Kategorie haseł

muzyka
(2)

Do Warszawy wróciłem z przymusowych robót w Niemczech wraz z żoną i dwojgiem dzieci 23 maja 1945 roku. Od razu zameldowałem się w Rozgłośni Polskiego Radia, w której pracowałem przed wojną, a która mieściła się teraz na Pradze przy ulicy Targowej 63. Otrzymałem kilka funkcji: akompaniatora, bibliotekarza i coś tam jeszcze. I tegoż samego dnia już akompaniowałem w jakiejś wojskowej audycji.
Przechodząc ulicą Targową na Pradze, która wówczas była „deptakiem” dla wszystkich wracających warszawiaków, często spotykałem swoich znajomych. Spotkałem swego przedwojennego przyjaciela Zbigniewa Turskiego.
- A, jesteś! Jedziesz więc do Sopotu.
- A co mi dajesz-
- Mieszkanie i fortepian.
- A co będę tam robił- – zapytałem.
- Organizował uczelnię muzyczną.
Zgodziłem się. Poszliśmy więc od razu do Ministerstwa Kultury i Sztuki, które mieściło się wraz z innymi ministerstwami w gmachu dawnej Dyrekcji Kolei Państwowych na tej samej ulicy Targowej. Tam dowiedziałem się, że do Sopotu jadą również śpiewacy: Kazimierz Czekotowski i jego żona Maria Bojar-Przemieniecka oraz pianiści: Jan Gorbaty i Stanisław Staniewicz.
Rankiem 8-go czerwca 1945 roku wsiadłem do samolotu, w którym byli już niektórzy koledzy. Wówczas dopiero dowiedziałem się, że koledzy właśnie mnie wybrali na organizatora i dyrektora przyszłej szkoły muzycznej. Po około dwóch godzinach lotu ujrzałem ruiny dużego miasta. Samolot zniżył się i wylądował szczęśliwie na gdańskim lotnisku we Wrzeszczu. Stamtąd łazikiem zabrano nas do Sopotu, gdzie tymczasowo mieścił się Gdański Urząd Wojewódzki. Znalazłem tam Turskiego i po jakimś czasie wyszliśmy razem na miasto, które było niewiele zniszczone. Poszliśmy w kierunku morza, a później zawróciliśmy w górę. I tam, na ulicy Rycerskiej, która wkrótce została przemianowana na ul. Obrońców Westerplatte, Turski pokazał mi okazałą willę pod nr. 16 i powiedział:
- Tu będzie szkoła. A naprzeciwko pod nr 17-tym na parterze twoje mieszkanie. Moje jest na drugim piętrze, a na pierwszym mieszka Feliks Smosarski, malarz i mój zastępca.
W moim przyszłym mieszkaniu brakowało kilku ram okiennych i szyb. A przy tym był tu skład mebli i figur kościelnych, które były zwożone ze zniszczonych wojną kościołów. Zamieszkałem więc tymczasowo na drugim piętrze, bo cały dom przeważnie był pusty, a na piętrze było bezpieczniej. Obejrzałem również lokal przyszłej szkoły. Był w okropnym stanie. Obozowali w nim żołnierze sowieccy, a pozostały nader wyraźne ślady ich pobytu. Zacząłem szukać ludzi, którzy by pomogli uporządkować lokale. Było to bardzo trudne, bo mieszkańców w mieście było mało.
Tymczasem przyjechali pp. Czekotowscy oraz żona Gorbatego. Ale z nich nie miałem żadnej pomocy, bo byli zajęci szukaniem dla siebie mieszkań i załatwiania na nie przydziału. A lokal szkoły i mieszkanie Turskiego powoli dochodziły do normalnego wyglądu.
Okręgowy Urząd Likwidacyjny (OUL) wyposażył klasy szkoły w fortepiany i pianina. Miałem więc w budynku szkolnym cztery obszerne klasy, a na parterze – jedną oraz sekretariat i dwie sale, z których większa miała służyć za aulę. W moim pięciopokojowym mieszkaniu dwa mniejsze pokoje też przeznaczyłem na klasy, a biurko we frontowym pokoju zastępowało mi gabinet dyrektora.
Personel pedagogiczny miałem prawie skompletowany, ponieważ coraz to nowi muzycy przyjeżdżali do Sopotu. Brakowało tylko personelu służbowego. Ale i ten brak wkrótce dał się załatwić. Pewnego dnia na naszej ulicy spotkałem dwie starsze panie, z których jedną była pani Maria Jałozo – dawna wieloletnia sekretarka Konserwatorium Warszawskiego. Pani Jałozo poznała mnie od razu. Opowiedziały, że przyjechały tu „szukać szczęścia”, bo nie mają nic: ani mieszkania, ani pracy. Ucieszyłem się z tego, bo taka sekretarka dla mojej szkoły to skarb. Powiedziałem, że jedno i drugie ofiaruję im natychmiast i zaprowadziłem panie do szkoły, gdzie na piętrze był wolny pokoik z łazienką, nieprzydatny do zajęć lekcyjnych. Zatem zaangażowałem panią Jałozo jako sekretarkę szkoły.
Szkoła miała być na razie uczelnią prywatną, subsydiowaną przez Ministerstwo Kultury i Sztuki. Należało więc stworzyć jej oblicze prawne. Z tą sprawą zwróciłem się więc do inżyniera Główczewskiego, który był dyrektorem Gdańskiej Dyrekcji Odbudowy (GDO). Poradził utworzyć Gdańskie Towarzystwo Muzyczne, które by wzięło na siebie obowiązki właściciela uczelni. Dyrektor Główczewski dokooptował do przyszłego zarządu GTM sędziego Konderskiego i adwokata Kuligowskiego. W ten sposób zostało stworzone prawne oblicze szkoły, która na zebraniu Towarzystwa otrzymała oficjalną nazwę: „Gdański Instytut Muzyczny z siedzibą w Sopocie”.
Wkrótce ogłosiłem zapisy do Instytutu do klas fortepianu, skrzypiec, wiolonczeli, instrumentów dętych i teorii. Nauka była odpłatna. Zgłoszeń, pomimo letniego miesiąca, było dużo. Oczywiście najwięcej do klasy fortepianu. Natomiast klasy instrumentów dętych nie udało się uruchomić z powodu braku chętnych do nauki, a także z powodu braku takowych instrumentów w Okręgowym Urzędzie Likwidacyjnym.
Wreszcie na początku lipca personel pedagogiczny został skompletowany i zaakceptowany przez GTM. Przedstawiał się następująco: fortepian (kurs wyższy): Leokadia Nowacka-Ilska, Jan Gorbaty, Stanisław Staniewicz i Władysław Walentynowicz; fortepian (kurs niższy): Anna Gayl, Helena Stachowska, Romana Suchorzewska i Irena Wodiczko; skrzypce: Stefan Herman, Franciszek Jamry i Tadeusz Wroński; wiolonczela: Edward Sienkiewicz (który pod koniec roku szkolnego wyemigrował do Argentyny); śpiew solowy: Maria Bojar-Przemieniecka, Kazimierz Czekotowski i Maurycy Janowski. Teorię objęli: Zofia Heinrich i Roman Heising. Dyrektorem administracyjnym została żona prezesa GTM – Hanna Główczewska, której specjalnością było zdobywanie dużej ilości paczek z UNRRY. W piwnicy budynku była spora salka oraz kuchnia z oddzielnym wyjściem na zewnątrz. Pani Główczewska zorganizowała tam stołówkę dla pracowników Instytutu, z której korzystali również niektórzy muzycy z orkiestry filharmonicznej. Dostawaliśmy przydziały żywności. Kuchnię prowadziła Nina Palulisowa.
22-go lipca 1945 roku w południe odbyło się uroczyste otwarcie Gdańskiego Instytutu Muzycznego. Przybyli przedstawiciele Urzędu Miejskiego, zarząd Gdańskiego Towarzystwa Muzycznego, wszyscy pedagodzy oraz zaproszeni goście. Musiałem odczytać wstępny referat informacyjny, po czym odbył się koncert, w którym udział wzięli niektórzy nasi pedagodzy. Sala – aula wyglądała odświętnie, do czego przyczynił się mój przyjaciel, Maks Kasprowicz, który w olbrzymiej złotej ramie, znalezionej na strychu, stworzył piękną papieroplastyczną kompozycję. Rama ta wisiała nad estradą, na której stał gabinetowy Steinway. Zostały ogłoszone terminy egzaminów wstępnych do wszystkich klas Instytutu, po których przyjęliśmy ogółem przeszło dwustu uczniów. W sierpniu rozpoczęliśmy już regularną naukę we wszystkich wymienionych specjalnościach i jakoś zmieściliśmy się w naszym skromnym metrażu.
I tak rozpoczęło się umuzykalnianie obywateli gdańskiego Wybrzeża. A Gdański Instytut Muzyczny pozostał na zawsze pra-matką wszystkich uczelni muzycznych w naszym regionie.
Relacja prof. Władysława Walentynowicza o przybyciu na Wybrzeże i tworzeniu Gdańskiego Instytutu Muzycznego udostępniona przez Sopocką Szkołę Muzyczną I stopnia im. Stanisława Moniuszki