Zdjęcia galerii

 Spełnione marzenia

Tekst: Aleksandra Kozłowska

 

Teresa Królikiewicz (z domu Makać) sopocianką jest od 1951 r. Wybrzeże wybrała sobie zaraz po maturze, gdy postanowiła na gdańskiej Politechnice studiować architekturę. Skończyła studia, znalazła pracę, założyła rodzinę. Razem z bliskimi zamieszkała w zaprojektowanym przez siebie domu przy ówczesnej ul. Dzierżyńskiego, dziś 3 Maja w Sopocie. W kurorcie (choć już pod innym adresem) mieszka do tej pory. Lubi powtarzać, że miała w życiu mnóstwo szczęścia. Trzeba jednak dodać, że sama sobie też to szczęście wypracowała.

 

Dziecko, a czy do ZMP należysz?

 

Pochodzi z Podlasia. Mama o pięknym i rzadkim imieniu Salomea miała talenty plastyczne – pięknie haftowała, Teresa do dziś zachowała wyszywaną przez nią makatkę. Zmarła w 1944 r., gdy Terenia miała dziesięć lat. Dziewczynkę i jej młodszą siostrę Frankę wychowywała więc babcia razem z ciociami i wujkami. W Siedlcach Teresa skończyła Gimnazjum Żeńskie im. Królowej Jadwigi. - Po maturze usiadłyśmy sobie z najbliższymi koleżankami gdzieś pod kasztanem i zadałyśmy sobie pytanie: „Co będziemy teraz robiły?”. Zaczęłyśmy więc wymyślać kierunki studiów. Jedna z nas wybrała prawo, inna medycynę, ja zdecydowałam się na architekturę, właśnie do Gdańska - wspomina Teresa. – Z tym pomysłem poszłam do dyrektorki naszej szkoły. A ona od razu pyta, czy należę do ZMP. „Nie, nie należę” – odpowiadam. „Oj, dziecko, to ty się na studia nie dostaniesz!” – zmartwiła się pani dyrektor, bo to przecież były stalinowskie czasy, należało przynależeć do organizacji młodzieżowej.

Wróciła do domu i zakomunikowała ciociom, że z powodów nieprzynależności wątpliwe jest czy dostanie się na studia. A wujek Bielecki, ziemianin, który na wezwanie Piłsudskiego rozdał cały swój majątek, po czym w Siedlcach otworzył bibliotekę na bazie własnego księgozbioru oraz sklepik, z którego się utrzymywał, odezwał się na takie dictum: „A co to za problem? To do Paryża pojedziesz studiować”. W latach 20. świat stał dla nich otworem… Z kolei Zdzicho, syn wujka Bieleckiego walczył w AK już po wojnie i w 1945 r. zginął w partyzantce. Mój tata też był w AK zaangażowany, po wojnie musiał uciekać z Podlasia - przeniósł się na Ziemie Odzyskane - opowiada Teresa.

 

Zagospodarowanie Skweru Kościuszki

 

Ojciec jadąc do zachodniej Polski zahaczył o Gdynię, gdzie mieszkał jego stryjeczny brat – uprzedził go, że Teresa wybiera się do Trójmiasta na studia.

- A ja spakowałam się w małą walizeczkę (proszę spojrzeć, mam ją do tej pory) i przyjechałam do Gdańska na egzaminy wstępne. Razem ze mną moja koleżanka z gimnazjum Zosia Znamierowska, która skończyła tu biologię w Wyższej Szkole Pedagogicznej. Cały czas przyjaźnimy się i wspieramy.

- Egzaminy zdałam, dostałam się na wymarzoną architekturę, mimo że nie należałam do ZMP – kontynuuje Teresa. - Gdy później, już na studiach koledzy pytali czy przystąpię do związku, odpowiadałam jak grzeczna córeczka: „Tatuś mi powiedział, żebym się nie angażowała w życie polityczne”. To podejście zachowałam do dziś.

Studia wspomina cudownie: świetni profesorowie - przedwojenna kadra z Wilna, ze Lwowa, troskliwa rodzina: Makaciowie i Krupczakowie, u której mieszkała w Sopocie, później niemniej pomocni państwo Maceluchowie ze Lwowa, którzy w Kamiennym Potoku wynajmowali studentce pokój sublokatorski i dokarmiali.

W 1953 r. do Teresy dojechała Franka, jej młodsza siostra – wtedy już razem wynajmowały lokum w Kamiennym Potoku. Studia biegły bez zakłoceń, w 1957 r. Teresa obroniła dyplom. Temat: zagospodarowanie Skweru Kościuszki w Gdyni.

Rok 1957 r. był w życiu świeżo upieczonej absolwentki architektury przełomowy. Nie dość, że ukończyła studia, to zaraz potem znalazła pracę w Biurze Projektów Budownictwa Mieszkaniowego w Gdyni przy ul. 22 Lipca (obecnie Armii Krajowej), a swą dorosłość przypieczętowała zamążpójściem.

- Lubię myśleć, że z tą pracą zza grobu pomogła mi ciocia, Franka Makać – uśmiecha się Teresa. – To było tak: Wchodzę do gabinetu dyrektora biura i mówię: „Nazywam się Teresa Makać, wczoraj obroniłam dyplom i szukam pracy”. A dyrektor na to: „Makać? A Siedlce pani zna? A Frankę Makać?” „To przecież moja ciocia!” – wykrzyknęłam. – „A więc mam pracę!”. „Zupełnie jak Franka” – odpowiedział dyrektor. Nieżyjąca już wtedy ciocia Franka była miss Siedlec z okresu 20-lecia międzywojennego, wszyscy chłopcy się w niej kochali. Dyrektorowi najwyraźnie też na moje szczęście zapadła w pamięć.

 

Mirek

 

Zaraz po obronie pojechała do taty, pod Nowogard pokazać mu dyplom. - Spotkałam tam Mirka. Poszliśmy na spacer, okazało się, że jest po szkole felczerskiej (nie dostał się na medycynę) i że właśnie odbywa praktyki. Przystojny, mądry, dobry. Zakochałam się po uszy – uśmiecha się sopocianka. – Podczas studiów miałam, oczywiście adoratorów. Jeden z nich był szczególnie poważnie zaangażowany. Gdy wróciłam od taty, wyszedł po mnie na dworzec. Wtedy mu powiedziałam: „To nasze ostatnie spotkanie”.

Młody, przystojny felczer na dobre podbił jej serce.

Mirosław Królikiewicz (brat Grzegorza, znanego reżysera filmowego, ich ojciec Stanisław zginął w oflagu, Grzegorz nawet nie zdążył go poznać) pochodził z Piotrkowa Trybunalskiego, część jego rodziny mieszka do dziś w Łodzi. Po praktykach felczerskich musiał iść do wojska. - Wybrał Marynarkę Wojenną żeby być blisko mnie. A że

był felczerem, dostał pracę w szpitalu MW na ul. Polanki. Mogliśmy się więc widywać. Poznaliśmy się w marcu, a już we wrześniu braliśmy ślub, w Łodzi. Wesele było skromne, raptem dziesięć osób. Ale przeżyliśmy razem 57 pięknych, ale i trudnych lat - Teresa przynosi albumy ze zdjęciami.

Pięknie uporządkowane czarno-białe fotografie, dowcipne podpisy.

- To jest Mirek jako marynarz. A tu jako dziecko. Tutaj te śmieszne miny robi specjalnie - Grzegorz zdawał do filmówki, wymyślił sobie, że porobi takie zdjęcia Mirkowi - różne miny i przebrania.

Po wojsku Mirosław, już jako mąż dostał się w Gdańsku na wymarzoną Akademię Medyczną. Żeby nie być na utrzymaniu pracującej już wtedy młodej żony, dorabiał jako perkusista jazzowy. Grał m.in. z Włodzimierzem Nahornym, Piotrem Nadolskim, Wandą Warską i Andrzejem Kurylewiczem. - Na przełomie lat 50. i 60. jazz to było istne szaleństwo! – wspomina Teresa. - Mirek grywał w Rudym Kocie, w Żaku, w gdańskiej Filharmonii, grał do kotleta w sopockim Grand Hotelu i zakopiańskim Orbisie. Z Wandą Warską i Kurylewiczem miał koncerty w Złotych Piaskach i Sofii. O, proszę – tu zdjęcia z Bułgarii. Podpis: „Jazzowanie w nocy, w dzień plażowanie”.

Jazzowanie, choć twórcze i dające Mirkowi dużo satysfakcji, opóźniało jego studia. W końcu trzeba było wybrać: albo jazz, albo medycyna. Medycyna wygrała, perkusja poszła w odstawkę. W 1968 r. Mirosław ukończył studia i zrobił specjalizację z psychiatrii.

I znów zaglądamy do albumów. Na kolejnych zdjęciach młody pan doktor w białym fartuchu jako lekarz (później ordynator) w szpitalu na Srebrzysku. Jest i z miotłą przed szpitalem – podczas sprzątania w ramach prac społecznych. W 1970 r. rodzinne zbiory fotografii wzbogacają się o zdjęcia czarnookiego dzieciaczka – to Ania, ukochana córeczka Królikiewiczów, późniejsza malarka i autorka instalacji, profesor gdańskiej Akademii Sztuk Pięknych. Zaczynają się wspólne wyjazdy, wakacje na Węgrzech, wycieczki i spacery po Gdańsku, Oliwie, Sopocie. W opiece nad Anusią pomaga niania Ila, mieszkająca z Teresą do dziś.

 

Rodzina na letnisku

 

Teresa cały czas pracowała w gdyńskim Biurze Projektów Budownictwa Mieszkalnego, które później - jako Invest Projekt przeniosło się do Sopotu. Przepracowała w nim 50 lat. Zaprojektowała m.in. 3-kondygnacyjny dom z balkonami przy dzisiejszej ul. 3 Maja. Został dobudowany do sąsiednego, już istniejącego budynku. Jedno z mieszkań dostali Królikiewicze. - Tam urodziła się Ania. W domu obok mieszkali Alina i Jerzy Afanasjew oraz Jola i Ryszard Ronczewscy - przyjaźniliśmy się przez lata. Spotykaliśmy się w Żaku, Rudym Kocie, potem SPATiF-ie - to była złota era tearzyku Bim-Bom. Wspaniały czas!

Gdy Teresa, Mirosław i Ania mieli już własne mieszkanie, cała łódzka rodzina zjeżdżała się na wakacje nad morzem. Wiadomo: Sopot, plaża, woda - dla ludzi z głębi Polski atrakcja niezwykła. - Ciocia mówiła do mnie: „Spójrz, kochana. Tu na podłodze jest jeszcze miejsce, to niech Lila przyjedzie, ona jeszcze morza nie widziała”. A ja: „Dobrze, ciociu. Ja idę do pracy, Mirek do pracy, a ty się rządź”. Rozkładało się dodatkowy dmuchany materac i gotowe. Nasz ukochany pies, wyżeł Bekas też się jakoś mieścił. I nikt nie narzekał, że ciasno, że tłoczno. Tylko biedna ciocia miała więcej pracy, bo dla wszystkich gotowała obiady. Zaczęliśmy więc stołować się w pobliskiej stołówce nauczycielskiej, żeby ciocia też trochę z lata korzystała. Wakacje były więc u nas, a święta całej rodziny w Łodzi.

 

Dom „Za Falochronem”

 

Gdy pytam o architektoniczne realizacje Teresy, ta przynosi kolejny gruby album pełen wycinków prasowych, zdjęć, dokumentów. Za jeden z najważniejszych projektów uważa dom „Za Falochronem”. Mieszczący się na gdyńskim Witominie budynek to duży dom opieki dla seniorów. Patronką Domu jest dr. med. Jadwiga Titz-Kosko, niezmordowana lekarka i działaczka społeczna, założycielka Polskiego Towarzystwa Reumatologicznego. Zaraz po wojnie zorganizowała pierwszy Ośrodek Zdrowia przy Jaśkowej Dolinie we Wrzeszczu, a w 1956 r. przy ul. Grunwaldzkiej w Sopocie Szpital Reumatologiczny.

- Któregoś dnia, pod koniec lat 60., gdy moje biuro mieściło się jeszcze w Gdyni przyszła do nas dr Kosko i powiedziała, że chciałaby zbudować dom dla seniorów połączony ze szpitalem reumatologicznym, basenem, salą gimnastyczną. Ja zostałam wyznaczona do tego wyzwania. W 1972 r. dom został oddany do użytku. Był to pierwszy taki obiekt w Polsce. Potem na jego temat powstawały prace dyplomowe i doktorskie. A z doktor Kosko przyjaźniłyśmy się do końca jej życia.

Drugą ważną osobowością w moim życiu zawodowym była prof. Halina Skibniewska, wówczas szefowa Podyplomowego Studium Budownictwa Mieszkalnego przy Politechce Warszawskiej, które skończyłam.

W biurze pracowała wspólnie z kolegami ze studiów: Antonim Wolańskim i Wojciechem Dworskim. - Razem wygrywaliśmy konkursy. Kochałam ten zawód. Pracowałam bardzo dużo. Projektowałam osiedla mieszkaniowe na Helu, w Lęborku, Wejherowie, Koszalinie, Kwidzynie, w Malborku Urząd Skarbowy, w Sopocie ośrodek wczasowy „Chemik” i wiele innych. W Elblągu za dzielnicę „Zakrzewo-Wschód” i inne budynki indywidualne dostałam Honorowe Obywatelstwo miasta Elbląga. Innych medali i odznaczeń Stowarzyszenia Architektów Polskich naliczyłam osiem – nie kryje dumy Teresa.

I dodaje: - Ania, gdy jej mówię, że za dużo pracuje, przypomina mi, że w Dniu Dziecka szła z Ilą na spacer, wygrywała konkurs rysując na asfalcie, a dyplom przynosiła mi do biura, bo ja z kolegami opracowywałam kolejny konkurs.

Nie było łatwo – obowiązywały nakazy jak projektować, brakowało materiałów, domy stawiało się z prefabrykatów. W 1980 r. napisała artykuł o zawodzie architekta w Polsce, miał wiele mówiący tytuł: „Marzenia i rzeczywistość

Po latach pracy w biurze projektowym zdecydowała się na działalność dla spółki MYTYCH, jednego z elbląskich deweloperów. Zaprojektowała dla niej m.in. osiedle „Pod Wieżami”. - Po wybudowaniu tego zespołu budynków w 1998 r. z wielką przyjemnością czytałam w prasie artykuły pt. „Inny świat” omawiające ten fragment Elbląga. To była prawdziwa satysfakcja i radość, że dożyłam czasów, do których tęskniłam, a które opisałam w „Marzeniach i rzeczywistości”.

Przeglądając kolorowe już fotografie opowiada: - Na spotkaniu z okazji 25-lecia firmy MYTYCH podeszła do mnie pewna pani. Powiedziała, że mieszka w zaprojektowanym przeze mnie domu. „Jak tylko się tam wprowadziliśmy, od razu wiedziałam, że mieszkanie to dzieło kobiety. Wiedziałam gdzie postawić łóżko, gdzie kredens i szafę,  wszedzie były kontakty w odpowiednim miejscu” - mówiła. To dla mnie największa nagroda – świadomość, że to, co stworzyłam dobrze służy ludziom. Że coś po mnie zostanie.