Zdjęcia galerii

Pytanie: Czy mieszka Pani w Sopocie od urodzenia?
p. Teresa: Nie, razem z rodzicami i moimi trzema braćmi mieszkaliśmy w Pińsku, jest to dzisiejsza Białoruś. Jestem z grupy ludzi, którzy zostali przesiedleni ze Wschodu – z Kresów. Zostaliśmy zmuszeni do jazdy pociągiem towarowym, który w zasadzie był skierowany na ziemie zachodnie. Rodziny znajdujące się w pociągu mogły decydować, gdzie się chcą zatrzymać. Moi rodzice wybrali Gdynię. Mój tata chciał mieszkać w miejscu, gdzie znajdowała się Marynarka Wojenna, ponieważ w Pińsku również była Marynarka Wojenna, która przynosiła chwałę Polsce. Gdy przyjechaliśmy do Gdyni, wszyscy zostaliśmy w wagonie, a mój tata zaczął szukać dla nas mieszkania. Gdynia była pełna, więc doszedł aż do granicy z Sopotem - do Kamiennego Potoku i tam stwierdził, że musi już wrócić, ponieważ w każdej chwili pociąg może odjechać. Gdyby zrobił jeszcze pół kilometra, to zastałby zupełnie opustoszały Sopot, który Niemcy opuścili w jednej chwili, zostawiając po sobie zastawione stoły. Ponieważ tata wrócił, pojechaliśmy pod Warszawę - pod Kutno, do rodziny mojej mamy, gdzie spędziliśmy rok. Tata był budowlańcem, więc nie miał kłopotu ze znalezieniem pracy. Nie przestał jednak myśleć o Marynarce Wojennej, więc sam przyjechał do Trójmiasta. Sopot był już wtedy pełen, lecz znalazł dwa wolne pokoje w dawnym gospodarstwie poniemieckim. Nie było tam niczego, ponieważ prawdopodobnie mieszkała tam służba. Przyjechaliśmy tam wszyscy w 1946 roku, miałam wtedy 9 lat. Moja mama była bardzo energiczna, więc szybko zorganizowała kuchenkę, wodę na górze oraz maleńką łazienkę. Mieszkaliśmy tam, aż do momentu kiedy każdy mógł zadbać o siebie. Jako ostatni to mieszkanie opuścili moi rodzice w latach siedemdziesiątych, kiedy mój tata przechodził na emeryturę. Ponieważ był bardzo cenionym kierownikiem budów wszelkiego rodzaju, dostał poza kolejnością mieszkanie spółdzielcze na Przylesiu. W pobliżu znajdowało się moje mieszkanie, które otrzymałam ze spółdzielni cztery lata wcześniej, więc mogłam opiekować się moimi rodzicami. W dalszym ciągu mieszkam na Przylesiu.
Pytanie: Czy wie Pani, czy ten dom w Kamiennym Potoku nadal istnieje?
p. Teresa: Nie, myślę, że już ponad 10 może 15 lat nie istnieje. Jedną z przypadłości, którą do dziś pamiętam, było to, że był on dość długi. Właściwie, powiedziałabym, że to był murowany barakodom.
W latach pięćdziesiątych było niesamowicie gorące lato i kiedy idąc do szkoły spojrzałam na ścianę, która była najbardziej nasłoneczniona, to ujrzałam całą ścianę w pluskwach. To było coś niesamowitego. Także kiedy się tam wprowadziliśmy to gospodarzami były pluskwy.
Pytanie: Co jeszcze robiła Pani w tym czasie w Sopocie?
p. Teresa: Chodziłam do szkoły, uczyłam się. Kiedy tylko przyjechaliśmy tutaj, to zaczęłam chodzić do Szkoły Podstawowej nr 3,  zresztą ta szkoła nadal istnieje. Pierwszą klasę zaczęłam w Pińsku i powinnam pójść do klasy drugiej, ale dyrektor zdecydował, że kwalifikuję się do trzeciej klasy i tak się stało. Do dziś pamiętam, że był to okres trudny. Ten przeskok dla dziecka jest pewnym obciążeniem psychicznym, ale wtedy nikt się tym nie martwił. Nie wiem dlaczego tak dobrze mi szło, chociaż podejrzewam, że to przez moich starszych braci, przy nich tak się uczyłam. Skończyłam tę szkołę i wedle zasad życiowych mojej mamy, że każdy powinien mieć raczej dobry zawód w ręku, skierowała mnie do szkoły handlowej na ul. Kościuszki. W międzyczasie wybudowano obok drugą szkołę finansową. Można było przejść ze szkoły handlowej do finansowej jeśli ktoś chciał i ja przeszłam do szkoły finansowej i ją skończyłam. Maturę robiłam 3 lata, kiedyś tzw. “dużą maturę”,  dlatego zawsze mówię, że jestem człowiekiem niedokształconym. Nie pamiętam gramatyki i wielu innych rzeczy, dlatego, że przez 3 lata trzeba było zrobić cały materiał. Byłam też bardzo młoda, miałam 16 lat. To był też niepowtarzalny okres jeśli chodzi o kształcenie się, nie tylko w Sopocie, ale też w całym kraju. Był to okres, kiedy brakowało rąk do pracy, więc trzeba było przygotować ludzi do pracy. 
Udało mi się dostać na WSE, Wyższą Szkołę Ekonomiczną, wcześniej nazywaną Wyższą Szkołą Handlu Morskiego. Był to okres, w którym studenci nosili czapki studenckie. Marzę o tym, żeby wróciły one na głowy. Uważam, że to była rewelacja. Każda uczelnia miała miała swoją czapkę z daszkiem. Wyższa Szkoła Handlu Morskiego miała granatowe czapki z wyhaftowanym srebrną nicią żaglowcem. Były przepiękne. Kiedy przyszłam do tej szkoły czapki te wciąż obowiązywały, jednak już bez żaglowca. Kiedy szło się Monte Cassino, które kiedyś nazywało się ul. Rokossowskiego, gdzie zjeżdżali się studenci z całego trójmiasta, było widać ten jest z medycyny, ten z politechniki, bo ma taką czapkę na głowie. Było tylko jedno miejsce w Sopocie, gdzie pan to robił.
Pytanie: Czy pamięta pani gdzie znajdowało się miejsce, w którym wyszywano czapki?
p. Teresa: O ile dobrze pamiętam, idąc od al. Niepodległości, za tunelami w tej chwili znajduje się złotnik, sklep warzywny oraz inne małe sklepiki. Wtedy inaczej były te miejsca zbudowane, ale tam właśnie znajdował się czapnik, który m.in. robił właśnie nasze czapki.
Pytanie: A jak to było w szkole, jeśli chodzi o wyposarzenie czy wydarzenia, które miały tam miejsce?
p. Teresa: Jeżeli chodzi o szkołę średnią, to powiedziałabym, że to głównie rodzice prowadzili. Książki były przeważnie przekazywane przez kolegów lub zakupywane na wyprzedażach, ponieważ były jednolite. Nie wiem dlaczego w tej chwili jest tyle książek i każda szkoła ma inne. Dlatego rodziny bardzo biedne, które są i zawsze będą nie mogą sobie pozwolić na pełny zakup tego, co obowiązuje w danej szkole, kiedy my kupowaliśmy książki za grosze. Natomiast jeśli chodzi o szkołę podstawową to zwyczajnie tam i z powrotem, żadni rodzice po nas nie przychodzili.
Pytanie: Jak wyglądał transport? Istniała komunikacja miejska, czy chodziła pani pieszo?
p. Teresa: Nie, nic nie było. Chodziło się na piechotę.  W Kamiennym Potoku przechodziliśmy wtedy przez tory, dlatego było tak dużo wypadków na torach. Biegaliśmy tamtędy na plażę.  
Zimy w latach 50 były niesamowite. Byłam niedoubrana, w cienkich butach. Nie dlatego, że mi sie nie chciało, ale takie były warunki życia. Także cukierki i czekoladki lizało się w sklepie przez szybkę, a ubranie dziesięć razy było prze moja mamę przerabiane. Ale dało się. Do Szkoły nr.3 nie było tak daleko. Natomiast kiedy zaczęłam chodzić do Szkoły Handlowej, to część zajęć w niektóre dni była popołudniu. Kiedy w okresie zimowym wracałam do domu, to było już ciemno. Chodziłam piaskową dróżką pomiędzy torami a krzakami. Musze powiedzieć, że czasem zastanawiałam sie, iść czy nie iść. Szła też droga, ul. Mazowiecka, ale prowadziła na około. Przy torach było szybciej. Także mówiło się “w imię Ojca i Synai się szło, ale na szczęście nigdy mi sie nic nie stało. Tak wiec o żadnych autobusach nawet się nie marzyło.
Pytanie: Czy pamięta Pani jakieś szczególne wydarzenia związane z Sopotem?
p. Teresa: Myślę, że był to okres stagnacji. Poza tym, że zaczęła być budowana kolejka elektryczna i kiedy kończyłam średnią Szkołę ok. 1953 r., to jeszcze przez rok jeździłam tam kolejką. Jeździły trajtki, ale raczej chodziło się pieszo. Także drogi  nie były wtedy te same. Między Gdynią a Sopotem była jeszcze poniemiecka droga, kostkowana, bardzo dobra. Rewelacyjnie się trzymała, jednak niestety była to jedyna droga, dwukierunkowa, co powodowało dużo wypadków. Patrząc dzisiaj, nie było to łatwe życie.
Pytanie: Czy jakiś przełom w Pani życiu miał miejsce w Sopocie?
p. Teresa: Niewątpliwie, było to ukończenie przeze mnie studiów, gdy mając 20 lat miałam dyplom magistra w kieszeni. To dlatego, że skrócony został czas studiów akurat dla mojego rocznika z pięciu do czterech lat. Cztery lata później znów wrócili do poprzedniego systemu. Studia były trudne do zdania, bo nie było gdzie się uczyć. Teraz mamy Internet, księgarnie, szkolne biblioteczki, materiały dydaktyczne, które są łatwo dostępne. Wtedy, jedynym pozalekcyjnym źródłem wiedzy była biblioteka i notatki z wykładów. Do domu przychodziło się bardzo późno, z powodu nauki.
Było też inne niesamowite wydarzenie, które miało miejsce w tamtym czasie. W 1941r. cała rodzina mojej mamy, także dzieci, została wywieziona na Syberię. Mama wystąpiła do Stalina, żeby oddał małe dzieci. Oczywiście ten nie zareagował i nie oddał, ale za to mamę przetrzymano na tzw. NKWD. Tam maltretowano ją psychicznie. Wysyłała ona także paczki na Syberię, które o dziwo dochodziły i rzeczywiście pomagały rodzinom tam przebywającym. Po zakończeniu się wojny mama zaczęła szukać rodziny. Część znalazła się w Afryce, inni w Anglii, bądź Stanach Zjednoczonych. Odnaleźli się w latach 50. Bali się przyjechać do Polski, ale zaprosili nas, a właściwie moją mamę. Chciała też zabrać mnie i mojego brata. Po długim ubieganiu się o pozwolenie, wreszcie uzyskałam je tylko ja i moja mama i mogłyśmy tam popłynąć na statku Batory. Jest to jedno z najwspanialszych przeżyć w moim życiu i chociaż dużo podróżowałam, największe wrażenie wywarł na mnie te rejs. Później ciocia nie chciała żebym stamtąd wyjechała, dlatego prezentowała mi różnych kandydatów na męża- jedynym sposobem na obywatelstwo było wyjście za mąż. Ale mimo wszystko Ameryka nie ścięła mnie z nóg i wróciłam do Polski, do Sopotu. Nikt nie mógł mnie wtedy zrozumieć, pukali się w głowę i mówili jaka jestem głupia, że wróciłam.
 
Pytanie: Pamięta ani miejsca, w których się bawiono? 
p. Teresa: To był okres, w którym były prywatki. Cała młodzież bawiła się wówczas na prywatkach. Były one w mieszkaniach, we własnych gronach. Jednak moja mama trzymała mnie bardzo krótko i nie pozwalała mi chodzić na tego typu zabawy. Nie byłam na żadnej prywatce. Jednak na studiach wolno mi było chodzić na tzw. wieczorki. Odbywały się one co sobotę w salach w Akademiku (zresztą ten Akademik jest w dalszym ciągu na przeciwko Staży Pożarnej), zwykle przy niedużej ilościowo orkiestrze i trwały tak do godziny 10, najpóźniej do 11. I każdego roku były również bale - bal sylwestrowy czy też bale w karnawale. Ale to były już wydarzenia bardzo huczne. Miały one miejsce w auli starego budynku Akademika. Były otwierane przez rektora. Wszystkie dziewczęta oczywiście stroiły się, ubierały się jak najlepiej się wtedy dało. Również na Politechnice była (chyba istnieje do dzisiaj) Kwadratowa Kawiarnia. U nas było dużo dziewczyn, w Wyższej Szkole Marynarki z kolei sami chłopcy, więc chętnie nas tam zapraszano. Dla tej części dziewcząt, która mieszkała w Akademiku, był wysyłany nawet specjalny autokar. Ale mama mnie tam ani razu nie puściła. Także udawało mi się chodzić jedynie na Politechnikę, bo brat tam chodził, a z bratem wolno mi było chodzić. No a potem, koło lat 60. otworzono w Sopocie Non stop. On był najpierw przy Monte Cassino, przy wejściu na Molo, a potem przeniesiono go nad morze. Teraz tam jest chyba parking. To też było miejsce spotkań młodzieży, gdzie młodzież się bawiła, głównie w soboty i niedziele, bo w tygodniu nie było raczej czasu na zabawę.
Pytanie: Jak wyglądały pochody pierwszomajowe?
p. Teresa: W szkole podstawowej to był, zresztą nie tylko - w szkole średniej również, obowiązek. Część młodzieży, która chciała brać w jakiś sposób udział w obchodach, zgłaszała się na ochotnika i była wybierana. Zwłaszcza potem na studiach, w starszych klasach, wiele osób było zaangażowanych w obchody, czyli na przykład należeli do ZNP. Uczestnictwo w obchodach było bardzo dobrze widziane na uczelniach. W Tczewie właśnie z okazji 1 maja, na małym stadionie, były organizowane występy sportowe młodzieży. To pamiętam, że między innymi tam chodziłam razem z moimi najbliższymi przyjaciółkami. Każdy wiedział, że obchody to obowiązek, nikt więc ich nie negował i wszyscy na nie chodzili. Bardzo zwracano uwagę na obecność. Ale nie przypominam sobie, żeby za niepojawienie się na pochodzie, były przyznawane jakieś szczególne kary- np. wyrzucenie ze szkoły. Oczywiście była część młodzieży, która chodziła tylko po to, żeby spotkać się z kolegami, potem sobie pójść na spacer, pośmiać, wiadomo. Traktowano to jak takie spotkanie przyjacielskie.
Dodam też, że cała młodzież, która kończyła szkołę średnią lub studia miała przydziały pracy. Każdy dostawał przydział pracy na terenie Polski, niekoniecznie w miejscu zamieszkania. Był to oczywiście obowiązek, zabezpieczano jedynie w jakiś sposób mieszkanie. A w 1957r., kiedy ja akurat skończyłam naukę zniesiono te przydziały. To dało nam ogromną wolność. Więc ja od razu pojechałam na ulicę Świętojańską w Gdyni i w każdym domu, w którym była wywieszka, szukałam przedsiębiorstwa morskiego, zachodziłam i pytałam czy ewentualnie znajdzie się miejsce dla stażysty i czy jest może miejsce pracy. Doszłam aż do Placu Kaszubskiego i tam znalazłam pracę w Baltonie, to było gospodarstwo zaopatrywania statków. Tam właśnie dostałam pracę. Powiedziałabym taką pracę dla muła. To znaczy z jednej strony leżały rachunki, które przychodziły, z drugiej strony konto ręcznie wypisywane. Moja praca wyglądała tak, że brałam rachunek z jednej strony, wpisywałam konto i odkładałam. Siedziałam na tym stanowisku może trzy, cztery miesiące, potem główna księgowa wyciągnęła mnie i przekazała mnie do działu finansowego, co wiązało się już z trudniejszą pracą i wyższym stanowiskiem. No a potem pojechałam do Stanów. Udało mi się uzyskać półroczny bezpłatny urlop, ale niestety przyjechałam pół roku później i straciłam tą posadę. Główny księgowy przyjął mnie jednak do pracy, tylko że za niewielkie pieniądze. Znalazłam więc sobie takie malutkie kierownicze stanowisko, za dwa razy wyższą pensję i zaczęłam pracować.
- Bardzo dziękujemy za rozmowę.
 
Wywiad przeprowadzony przez:
Zuzanna Gontarska
Julia Śmiarowska
Agnieszka Kabała
Dominika Bartkowska
II LO kl. 1b