Przed II wojną światową mieszkałam w Łodzi. Mama nie chciała podpisać listy narodowościowej. Przychodziło do nas dwóch Niemców, jeden tłumacz – taki Volksdeutsch. Obiecywali, że jak podpisze, to żadne dzieci nie będą wywiezione, a będą pracowały w Łodzi. Mama powiedziała, że jej mąż poszedł z nimi walczyć, więc ona tego nie podpisze. Przychodzili z takim wielkim psem co trzy, cztery dni przez trzy miesiące, dręczyli nas. Ale nie podpisaliśmy tej listy. Było nas cztery siostry, trzy starsze ode mnie, a każdą z nas wywieziono w różne strony Niemiec. Mama została w Łodzi, a ojciec był na wojnie.

Niemcy dopisali mi w nazwisku drugie „p” – Tepper brzmiało wtedy moje nazwisko. Ale ja zawsze czułam się Polką, a Niemcy myśleli, że ja będę Volksdeutschką. Później w Niemczech myśleli, że się do nich przekonam. Przez to podwójne „p” w nazwisku miałam czasami łatwiej. Potem mieszkałam w obozie dla Polaków, którzy byli tam na robotach, to w barakach się dziwili – dlaczego ja jedna dostałam lepszą pracę.

Leverhusen

Wywieźli mnie do Leverhusen. Jechaliśmy pociągiem bydlęcym w zaplombowanych wagonach. Na dworcu zobaczyliśmy tablicę z nazwą miasta i dzięki temu dowiedzieliśmy się, gdzie jesteśmy. Jak wysiedliśmy zobaczyliśmy brygadę chyba ze 120 psów. Jak nas wypuścili to szliśmy czwórkami, a te psy z boku, ujadały strasznie, a to też nas denerwowało, bo byliśmy zmarznięci po nocy, nie wiedzieliśmy, gdzie jedziemy.

Powiedziałam Niemcom, że ja się krów boję, bo nie chciałam jechać na wieś. I zgłosiłam, że umiem szyć, więc dali mnie do szwalni. Stanęłam przy maszynie elektrycznej i nie wiedziałam co począć. Było tam 36 maszyn i inne osoby zorientowały się, że ja nie mam pojęcia o szyciu. Uradziły mi, żebym spowodowała nieszczęście. Powiedziały bym podłożyła palec pod maszynę i to zrobiłam. Do dziś jest on skrzywiony i ciężko mi się pisze. Trzy tygodnie miałam wolnego. Lekarze mi wyjęli igłę. W między czasie koleżanki nauczyły mnie jak się szyje, żebym nie musiała jechać na roboty na wieś.

Pracowałam z zakładach Bayera. Były ogromne – 12 kilometrów kwadratowych, 12 kominów. Ja szyłam fartuchy dla lekarzy i pielęgniarek. Pod zakładem produkowano bomby i takie inne rzeczy, ale to po ciuchu się dowiedziałyśmy, bo Polka musi wszystko wypatrzeć. Potem pracowałam prasując fartuchy. Tam pracowało ponad 1000 osób. Później pracowałam w przedszkolu dla pracowników! Matka jak przyjeżdżała do pracy to mogła tam sobie zostawić dzieci. Ja nie znałam języka, ale po troszku się uczyłam. Jak jechałam do Niemiec to już w pociągu dali nam takie kwadraciki z literą P i trzeba to było przyszyć do ubrania. Nie można było tego przyczepiać agrafką, musiało być mocno przyszyte. Jak pracowałam w przedszkolu to dostałam zgodę, by mieć to przypinane. Żebym w przedszkolu mogła to sobie ściągać. Żebym miała autorytet u dzieci, bo tam dzieci też pluły, mówiły „Schweine Polen”. Ale od razu chcę powiedzieć, że nie wszyscy Niemcy byli źli, byli też szlachetni. W przedszkolu było siedem Niemek i dwie Polski – ja do dzieci, a druga do mycia podłóg i sprzątania.

Raz byłam w operze jako jedna Polka, zostałam zaproszona przez koleżanki Niemki, które pracowały ze mną w przedszkolu. I tam spotkała mnie przykrość. Bo w czasie przerwy jedna z Niemek powiedziała, ze ja jestem Polką. Gestapo przyszło i zapytało mnie – Sie sind Polen? (Jest pani Polką?) Ja powiedziałam – Ja wohl. (Tak jestem) Raus! – wyjdź stąd. Musiałam wtedy wstać i wyjść, miałam łzy w oczach. Ale sam fakt, że koleżanki mnie zaprosiły na operę to było bardzo miłe. Krępowałam się tym, że mnie wyprosili. Poza tym wydarzeniem byłam dobrze traktowana.

Raz byłam akurat z dziećmi niemieckimi na placu, na trawie. Zaczęło się bombardowanie przez Anglików. Chcieli zniszczyć zakłady Bayera. Ale już słyszałam krzyk, wybijanie szyb. Podeszłam do okien szpitala ginekologicznego, które było obok i usłyszałam krzyk pielęgniarek niemieckich. One wiozły dzieci na takich wózkach. Ale ja wtedy nawet nie widziałam co tam wiozą. Podeszłam i mówię do Niemek, które z tego przedszkola nie reagowały, że musimy pomóc. Wsunęłam się przez okno, bo byłam szczupła. Stanęłam, a tam było pełno wody, coraz więcej przybierało. Zaczęłam krzyczeć do tych nauczycielek i wtedy wszyscy przybiegli i ratowali te noworodki. One były pozawijane bardzo dokładnie, wszystkie tak samo, nie było nic widać. Woda coraz bardziej mnie zakrywała i w końcu wyszłam. Nie wiem nawet, ile tych dzieci się udało uratować. A one były w piwnicy, bo wcześniej je tam zaniesiono, żeby uchronić przed bombardowaniem. Matki zostały na górze. Ale jak pękły rury od bomb, to tą piwnicę zaczęło zalewać.

W czasie wojny udało mi się ściągnąć jeszcze siostrę do Leverhusen, pracowała na lotnisku czyszcząc cegły. Jak dom bym zbombardowany w  Niemczech to Polacy musieli czyścić cegły, odkładać na kupki i kolejni Polacy budowali z tego podobny dom. Wszystkie moje siostry przeżyły wojnę i wszystkie siostry wróciły do Polski. Ale nie wszystkie miały tak dobrze jak ja. Ja musiałam być zawsze zadbana, bo jak się szło do dzieci to trzeba było jakoś wyglądać. Więc ja nigdy nie chodziłam głodna.

Męża poznałam w Niemczech. Pamiętam, że był to pierwszy dzień wiosny. Proszę sobie wyobrazić, biedna dziewczyna mieszkająca w baraku, a na skraju lasu stoi ośmiu polskich żołnierzy, bardzo przystojnych oficerów. Oczy się śmiały do każdego z nich. Aż nie wiedziałam, którego wybierać! Padło na Tylińskiego. Myśmy wyskakiwały z okna baraku na spotkanie z nimi. I tak właśnie poznałam mojego męża. Mój mąż znał siedem języków, skończył Szkołę Morską w Tczewie. On jako jeniec był wywieziony, tam było też bardzo dużo oficerów.

Po wojnie jeszcze rok w Niemczech byłam. Już nie pracowałam w Bayer. Anglicy chcieli żebyśmy tam zostali. Tam była UNRRA – to była taka pomocna dłoń dla Polski. Mąż znał języki, więc był tam przydatny. Ale mimo, że chcieli byśmy pojechali do Londynu, woleliśmy wrócić do Polski – biednej, ale naszej.

Sopot

Do Sopotu przyjechałam jak miałam 22 lata. W Niemczech byłam sześć lat. Wróciliśmy wspólnie do Polski w 1946 roku. Z Leverhusen przypłynęliśmy statkiem do Gdyni. Co to tam się działo. 200, a może 300 osób tam było, baliśmy się tam że nas zatopią. Wielkie szczury chodziły po tym statku. Najpierw zamieszkaliśmy w Domu Marynarza w Gdyni. Mieliśmy tylko po dwie walizki. Człowiek się tutaj wszystkiego bał. Przez tydzień mieszkaliśmy tam w tym Domu Marynarza.

Ślub wzięliśmy z mężem w Warszawie – bo tam była męża rodzina. Przyjechaliśmy nad morze po ślubie, znów do Domu Marynarza – ale jak tu żyć, mnie już brzuszek rósł, a nam ciągle obiecywali mieszkanie, a nic nie robili. A mąż wyjechał w rejs na cztery miesiące do Chin. Miałam jakieś buteleczki, smoczki dla dziecka. Spakowałam to w siódmym miesiącu ciąży do walizki i pojechałam do PLO (Polskie Linie Oceaniczne) do Gdyni i poszłam do pana dyrektora. Powiedziałam, że jeżeli ja nie dostanę mieszkania do dziś wieczora, to ja będę u was rodzić i to tu! Proszę pani – tu jest biuro i my musimy pracować. A ja muszę żyć – odpowiedziałam. Poszli na naradę. A ja sobie siedziałam, on sobie zrobił herbatkę, postawił sobie, to ja sobie przestawiłam ją dla siebie – bo jak on mnie traktował? Kobietę w ciąży, a nie zaproponował mi nawet herbaty! Po 2 godzinach przychodzą z pękiem kluczy i mówią, jest mieszkanie w Sopocie, ale na trzecim piętrze. A ja na to – panie, a jak ja tam wózek wniosę? Przecież ja sama muszę to dziecko wychowywać, męża nie ma ciągle. Po 1,5 godziny przychodzą znów i mówią – znaleźliśmy. Trochę daleko, ale jest doskonała komunikacja, tam gdzie jest dziś Biedronka w Sopocie, tam kiedyś był tramwaj i stoją dwa niziutkie domki. One zostały do dziś, pamiętam je. Poszłam tam i miałam do wyboru – bloki były puste – chyba z dwadzieścia parę mieszkań. Wybrałam sobie oczywiście na dole, a za nami było żyto aż do plaży. Szło się polem nad morze. Pięknie tam było, więc pomyślałam, że będzie tu ładnie dziecko chować i tam zamieszkałam.

Po dwóch latach zaczęłam się rozglądać za domem w centrum miasta. Kupiłam mieszkanie normalnie za pieniądze na Monte Cassiono 31. Wszystko sobie było można załatwić. Obok „Złotego Ula” miałam trzy pokoje. Przez okna mieszkania widziało się kościół św. Jerzego. Całe Monte Cassino wysadzone było drzewami, pięknie to wyglądało, jak aleja w parku. Potem to zostało zniszczone – ja nie wiem, jak można to było zrobić. Żal mi było drzew, mam nadzieję, że do tego wrócą. Nie tęskniłam za Łodzią, bo ona taka fabryczna była. Mama do śmierci mieszkała w Łodzi, przyjeżdżała do mnie pomagać na Wybrzeże. Ojciec nigdy nie wrócił, nic o nim nie wiemy, nie wiemy nawet gdzie jest pochowany. Tylko wiemy, że poszedł na Wschód, nich więcej. Mama dała mu krzyżyk na szyję, przeżegnała i koniec.

Przez życie przechodziłam właściwie sama, bo mąż był marynarzem. Najczęściej jak go potrzebowałam to go nie było, ale bardzo go kochałam. Miałam ukończone tylko sześć klas szkoły. Więc mój mąż brał encyklopedie i mówił – pytaj mnie Steniu. I po kolei czytałam hasła i on mi o tym opowiadał. I tak mnie uczył. Mąż miał 62 lata jak zmarł, a ja mam już 90. Jak miałam dzieci to życie mnie zajmowało, mimo że go nie było. Mam troje dzieci, siedmioro wnuków i 13 prawnuków.