Teresa Karnowska

Zdjęcia galerii

Galeria relacji:

To nie był dobry czas, żyło się więcej niż skromnie. Przed wojną mieszkaliśmy w Gdyni-Orłowie. W październiku 1939 roku zostaliśmy wysiedleni, miałam wtedy 5 lat. Wojna zastała moją mamę ciężko chorą, leżącą w szpitalu. Ojciec musiał odebrać ją ze szpitala. Przywiózł ją do domu na rowerze, ponieważ nie było innego środka transportu. Mimo że mama była ciężko chora i nie mogła chodzić, zostaliśmy wysiedleni. Mieliśmy kilka godzin na zabranie niewielkiej ilości niezbędnych rzeczy (kilku tobołków). Z Gdyni do Częstochowy wieziono nas bydlęcymi wagonami. Następnie wysadzono na stacji w Częstochowie. Po długich staraniach ojciec załatwił dla nas transport do Wielunia. Pamiętam, że jechaliśmy dużym samochodem z plandeką. Całą okupację spędziłam z rodzicami i rodzeństwem w Wieluniu. W maju 1945 roku koleją towarową przyjechaliśmy do Sopotu. Zwlekaliśmy z przyjazdem na wybrzeże, ponieważ cały czas czekaliśmy na powrót moich dwóch sióstr, Marii i Weroniki oraz brata Kazimierza z przymusowych robót w Niemczech. W Sopocie zajęliśmy dość duże mieszkanie przy ulicy Tadeusza Kościuszki 40, które zostało już opuszczone przez Niemców. Zamieszkałam w nim z rodzicami i siostrami: Stefanią, nazywaną przez nas Alicją, Heleną z dziećmi oraz braćmi, Kazimierzem i Marianem. Część rzeczy i mebli została z mieszkania wyniesiona przez ludzi, którzy przybyli do Sopotu przed nam. Do zameldowania zgłosiliśmy się 30 maja 1945 roku. Naszymi sąsiadkami były robotnice z obozu pracy z okolic Gdańska. Nasz dom był otoczony kutym płotem. Z tyłu znajdowało się podwórko i ogród z ogromnym lejem po bombie. Moja najstarsza siostra Maria zajęła wolne mieszkanie nad morzem, ale bała się tam sama mieszkać, ponieważ w nocy dobijali się do mieszkań jacyś podejrzani ludzie. Czasy były niespokojne. Na kolei często słychać było jeszcze odgłosy strzelaniny. Ludzie bali się sami mieszkać. Zajmowali mieszkania wspólne, niejednokrotnie z Niemcami. Maria opuściła tamto mieszkanie i wróciła do rodziców. Większość Niemców wyjechała z Sopotu na przełomie lat pięćdziesiątych. Do zrujnowanego Gdańska i do Gdyni dojeżdżało się z Sopotu samochodami z plandekami. Stopniowo otwierano pierwsze sklepy, ale najwięcej produktów można było kupić na targu w Gdyni. W Sopocie pierwsza piekarnia została otwarta w częściowo zburzonym domu w okolicy ulicy Morskiej i ulicy Bohaterów Monte Cassino. Na placu przed kościołem p.w. św. Jerzego starsze kobiety (być może Niemki) sprzedawały różne rzeczy. Można tam było również kupić chleb i bułki. Do czasu wprowadzenia kartek, w naszym jadłospisie były obecne ryby – flądry złowione na sopockim molo przez moich braci Kazimierza i Mariana. Ojciec utrzymywał się z handlu warzywami, które sprowadzał wagonami kolejowymi z Wielunia. Sprzedawał je działającej już restauracji „Pod Strzechą” i na targu. Przechowywał w wynajętej piwnicy, w kamiennicy na rogu ulicy Tadeusza Kościuszki i ulicy 3 Maja, niedaleko ładowni kolejowej. Jeszcze w maju 1945 roku rodzice zapisali mnie do szkoły i na lekcje religii. Odbywały się one w Szkole Handlowej przy ulicy Kościuszki. Religii uczył nas zakonnik. Przygotowywał nas też do pierwszej Komunii Świętej. Była to pierwsza powojenna Komunia Św. w Sopocie. Odbyła się w kościele p.w. Św. Jerzego w dniu 22 lipca 1945 roku. Do sakramentu przystępowały dzieci w różnym wieku. Niektóre były dużo starsze ode mnie. Pamiętam, że sukienkę miałam używaną, kupioną na targu od Niemki. Pozostałe części garderoby rodzice zdobyli po dużych staraniach. Po uroczystej mszy świętej, dla wszystkich dzieci w kaplicy przy ulicy Chopina było wspólne śniadanie , podczas którego poczęstowano nas drożdżówkami i Kakao.

Po sprawdzeniu moich wiadomości i umiejętności przyjęto mnie do szkoły, od razu do trzeciej klasy. W czasie okupacji jako Polka nie mogłam się uczyć. 1 września 1945 roku zostałam uczennicą Szkoły Podstawowej Nr 2 w Sopocie przy ulicy Polnej. W szkole trochę nas dożywiano. Dostawaliśmy zupę mleczną i po łyżce tranu. Ustawialiśmy się kolejno jeden za drugim i po kolei tę samą łyżką podawano nam tran. Były też szczepienia wykonywane przez duński Czerwony Krzyż. Od nich dostaliśmy też szczoteczki do zębów i różne środki higieniczne. Rozdawano je w obecnym Zespole Szkół Ogólnokształcących Nr 1 w Sopocie, gdzie zaraz po wojnie znajdował się szpital wojskowy. Szczególnie miło wspominam mojego pierwszego wychowawcę pana Homacza. Pamiętam, że jako dzieci bawiliśmy się w ruinach domu przy ulicy T. Kościuszki, tam gdzie obecnie jest Przychodnia Rehabilitacyjna i w ruinach pałacu w parku przy Urzędzie Miasta. Chętnie odwiedzaliśmy też wrak samochodu pancernego na rogu ulicy Jana z Kolna i ulicy Karlikowskiej. Oczywiście naszą ulubioną rozrywką była zabawa na plaży i popołudniowe kąpiele w morzu. Sopockie molo było po wojnie w dobrym stanie, brakowało tylko szyb w arkadach. Pamiętam też ruiny dworca kolejowego i Domu Zdrojowego oraz groby żołnierzy przed Urzędem Miasta.