w lecie, na tarasie Ula. Każdy stał i walczył o dobre miejsce, żeby inni widzieli, że siedzi na tarasie. Byli tacy ludzie, którzy siedzieli na tarasie tylko po to, żeby patrzeć jak dziewczyny spacerują i szukają przygody albo przychodzili tam na podryw.
Sopockie charaktery
Sopot zawsze miał takie swoje postacie, które znała cała Polska. Gdy ktoś przyjeżdżał, to musiał mieć zdjęcie z Kanadą, Peterem Konfederatem czy z Parasolnikiem. To byli nasi ówcześni celebryci prekursorzy. Oni krążyli po Monciaku, każdy miał inny styl. Parasolnik rozbawiał i zaciekawiał ludzi swoim wyglądem: trochę klaunowskim, miał specyficzne buty, parasol, kapelusz i jakiś uniform, który powodował, że ludzie się za nim oglądali, zatrzymywali się i robili fotkę. Za to dostawał pieniądze. Zresztą był to facet, z którym można było ciekawie porozmawiać. To była fajna, kolorowa postać i jest on legendą do dzisiaj, ma nawet swój pomnik. Nazywano go „parasolnikiem”, bo on rzeczywiście najpierw naprawiał parasole, a potem dopiero znalazł inny sposób na życie. To samo było z Kanadą, który grał z kolei postać człowieka, która przyjechała z Ameryki czy z Kanady: wszystkie dziewczyny mu wierzyły. Przesiadywał w kawiarniach i opowiadał dziewczynom o swoich podbojach świata. One to przyjmowały i stawiały mu drinki, a on czuł się jak król. Był swoistym gawędziarzem, który przemieszczał się od lokalu do lokalu i wszyscy go gościli i z nim rozmawiali. Podobnie było z Peterem Konfederatem. Był bardzo zwariowany, ale i niebezpieczny (zbierał broń, bagnety, niewybuchy, co groziło kalectwem i śmiercią). Ludzie go upijali i to było niestety trochę niebezpieczne. Natomiast potrafił on dosłownie wszystko: za 5 złotych pisał „w sekundę” wiersz. Potrafił opowiadać o pistoletach, bagnetach i broni. Chodził z flagą amerykańską po ulicy, przebierał się w różne stroje wojskowe. Pamiętam, że był często na jakiś czas zamykany w szpitalu psychiatrycznym, żeby za bardzo nie straszył turystów. Ja osobiście mam tylko jedno przeżycie związane z Peterem Konfederatem. Kiedyś kręciłem dla TVP program o 30-leciu Sopockiego Festiwalu i jeździłem po całej Polsce, robiąc materiały z gwiazdami, z ludźmi, którzy ten festiwal tworzyli. Chciałem też nagrać materiały z Sopocianami, ich wypowiedzi o festiwalu. Któregoś dnia znalazłem się przed wejściem na Molo i zobaczyłem Konfederata. Powiedziałem do niego: „Weź Peter powiedz coś o festiwalu”, a on odparł: „Wojtek i telewizory– za mną!”. Wzięliśmy kamerę, sprzęt i poszliśmy za nim. Zaprowadził nas na wysokość (w tej chwilę już byłego) Domu Towarowego, gdzie miał na stoliku atrapę telewizora. Włożył do niego głowę i powiedział: „kręcić!”. Wypowiedział wtedy słowa, które do dziś cytuję: „Niech się kula ziemska wali, Sopot miastem festiwali!”. To były prorocze słowa!
Festiwalowe miasto
Rzeczywiście Sopot stał się miejscem festiwali na wszystkie tematy i na wszystkich obiektach. Sopot ma do tego celu nieprawdopodobną infrastrukturę. Zjechałem wiele festiwali na świecie i przez to pozbyłem się wszelkich kompleksów. Czy to w Cannes, czy w San Remo, Nashville, Miami i Bóg wie gdzie, żadne miasto na świecie, znane z wielkich festiwali, nie ma takiej infrastruktury, jaką ma Sopot! Od końca Mola do Opery Leśnej jest to jedna wielka atrakcja turystyczna. Mamy przepiękne korty tenisowe, Hipodrom, Operę Leśną, którą chwali cały świat, mamy stadiony, piłki nożnej, SKLA, stadion rugby, parki, ścieżki rowerowe, piękną Marinę, luksusowe hotele, obiekty sanatoryjne, domy aukcyjne, galerie sztuki, przystań żeglarską, obiekty konferencyjne, kina, teatry, kluby. Teraz jest jeszcze Ergo Arena, która spowodowała, że Sopot „żyje” cały rok. Kiedyś Sopot „żył” tylko dwa miesiące w roku, a dzięki tym obiektom i infrastrukturze w Sopocie przez cały rok organizuje się ogólnopolskie, europejskie i światowe wydarzenia.
Olimpiada w Monachium
Kiedy poszedłem na Uniwersytet Gdański, zasiliłem szeregi AZSu, nadal grając w koszykówkę. Poprzez zaangażowanie się w akademickim klubie w działalność społeczną, zacząłem interesować się także promocją sportu i obiektów sportowych. Zostałem wiceprezesem AZSu UG i robiłem wszystko, żeby promować wśród studentów sport i wszystko co się z nim związało. Myślę, że mój pierwszy życiowy sukces, to wydarzenie z pamiętnego 1972 roku. W nagrodę za swoje dokonania na rzecz sportu na uczelni, zostałem wytypowany przez Zarząd Główny AZS do grupy działaczy sportowych, którzy w nagrodę za działalność pojechali na Olimpiadę w Monachium. W tamtych czasach, być na takim światowym wydarzaniu, to było wielkie wyróżnienie i przeżycie. Jednocześnie jako działacze z Polski, byliśmy świetną drużyną: podczas Olimpiady, w turnieju działaczy sportowych w koszykówkę zdobyliśmy złoty medal. Podczas pobytu w Monachium miałem okazję zwiedzić poszczególne obiekty sportowe i spotkać się z gwiazdami sportu i dopingować naszych olimpijczyków w wielu dyscyplinach. Największym przeżyciem było to, gdy Polscy piłkarze zdobyli złoty medal i mnie jedynemu udało się przeskoczyć przez mur ochronny i wskoczyć na boisko! Byłem jedynym człowiekiem, który przebiegł z piłkarzami całą bieżnię stadionu, świętując ich złoty medal. Przekazałem moją flagę Włodzimierzowi Lubańskiemu i razem za nami biegł cały zespół. Moje zdjęcie z tej okazji obiegło cały świat, bo byłem tam po prostu wszędzie widoczny: to jest znakomita pamiątka. Powtórnie odwiedziłem w nagrodę Monachium w 1974 roku w towarzystwie grupy działaczy sportowych, podczas pamiętnych Mistrzostw Świata w piłce nożnej, gdzie wielkie sukcesy odnosili polscy piłkarze. To były niezapomniane chwile i wielka szkoła życia.
Pierwszy sopocki supermarket
Dzięki mojej inicjatywie powstał supermarket Billa (obecnie Aldi). Supermarket Billa powstał dzięki temu, że prowadziłem Festiwal Sopocki. Podczas jednego z Festiwali, jeden z jego sponsorów i równocześnie mój kolega George Rozencwajg z Wiednia, powiedział „Wojtek, będzie w Polsce stawiana sieć marketów Billa – zaczynamy w Warszawie. Nie mamy nikogo, kto by nam pomógł taki sklep postawić w Sopocie.”. Odpowiedziałem: „Daj spokój, ja się na tym nie znam.”, a on odparł: „Ty się nie musisz znać na stawianiu marketów. Ty jesteś publiczną osobą, która wszystkim tu otwiera drzwi. Przecież jak ty chcesz iść do prezydenta Sopotu, czy kogokolwiek coś załatwić, to pukasz i wchodzisz, nie musisz się prosić. Ty masz nam załatwić miejsce w Gdańsku, Sopocie, Gdyni: tam gdzie ci pokażemy. I weźmiesz za to pieniądze, jeśli doprowadzisz do tego, że tu powstanie taki sklep.”. Za ich namową poszedłem do Urzędu Miasta. Wtedy był taki problem, że miejsce po dawnym targowisku przejęli Norwedzy. Zamknęli to, ogrodzili i przez kilka lat nic się nie działo. Pokazali piękną makietę, mówili, że powstanie piękne centrum handlowe i nic nie zrobili. Była nawet zawierucha w mieście – ludzie się wkurzyli, chcieli, żeby coś z tym zrobić. Poszedłem do Urzędu i powiedziałem, że mam firmę, która postawi tam supermarket. Norwedzy zostali pogonieni. Już po kilku rozmowach doprowadziłem do podpisania kontraktu i od tego momentu w tempie ekspresowym zaczęły się prace. Obiekt powstał w sześć miesięcy, w tym same uzgodnienia i zgodę na budowę załatwiliśmy w dwa miesiące, negocjując z ówczesnym w-ce Prezydentem Jackiem Karnowskim. Generalnym wykonawcą za moją namową został sopocianin, mój kolega szkolny i przyjaciel Adam Lipczyński. Dla ludzi to było niesamowite, że można w sześć miesięcy postawić taki obiekt. To był największy obiekt tego typu w Sopocie. Cała historia miała miejsce około 1996-97 roku. Pamiętam anegdotę związaną z jego budowaniem. Kiedy podjąłem się organizacji tego obiektu, pojechałem do Wiednia i przedstawiłem propozycję powstania. Oni powiedzieli: „Ok. Tylko teraz zrobimy badania marketingowe itp.”. Ja im przedstawiłem trzy propozycje lokalizacji: jedną w Sopocie, jedną w Gdyni i jedną w Gdańsku. Po jakimś czasie przyleciał właściciel z Austrii z całą ekipą i powiedział: „Sorry Wojtek, ale badania marketingowe pokazały, że Sopot się nie nadaje, bo tu są dwa miesiące życia i śmierć. My tu interesu nie zrobimy. Najpierw załatw Gdańsk, potem załatw Gdynię i od tego zaczynamy.”. Dla mnie był to cios w plecy, nie chciałem dać za wygraną. Wziąłem ich do Błękitnego Pudla. Był to już sezon i na Monciaku spacerowała masa ludzi. Pamiętam jak dziś, że jedliśmy wątróbki i pierogi, suto zakrapianie. Powiedziałem im: „Ludzie zobaczcie co tu się dzieje, jakie to miasto. Chodźcie, zobaczcie jeszcze raz to miejsce. To miejsce tradycji, lat handlu, tu jest martwe. Ale tutaj przyjeżdżają ludzie nie tylko w sezonie na dwa miesiące: tu całe Trójmiasto na weekend przyjeżdża do tego miejsca i ten sklep będzie żył cały rok.”. Po tym wszystkim poszliśmy do góry, cały czas w tłumie – dla nich to był szok. Poszliśmy na miejsce, w którym miał powstać supermarket. Opowiedziałem im historię Sopotu i o tym wszystkim, co się dzieje wokoło. Obwiozłem ich po wszystkich, najbardziej atrakcyjnych miejscach. W pewnym momencie właściciel wyjął telefon i zadzwonił do Wiednia, mówiąc: „Pierwszą Billę stawiamy w Sopocie.”. Powstał wtedy największy sklep spożywczy z galerią handlową w Sopocie. Do dziś funkcjonuje, tylko zmienił właściciela.
Festiwalomania
Od lat 60-tych kręciłem się przy festiwalach sopockich jako widz i obserwator, a od 1970 roku już jako pracownik: najpierw sezonowy, techniczny, a potem pilot, tłumacz, rzecznik prasowy, impresario, szef reklamy, aż do momentu, gdy zostałem Prezydentem i współwłaścicielem festiwalu i jurorem. ”Etatowo” związałem się z festiwalem, przyjmując pracę szefa reklamy BART, kiedy dyrektorem był śp. Andrzej Cybulski, Był on wtedy legendarną wśród animatorów kultury postacią. To był 1975 rok. Do tej pracy protegowali mnie wtedy Mieczysław Rozmierski i Marek Łochwicki, obecny szef Video Studio, a w finale Zbigniew Canowiecki ówczesny Dyrektor TPS (Towarzystwo Przyjaciół Sopotu). To były niezwykłe lata i praca 24 godziny na dobę.
W 1988 roku postanowiłem zostać właścicielem Festiwalu. Pomógł mi w tym sam Jerzy Gruza i podstęp, jaki musiałem wykonać, aby przekonać ówczesne władze, które chciały odwołać festiwal z powodu braku pieniędzy. Miałem wtedy z bratem bliźniakiem, Grzegorzem, pierwszą w tej branży prywatną firmę w Polsce: BUP Biuro Usług Promocyjnych. Postanowiliśmy zaryzykować i przejąć festiwal. Jednak władze bały się oddać go w prywatne ręce w obawie przed kompromitacją. Po wielu pertraktacjach władze Sopotu, łącznie z komitetem PZPR, zgodziły się na oddanie festiwalu, pod warunkiem okazania funduszy na jego organizację. Wtedy z pomocą przyszedł mój przyjaciel z ławy szkolnej, biznesmen Władysław Jaroszewicz. Przedstawiliśmy „fikcyjne” czeki, które złożyliśmy do depozytu w Urzędzie Wojewódzkim w Gdańsku. To było wielkie ryzyko z naszej strony, ale udało nam się sprywatyzować największy wtedy festiwal w Europie Wschodniej i odnieść sukces komercyjny w okresie tuż przed transformacją. Nasz festiwal miał największą ilość retransmisji w historii festiwali, bo zaangażowaliśmy do tego wybitnych fachowców z Wielkiej Brytanii: Gavina Taylora i Bena Challisa. Te kilka festiwali, które zorganizowaliśmy, były rozwinięte na cały Sopot i ogarnęły największe obiekty, od Mola do Opery Leśnej i Hipodromu. Imprezy towarzyszące odbywały się na terenie całego miasta: na ulicach, w kinach, restauracjach, hotelach, BWA, kościołach. Wtedy na festiwalu pojawiły się takie gwiazdy jak Erasure, OMD, CC Catch, Kim Wilde, Marillion czy Alison Moyet. W takim wymiarze festiwal nigdy później już nie zaistniał. W 1994 skończyła się moja przygoda z festiwalem, którego organizację miasto nagle i niespodziewanie przekazało miejskiej firmie BART, a potem TVP. Na festiwalach bywam do dzisiaj jako gość i obserwator.
Czas pracy etatowej i biznesowej
Mój pierwszy etat to, jak już wspomniałem, praca w Przychodni Miejskiej, ale potem robiłem mnóstwo innych rzeczy. Był BART, Wydawnictwo „Prasa ZSL”, UP International, ULA Ltd., BUP Biuro Usług Promocyjnych, Inter Asame, Bari Art., Fundacji Sopockie Korzenie, CEPR Centrum Edukacji i Promocji Regionu w Szymbarku, Pomorskiej TV. Pełniłem funkcje woźnego, referenta, kierownika, dziennikarza, wydawcy, impresaria, jurora, wykładowcy, dyrektora, prezesa, właściciela czy prezydenta festiwalu. Od 1982 roku zangażowałem się w biznes prywatny, organizując z bratem Grzegorzem i Wiesławem Śliwińskim pierwszą w Polsce firmę prywatną – agencję BUP, zajmującą się promocją gwiazd rocka, organizacją festiwali, koncertami, wydawnictwami, nagraniami, eksportem i importem wielu artystów. Bywaliśmy na największych festiwalach i targach na świecie, promując wielu polskich wykonawców. Zainwestowaliśmy w prywatyzację i skomercjalizowanie sopockiego festiwalu. Doprowadziliśmy do powstania popularnego klubu – restauracji Non Stop przed wejściem na Molo (obecnie Dom Zdrojowy). Jednym z naszych sukcesów, a w szczególności mojego brata Grzegorza, było wydanie polskiej edycji Księgi Rekordów Guinessa.
To w Sopocie wyprodukowaliśmy Festiwal MMG (Muzyka Młodej Generacji), który dał początek festiwalowi w Jarocinie. Ale po kolei. Pierwszy koncert zorganizowałem jeszcze na studiach - w 1972 roku zaprosiłem do studenckiego klubu Łajba zespół 2 plus 1. Przyjechali na festiwal sopocki, gdzie pracowałem od 1969 roku jako tzw. “przynieś, podaj, pozamiataj”. Poznawałem dzięki temu artystów, z niektórymi się zaprzyjaźniłem na próbach i mogłem ich potem zapraszać na koncerty. Tak było właśnie z 2 plus 1. Ten pierwszy koncert to była zupełna amatorka, nie miałem pojęcia o nagłośnieniu, mikrofon w ostatniej chwili pożyczyłem na poczcie w Sopocie, ale udało się! Potem zacząłem współpracę z Ireną Jarocką. To głównie dzięki niej poznałem polski showbiznes od podszewki dosłownie w kilka miesięcy. Otworzyła mi drzwi do najważniejszych przedsiębiorstw i ludzi w tej branży. W 1976 roku zaczęła się moja najdłuższa współpraca - z zespołem Kombi Sławomira Łosowskiego. Kiedy poznałem Sławka wiedziałem od razu, że z tego zespołu trzeba zrobić gwiazdę. Od przeszło 45 lat jestem impresariem zespołu. Końcówka lat 70. to był niezwykle ciekawy czas w polskiej muzyce. Powstały zespoły, które nie były w stanie przebić się do mediów. Tam królowali m. innymi: Maryla Rodowicz, Anna Jantar, Irena Jarocka, Zdzisława Sośnicka, Andrzej Rosiewicz, Marek Grechuta. W gronie osób, z którymi spotykaliśmy się na różnych festiwalach i koncertach zaczęliśmy się zastanawiać, co z tym zrobić. To były takie osoby jak Jacek Sylwin, Marcin Jacobson, Walter Chełstowski, Wiesiek Śliwiński, Filip Holszański. Z tego zastanawiania się powstał pomysł na Muzykę Młodej Generacji. Autorem pomysłu nazwy MMG był Jacek Sylwin. Zrobiliśmy i rozpoczęliśmy to pod szyldem BART. Pod tym hasłem organizowaliśmy wydarzenia najpierw w Sopocie - w namiocie przy dzisiejszej ul. Haffnera. Zaczynały tam takie zespoły jak Kombi, Krzak, Exodus, Irjan, Respublika później znana jako Republika. Potem przenieśliśmy się do Jarocina i tak narodził się słynny festiwal. Mało kto wie, że nie byłoby go bez festiwalu MMG w Sopocie. Moim odkryciem z tamtego okresy był także zespół TSA i Marek Piekarczyk. Wiele lat później wymyśliłem, że to właśnie oni powinni zagrać główną rolę w polskiej adaptacji musicalu Jesus Christ Superstar i to był strzał w dziesiątkę. Namówiłem do tego mojego przyjaciela i mentora Jerzego Gruzę. Odnalazłem się w takiej działalności. Organizowałem trasy koncertowe w kraju i zagranicą dla Kombi, TSA, Tiltu, Lady Pank, De Mono i wielu innych. Wyprodukowaliśmy oprawę promocyjną największych wydarzeń rockowych i festiwali w Polsce. Z naszą agencją współpracowali: Jacek Sylwin, Piotr Nagłowski, Grzegorz Kuczyński, Jacek Rzehak, Grzegorz Protasiuk. Dwa lata (2002-2004 r.) poświęciłem na realizację projektu CEPR Centrum Edukacji i Promocji Regionu w Szymbarku (sam wymyśliłem tę nazwę), który wykonałem na zlecenie śp. Daniela Czapiewskiego. Obiekt ten stał się i jest do dzisiaj niezwykłą atrakcją turystyczną i dał mi wielką satysfakcję, że mogłem brać udział w jego powstaniu i komercyjnym sukcesie. Od 2004 współtworzyłem wszystkie wydarzenia kulturalne w nowo powstałym obiekcie, jakim jest Gdańskie Centrum Handlowe Manhattan. Dzięki moim pomysłom centrum w dużym stopniu związało się z życiem kulturalnym Trójmiasta. Organizowałem w nim festiwale, koncerty, spektakle teatralne, konferencje prasowe, wystawy, wernisaże, spotkania autorskie, imprezy komercyjne i charytatywne. W 2009 roku założyłem w Sopocie Fundację Sopockie Korzenie, która ma na celu ocalenie od zapomnienia wszystkiego, co wydarzyło się w Sopocie: od festiwali jazzowych w 1956 roku, przez pierwsze koncerty rockowe w 1959 roku, Festiwale Sopockie od 1961 roku, wydarzenia na bazie kultowego Non Stopu, Musicoramy, Teatru Letniego, Mola, Opery leśnej. Fundacja zgromadziła obszerne archiwum różnego typu wydawnictw, bibliotekę, zbiory pamiątek, sprzętu, nagrań audio, video, cd, dvd, płyt winylowych. Z dorobku Fundacji korzystają szkoły, uczelnie, media, domy kultury, muzea, animatorzy kultury w całej Polsce, a także organizacje polonijne zagranicą. Z naszej inicjatywy uhonorowano wielu wybitnych artystów, muzyków i animatorów kultury, takich jak: Seweryn Krajewski, Henryk Zomerski, Jerzy Skrzypczyk, Jerzy Kosela, Sławomir Łosowski, Krzysztof Klenczon, Marek Karewicz, Franciszek Walicki, Wiesław Bernolak, Zbigniew Bernolak, Roman Stinzing, Benek Dornowski. Jako Fundacja, rokrocznie organizowaliśmy wiele wydarzeń, m.in. Ogólnopolski Konkurs Wspomnień Miłośników Rock&rolla, na który spływały prace nie tylko z kraju, ale z całego świata, od mieszkających poza granicami Polski artystów i fanów rocka. Od kilkunastu lat nieustannie uzupełniam archiwa dotyczące historii sopockich festiwali, polskiego rocka i kultowego sopockiego Non Stopu. Z moich zasobów korzystają media, muzea, domy kultury i biblioteki. W latach 2015–2020 przekazałem część zbiorów Muzeum Polskiej Piosenki w Opolu oraz muzeum „Spichlerz Rocka” w Jarocinie. W tej dziedzinie współpracuję również z Archiwum Rocka Daniela Wolaka. Zbiory te stale się powiększają dzięki współpracy z fanami rocka i instytucjami, a także Polonią z całego świata, co pozwala ocalić cenne kolekcje od zapomnienia.
Życie na walizkach
W 2012 roku zacząłem pełnić funkcję wiceprezesa Baltic Media Group (Pomorska TV), a z mojej inicjatywy powstały w Centrum Handlowym Manhattan, biura i studia BMG. W Pomorskiej TV prowadziłem autorski program „Korzenie Rocka”, w którym przy udziale legendarnych muzyków opowiadałem o historii polskiego rocka. Ta telewizja już nie istnieje, ale z powodzeniem funkcjonowała pięć lat. Z inicjatywy Kazimierza Wierzbickiego, prezesa firmy TREFL i właściciela POMORSKIEJ TV powstała też wtedy świetna inicjatywa - Wytwórnia Filmów Animowanych Trefl, która wyprodukowała serial animowany “Rodzina Treflików”. Sprzedano go do kilkudziesięciu krajów. Choć Pomorskiej TV już nie ma, moja przyjaźń z Kazimierzem Wierzbickim trwa do dziś. To absolutnie nietuzinkowa postać w polskim i światowym biznesie związanego z produkcją kart do gry, puzzli, gier edukacyjnych, wydawnictw i produkcją filmów animowanych.
Z telewizją i radiem bardzo się polubiłem i do dziś współpracuję z TVP. Ostatnio wyprodukowałem osiemnaście programów autorskich dla TVP Gdańsk pt. “Urywki z rozrywki”. Współpracowałem także z TVP 3 Lublin przy cyklu programów “Piosenka u Ciebie”. Od roku współprowadzę cykliczny program na antenie Radia Gdańsk pt. MMT Muzyczna Mapa Trójmiasta.
Od 2015 roku, wspólnie z wójtem Markiem Zimakowskim i Gminnym Ośrodkiem Kultury, organizowałem w Przywidzu coroczny festiwal „Rockblu Przywidz Festiwal”. Festiwal nie tylko promuje Przywidz, ale przede wszystkim stał się miejscem honorowania legend polskiego rocka na specjalnie utworzonym „pomniku” – „Korzenie Rocka”. Byłem dyrektorem tego festiwalu i animatorem wielu wydarzeń kulturalnych i sportowych na terenie gminy Przywidz. Wszystko co wydarzyło się w Przywidzu zawdzięczam współpracy z rodziną państwa Joanny i Piotra Krzyżanowskich. To właściciele obiektu „Zielona Brama”, na który składają się: baza hotelowa, sale konferencyjne, stadnina koni, wyciąg narciarski, obiekty gastronomiczne i produkcja wyrobów regionalnych.
Współtworzyłem również książki, takie jak „Kombi. Słodkiego miłego życia. Prawdziwa historia” (współautorem jest Sławomir Łosowski), która stała się ważnym dokumentem historii zespołu. Ponadto jestem współautorem „Wspomnień Miłośników Rock&rolla” i „Wspomnień Rówieśników Rock&rolla” (obie we współautorstwie z Marcinem Jacobsonem). Napisałem i doprowadziłem do wydania książek o nietuzinkowych postaciach: mistrzu świata w morsowaniu Lechu Bednarku oraz biznesmenie kaszubskim Tadeuszu Kąkolu
Moje życie i działalność nadal łączą kulturę, muzykę, sport i biznes, co zostało opisane w wywiadzie-rzece autorstwa gdańskiej dziennikarki Magdaleny Świerczyńskiej-Dolot, prezeski Fundacji Audionomia, zatytułowanej „Wojciech 'Korzeń' Korzeniewski”. Książka wydana przez wydawnictwo „Region” ukazała się 2025 roku i staraliśmy się z Magdą poukładać w niej i podsumować moją działalność, która przez ponad 50 lat wpływała na rozwój polskiej kultury. Jestem człowiekiem, który wciąż szuka nowych wyzwań i pozostaje aktywny na scenie artystycznej.
W 2012 roku po raz drugi otrzymałem odznaczenie „Zasłużony dla Kultury Polskiej” przyznaną przez Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego, co było dla mnie dużym wyróżnieniem. Jestem również laureatem Bursztynowego Słowika za Sopot Festiwal oraz Nagrody FIDOF (Międzynarodowa Organizacja Festiwali w Los Angeles). Moje doświadczenie w branży to ponad 50 lat, a wciąż pełnię rolę doradcy, mentora, jurora, rzecznika prasowego, dyrektora artystycznego i szefa festiwali.
Nigdy nie myślałem o tym, żeby zwolnić tempo, odpocząć. Ważne było to, co przyniesie jutro. Co wczoraj, to wczoraj, dziś jest nowy dzień i nowe działania. Ostatnich kilkanaście lat spędziłem na walizkach, podróżując po całym świecie z rozmaitymi artystami. Jestem również organizatorem festiwali, animatorem kultury, wydawcą i producentem. Nie znam takiego słowa jak emerytura. Nie potrafię zwolnić, muszę żyć w biegu. Mam dziesięć pomysłów na godzinę i ciągle nie brakuje mi energii, żeby je realizować. Możliwe więc, że niedługo trzeba będzie dopisać kolejny rozdział tej opowieści.
Opowieści rodzinne
Moja mama, Irena Wieloszewska z domu Turek, pochodziła z Borysławia. Mój ojciec, Roman, pochodził z Warszawy. Poznałem go mając 7-8 lat. Wychowywał mnie Ojczym - Innocenty Wieloszewski, który był lekarzem ginekologiem. Mama była lekarzem dentystą. Oboje pracowali w sopockich szpitalach i przychodniach. Moim rodzeństwem były siostry Bożena i Magda, brat-bliźniak Grzegorz i Antoni Wieloszewski, syn z drugiego małżeństwa mamy. Byliśmy rozrzuceni po kraju „po rodzinie”, bo mama sama nie dawała sobie rady. Tylko ja od urodzenia wychowywałem się w Sopocie. Siostra wychowywała się u babci w Warszawie, Grzegorz u babci w Krośnie, a Antoni u babci w Radomiu. Mama była lekarzem i mocno zaangażowała się społecznie. Była też pracoholikiem. Niezależnie od pracy w szpitalu i przychodni, prowadziła prywatny gabinet dentystyczny w domu wspólnie z doktorem Adamem Depą, protetykiem. Ojciec Roman był w latach 1945-49 naczelnikiem Wydziału Ogólnego przy Prezydencie Miasta Sopotu i w 1950 r. wyjechał na stałe do Poznania. Ojczym, który pojawił się w moim życiu w 1953 roku, podobnie jak mama pracował w przychodniach i szpitalu, a także miał w domu swój prywatny gabinet ginekologiczny. Rodzice prowadzili dom otwarty. Mieli wielu przyjaciół na różnych szczeblach. W obu gabinetach pojawiali się ludzie różnych zawodów, funkcji, ale też gwiazdy filmu czy estrady. Ich wizyty kończyły się często niezłą balangą. W pewnym momencie mama została naczelnikiem Wydziału Zdrowia w Urzędzie Miejskim i dalej praktykowała w gabinecie prywatnym w domu. W 1955 roku, w wieku dziesięciu lat, moja siostra Bożena zmarła nagle na zapalenia opon mózgowych. Mój brat bliźniak Grzegorz przyjechał na stałe do Sopotu w 1964 roku i już razem, choć do różnych klas, chodziliśmy do II LO w Sopocie. Ojczym zmarł nagle, przedwcześnie, w 1969 roku – to spowodowało całkowitą zmianę naszego trybu życia. Starałem się usamodzielnić i angażować w wiele prac: chciałem zarabiać na swoje konto i pomagać finansowo mamie. Mój najmłodszy brat, Antoni Wieloszewski, miał po ojcu zainteresowania artystyczne i prowadził z kolegą - Jurkiem Witkiem - własną agencję reklamową specjalizując się w drukach. Mieli własną pracownię fotograficzną i drukarnię. Antoniego dopadł rak i zmarł nagle w 1986 roku. Kiedy chodziłem do szkoły, równocześnie dorabiałem sobie jako woźny w Przychodni Miejskiej w Sopocie. Pierwszy poważny etat uzyskałem w Bałtyckiej Agencji Artystycznej BART w Sopocie, gdzie poznałem swoją pierwszą żonę – Hannę Witucką z którą mam wspaniałą córkę Annę (ur. w 1980 roku, obecnie mieszka na stałe w Londynie). Z ojcem, Romanem Korzeniewskim, utrzymywałem stały kontakt, wielokrotnie współpracowaliśmy, pomagałem także ojcu przy organizacji i funkcjonowaniu jego stoisk podczas Międzynarodowych Targów Poznańskich. Ojciec był wybitnym fachowcem, zajmującym się zaopatrywaniem polskich szpitali w aparaturę medyczną światowej klasy. W pewnym okresie życia, pod koniec lat 90-tych, pracowałem dla niego etatowo przez cztery lata, zajmując się sprzedażą sprzętu medycznego szpitalom z terenów polski północnej. Mama, Irena Wieloszewska, zmarła po ciężkiej chorobie w 2005 roku w Sopocie, a ojciec zmarł również po ciężkiej chorobie w 2006 roku w Poznaniu. Moją drugą żoną (od 1999 roku) jest Dorota Korzeniewska z którą mamy również wspaniałą córkę Monikę (ur. 1999). Mieszkamy obecnie na wsi niedaleko Gdańska. Moja siostra Magdalena mieszka samotnie w Warszawie, gdzie wychowywała się u śp. babci Heleny Korzeniewskiej, mamy mojego taty. Magda jest niezwykle aktywnym działaczem polskiego związku Głuchych. Mój brat-bliźniak z którym prowadziłem przez kilkanaście lat wspólny interes związany z Biurem Usług Promocyjnych i organizacja festiwali, mieszkał wiele lat zagranicą. Jego pierwszą żoną była Ewa Górecka z Gdyni z którą ma syna Michała. Jego drugą żoną była Liliana Korzeniewska – sopocianka, która pracowała razem z nami w biurze BUP. Brat był zasłużonym działaczem Solidarności i kombatantem, rannym podczas sierpniowych strajków w 1980 roku, aresztowanym za działania na rzecz Solidarności. Ukończył Wydział Prawa i Administracji Uniwersytetu Gdańskiego w Sopocie. Zmarł 25 czerwca 2025 roku. Ponadto miałem dwie siostry: Ewę i Iwonę, z drugiego małżeństwa ojca. Ewa już nie żyje, a Iwona, wraz z mężem, znanym poznańskim aktorem Piotrem Zawadzkim mieszkają w Poznaniu i od wielu lat prowadzą z powodzeniem kultowy pub „Za kulisami” przy ul. Wodnej 24. Mam jeszcze jednego brata z trzeciego małżeństwa taty z Henryką Korzeniewską. Henryka jest niezwykle pozytywnie nastawiona do całej naszej rodziny rozrzuconej po całym świecie. Natomiast Robert Korzeniewski jest producentem muzycznym, a jego żoną jest znana aktorka i piosenkarka Monika Jarosińska-Korzeniewska. Mieszkają i pracują w Warszawie. Utrzymujemy stały kontakt i spotykamy się.
Są jeszcze dwie osoby w naszej rodzinie, ze strony mojej mamy, jej siostry to kuzynka, lekarz Dorota Nierojewska mieszkająca w Rzeszowie i jej brat Bartłomiej Bukowski. Dorota rokrocznie spędza urlop i wypoczywa w Sopocie.
Bartek od ponad 30 lat mieszka w Magdeburgu i tam śpiewa i pracuje w tamtejszej Operze jako baryton. Wybitny wokalista. Ma pasję do pracy w mediach i stąd zajmuje się produkcją programów telewizyjnych dla swojego Dziennika Berlińskiego i kanału TV w Magdeburgu. Współpracuje w tym temacie, między innymi z TVP Polonia, Polsatem. Często produkuje reportaże i wywiady z moich imprez i wydarzeń w Trójmieście. Z tej współpracy wyniknie wkrótce jeszcze wiele ciekawych tematów.
