Dorota Kupper
Huśtawka ponad falami
Czasem by w życiu coś zmienić, trzeba poczuć silne zniecierpliwienie. Zniecierpliwienie graniczące z irytacją. Z takiej mieszanki potrafią wypączkować całkiem niezłe pomysły. Jak np. pamiątki z Sopotu wymyślone przez Dorotę Kupper.
 
Aleksandra Kozłowska
Na nasze spotkanie Dorota przyjeżdża lekko pordzewiałą Gazelą, produktem słynnych Zjednoczonych Zakładów Rowerowych Romet w Bydgoszczy. Taki rower to dziś marzenie każdego szanującego się hipstera. A już na pewno kogoś, kto potrafi dostrzec wartość w przeszłości. Dorotę aż serce boli, że u nas ta przeszłość tak często jest niedoceniana, lekceważona, pomijana na korzyść plastikowej teraźniejszości. – Za każdym razem, gdy odwiedzali mnie znajomi z innych miast i chcieli kupić stąd pamiątki, trudno było znaleźć coś fajnego. Zwłaszcza, gdy ktoś nie lubi biżuterii i bursztynu – zauważa sopocianka. – Dominuje plastikowa chińszczyzna ze straganów na molo. A przecież jest tyle innych możliwości. Pamiętam przepiękne torby, koszulki, zakładki do książek z lokalnymi motywami, jakie są do kupienia w sklepikach Barcelony czy Lizbony. Z Lizbony można też przywieźć ślicznie zapakowane mydło, albo ściereczki do kuchni czy inne przedmioty użytkowe np. w motywy rybne. W jednej z małych lizbońskich galerii za 10 euro widziałam artystyczne, czarno-białe zdjęcia miasta. Oryginalne, zrobione przez tamtejszych fotografików. Dlaczego u nas takich nie widać? Przecież można by tak pokazać Sopot: spoza sezonu, z mniej znanych uliczek, z Górnego Sopotu, gdzie prawie nikt z turystów nie chadza, bo o nim po prostu nie wie.
 
Wonder Woman na tle morza
 
I z tego właśnie zniecierpliwienia, z zawstydzenia, że pamiątka z Sopotu wciąż najczęściej ma formę plastikowego delfinka skaczącego przez bryłkę bursztynu powstał pomysł na torby, koszulki, saszetki z motywami sopockimi, dokładnie dawnosopockimi. Na przykład ze szczupłą dziewczyną w jednoczęściowym stroju kąpielowym i pelerynie (kocu?) powiewającej na morskim wietrze, tak że wygląda niczym jakaś sopocka Wonder Woman. – To grafika „Zoppot. Das Weltbad an der Ostsee” Juppa Wiertza z 1935 r. – wyjaśnia Dorota. - Zmieniliśmy tylko napis „Zoppot” na „Sopot” posługując się tą samą czcionką. Ale na dole zostawiliśmy oryginalny napis niemiecki, co oburza niektórych turystów. A mogłaby to być inspiracja do poszukiwań dlaczego napis jest niemiecki, jak toczyła się historia miasta.
Z pomysłami jest często tak, że od momentu ich pojawienia się do realizacji musi minąć jakiś czas. Dorota: - O moich pamiątkach długo myślałam, ale też długo nic w tym kierunku nie zrobiłam. Dopiero w Boże Narodzenie, trzy czy cztery lata temu przypadkiem trafiłam w Internecie na przedwojenną sopocką pocztówkę. Nie spodziewałam się, że tak mnie to wciągnie. Trzy dni świąt spędziłam przeglądając setki takich pocztówek i fotografii. Całkowicie pochłonął mnie świat przedwojennego Sopotu, te stroje, dancingi przy molo, zjazdy na nartach i sankach z Łysej Góry, miejsca, np. mostek po drodze do Szkoły Muzycznej. Na jednej z pocztówek stała na nim kobieta w pięknej sukni i bogato zdobionym kapeluszu. Widziałam też wspaniałą widokówkę czy zdjęcie raczej: wielka huśtawka wbita w dno morza, tak że dwie dorosłe osoby mogły się huśtać ponad falami. Miałabym ochotę ją przywrócić, w ramach budżetu obywatelskiego chociażby. Albo słynne zdjęciu zeppelina nad Sopotem. Albo motyw werandy, tak charakterystyczny dla miasta, znak firmowy po prostu, a mało wykorzystywany. Zachwyciłam się tym wszystkim i pomyślałam, że to właśnie jest dziedzictwo, z którego można czerpać robiąc pamiątki. Nie mówiąc o historii późniejszej. Lata 60., 70. XX w.: wspaniałe wzornictwo, teatrzyk Bim-Bom, Kobiela i Cybulski, którzy mieszkali w Górnym Sopocie. Sopot to też legenda polskiego komiksu, czyli Janusz Christa. To tu przecież pisał i rysował Kajka i Kokosza. Źródła inspiracji są niewyczerpane.
 
Szwedzi z sopocką mewą
 
Żeby kupić torbę czy T-shirt z motywem wybranym przez Dorotę Kupper trochę trzeba się naszukać. Uważny przechodzeń dostrzeże nadruk z przedwojenną plażowiczką na stoisku „Sopockie dzwoneczki”, wypatrzy go w Informacji Turystycznej przy molo, znajdzie też w internecie na facebookowym profilu Czarodziejska Góra. - Brakuje w mieście galerii z projektami sopockich twórców. Kiedyś była Triada, można było tam kupić np. obrazy Umiastowskiego. Dziś trudno znaleźć podobną przestrzeń. A ja nie chcę by moje pamiątki znalazły się na popularnych straganach, obok plastikowej masówki, która – moim zdaniem – tylko zaśmieca planetę.
Jej rzeczy najchętniej kupują Szwedzi, w ogóle Skandynawowie, to estetyka która im pasuje. Doceniają plecaczki z mewą i łódką - dekoracje są proste i oszczędne. Dorota: - Nie ma tych produktów wiele – wypuszczam nieduże serie, ponieważ koszt produkcji jest dość wysoki: dobrej jakości bawełna, nadruki, które wytrzymują wiele prań, praca grafika - bo ja tylko wymyślam motywy. Ważne jest w tym spełnienie pewnej mojej potrzeby. To nie do pomyślenia, by tak piękne miasto miało tak niewiele estetycznych pamiątek do zaoferowania.
To jej wyczulenie na estetykę, na lokalną przeszłość, którą należy wziąć w obronę w konfrontacji ze współczesną jarmarcznością nie wzięło się z niczego. Dorota jest z wykształcenia historykiem sztuki. Oraz… adwokatem. Ten drugi zawód jest źródłem dochodu, ten pierwszy źródłem kreatywności.
- Pierwsze było prawo – opowiada Dorota. - Nie było to jakieś moje wielkie marzenie, myślałam bardziej o kulturoznawstwie czy filozofii. W końcu poszłam na studia, na które szła też moja koleżanka, z przekonaniem, że potem się przeniosę na inny kierunek, ale już tam zostałam. Natomiast historia sztuki była już świadomym wyborem. Studiując historię sztuki zorientowałam się , że jest jeden temat, który totalnie mnie interesuje. To historia architektury, a ściślej modernizm przed- i powojenny. Magisterkę zamierzam pisać z Oskara i Zofii Hansenów. Warszawscy architekci, którzy zaprojektowali Przyczółek Grochowski. I swój bardzo ciekawy dom w Szuminie. Teraz zaczęli być popularni. On - syn Rosjanki i Norwega, studiował w Polsce. Otarł się o Le Corbusiera, miał potencjał żeby zrobić światową karierę, ale zdecydował się na tworzenie w Polsce. I za polskiego architekta jest uważany.
 
Czar Miramaru 
 
Pytam o modernizm w Sopocie. Wielu jego miłośników wciąż nie przebolało straty baru Alga, jednej z ikon modernizmu w Polsce. - Mnie najbardziej szkoda Łazienek Północnych i ślimaka, po którym zjeżdżało się na rowerze – mówi Dorota. - Drugim budynkiem, po którego rozbiórce serce bolało mnie co najmniej przez tydzień był Dom Turysty Miramar, w Kamiennym Potoku naprzeciwko dworca. Był absolutnie najlepszym budynkiem modernistycznym w Sopocie. Miał świetną bryłę, ciekawe rozwiązania jeśli chodzi o okna. 
Zachował się natomiast bardzo fajny budynek, w którym kiedyś był klub Enzym. Na starych zdjęciach widać, że pierwotnie był piękny, całkowicie otwarty, taka letnia restauracja. Potem został zabudowany, przez co sporo stracił. Interesowałam się nim żeby wiedzieć czy przypadkiem ktoś nie chce go zburzyć, wtedy trzeba by temu przeciwdziałać. Tak jak w Warszawie. Tam modernizm jest bardzo ceniony, przynajmniej przez ruchy miejskie. Nieugięcie walczyły np. o pawilon meblowy „Emilia”, na którego miejscu powstanie wieżowiec. I udało się – „Emilię” rozebrano, ale ma być umieszczona w nowej lokalizacji, nie została po prostu zburzona.
- Założyłam w Warszawie fundację Wzornictwo i Ład – mówi dalej Kupper. – Naszym celem są działania zmierzające do poprawy estetyki przestrzeni publicznej. Jednym z ostatnich pomysłów jest wsparcie przedszkoli i szkół,  myślę o konsultacjach dla dyrektorów placówek edukacyjnych przy remontach, modernizacji, zakupie sprzętu. Żeby chcieli inwestować w zakup dobrze zaprojektowanych rzeczy. Po co? By od początku kształtować wrażliwość dzieci. W przyszłości to one będą przecież odpowiedzialne za to jak będzie wyglądała Polska. To coś, co robią Skandynawowie – u nich szkoły są piękne.
 
Na lody do Włocha 
 
A Sopot twojego dzieciństwa? – chcę wiedzieć. - Mieszkałam na Kamionce. Do szkoły (nr 9) chodziłam na Brodwinie. Na Brodwinie chodziłam też na kółko ceramiczne dla dzieci – prowadziła je Marta, dziś właścicielka „Sopockich dzwoneczków”. Ale doszłam do wniosku, że nie mam talentu ceramika - uśmiecha się Dorota. - Kultowe miejsca? Jasne, że były. Lubiłam chodzić do Włocha na lody. Razem z rodzicami i starszą siostrą mieliśmy taki rodzinny rytuał. Pamiętam jak zafascynowane patrzyłyśmy jak on te lody kręci. I drewnianą łychę, którą wsypywał truskawki. Z tym Włochem wiąże się zresztą niesamowita historia. Kilka lat temu byłam we włoskiej podróży z ludźmi z Trójmiasta. Jednego dnia okazało się, że jedziemy złożyć kwiaty na jakimś grobie w małym włoskim miasteczku, na południu w Puli. Na miejscu dowiedziałam się, że to grób tego właśnie słynnego Włocha z Sopotu, lodziarza. Bo jeden z członków naszej wyprawy, Mikołaj przyjaźni się z jego wnukiem. 
Pamiętam też dwie inne legendarne postaci – Parasolnika i Petera Konfederata.  Jako dziecko trochę się ich jednak bałam. Lubiłam bardzo wspomniane już Łazienki Północne, ślimaka, kina Polonia i Bałtyk. I Kawiaret – można było tam gazety czytać. Bardzo lubiłam - i jest mi przykro, że tego już nie ma – chodzić do Teatru Ekspresji Wojciecha Misiuro. Do Sfinksa się chodziło, klub działa zresztą do tej pory. Ale dziś też są fajne  miejsca, np. klubokawiarnia Dwie Zmiany, kawiarnia Las, albo Dworek Sierakowskich - bo tam cisza i spokój, oraz plac zabaw obok, co dla mamy z dzieckiem jest nie bez znaczenia. Zimą lubię też łyżwy na molo i karuzelę dla dzieci na Monciaku. Chodzę na wernisaże do willi Bergera, którą uwielbiam. Byłam tam dwa czy trzy lata temu na spacerze architektonicznym i pan profesor, który mieszka na piętrze pozwolił nam wejść do środka. Niesamowite przeżycie! Zrobiłam trochę zdjęć ale obiecałam, że ich nie opublikuję. 
- Choć pracuję w Warszawie, Sopotu nigdy na dobre nie opuściłam i nie zamierzam tego robić. Tak układam sobie pracę, że zwykle raz w miesiącu przyjeżdżamy tu na tydzień. Przyglądam się jak miasto żyje, jak się zmienia.
Ładnie wyglądają skwery i parki, niektóre nadmorskie bary – stonowana kolorystyka, naturalne materiały. Plac przed wejściem na molo jest natomiast bardzo źle zaaranżowany. Od lat nie był remontowany, a okresowy handel w drewanianych „budach” to jakieś nieporozumienie. Nie podobają mi się też remonty niektórych kamienic; obkładanie ich  styropianem i plastikowe okna, przy czym każde „z innej bajki”. Mocno przebudowywany jest też Górny Sopot. Kupują tam domy bardzo bogaci ludzie, dla których te budynki są za małe. Więc je rozbudowują i powstają często budynki, które nie mają już nic wspólnego ze stylem, który jest charakterystyczny dla architektury Sopotu. A to przecież także sopockie dziedzictwo. Szkoda, by zniknęło.