Stanisław Gienc (z lewej) z kolegą, Sopot, 1963 r.

Zdjęcia galerii

Galeria relacji:

Pochodzenie

Urodziłem się w Sopocie 6 maja 1947 roku w domu, który wówczas zamieszkiwaliśmy na ulicy Królowej Jadwigi 4 mieszkania 3. Rodzice mieszkali tam od 1947 roku. Ojciec pochodził z samych Kielc, a mama z Sosnowca. Mama chodziła do szkoły kopalnianej. Oznaczało to, że wszystko fundowała kopalnia. Mama bardzo ciepło wspominała ten okres, bo jej rodzice nie ponosili żadnych kosztów związanych z edukacją. Dziecko idąc do pierwszej klasy dostawało całą wyprawkę, łącznie z tornistrem. Tam mama się zetknęła z Gierkiem, razem chodzili do tej szkoły. Rodzice przeprowadzili się do Szczekocin w województwie Kieleckim. Tam między innymi Kościuszko przegrał bitwę z Rosjanami, stoi pomnik na rynku. Ojciec pracował w wymiarze sprawiedliwości w sądzie grodzkim w Szczekocinach, a mama w urzędzie miejskim. Po II wojnie światowej z tytułu zatrudnienia ojca, zostali przeniesieni na tzw. Ziemie Odzyskane. Rzucali go od Elbląga, przez Gdańsk do Sopotu. Pracował w prokuraturze w Gdańsku oraz w Polskich Zakładach Zbożowych. Podlegały im spichrze nad Wisłą. W 1953 roku ojciec zmarł na nerki i wychowywała mnie mama. Pracowała w Miejskim Przedsiębiorstwie Gospodarki Komunalnej w Sopocie.

Lata szkolne

Na Królowej Jadwigi mieszkałem do 1961 roku, miałem wtedy 14 lat. Później zamieniliśmy mieszkanie, bo tam mieliśmy jeden pokój razem z mamą, na takie gdzie były dwa pokoje, więc każde z nas miało swój. I tam zamieszkaliśmy na ul. Fiszera 4 w Sopocie.

Do przedszkola najpierw chodziłem na Majkowskiego 7, później jak złamałem nogę mama przeniosła mnie do przedszkola nr 10 w pobliżu urzędu miejskiego. To jest chyba Władysława IV. Po skończeniu przedszkola w 1954 roku zacząłem uczęszczać do Szkoły Podstawowej nr 1 w Sopocie na ulicy Książąt Pomorskich, a następnie administracyjnie przeniesiono naszą całą klasę do tzw. „szkoły Tysiąclecia” nr 10 na ul. Kazimierza Wielkiego. I tam ukończyłem szkołę podstawową. Następnie zacząłem edukację w II Liceum Ogólnokształcącym im. Bolesława Chrobrego w Sopocie na Alei Niepodległości. Podstawówkę wspominam bardzo miło, gorzej ze szkołą średnią. Ja jestem antytalent matematyczny, nie lubiłem przedmiotów ścisłych. Wolałem języki, geografię, historię i wszystko to spełniło się w czasie studiów. Ale z czasu szkoły średniej pamiętam biwaki, które sobie sami organizowaliśmy. Jeździliśmy do Chmielna, rozbijaliśmy obóz z namiotami i szyld z napisem „Sopot” – mam to uwiecznione na zdjęciach. W szkole średniej mieliśmy też kuligi zimą w Osowie. Gdy chcieliśmy jechać na wycieczkę do Warszawy to dla Nadleśnictwa sadziliśmy drzewka (za cmentarzem) i za uzbierane pieniądze udało się pojechać. Nasza „studniówka” została zorganizowana w szkole, ale potem po maturze był jeszcze bal. I to już było w Grand Hotelu. Oczywiście trzeba było za to odpowiednią sumę zapłacić.  

Rozrywka

Ze względu na bliskość i pogodę latem chodziliśmy na molo i na plażę. Molo też służyło nam do połowu ryb. Każdy miał swoją wędkę. Muszę powiedzieć, że ryb było więcej niż teraz. Czasami przynosiłem do domu i mama smażyła flądry czy dorsze na posiłek. Oczywiście to wszystko było na dziko. Wakacje spędzałem z reguły w Sopocie lub na koloniach. Jeśli w Sopocie, to z reguły ze znajomymi dziećmi z ulicy. Miałem rower, czasami jeździliśmy z grupką kolegów po okolicy, a najdalej to pojechaliśmy do Kartuz. Żeby skrócić drogę jeździliśmy przez las, przez Osowę. Jeździliśmy także do Gdyni - wzdłuż plaży tą drogą, która jest poniżej dzielnicy, aż do mola w Orłowie i wracaliśmy Aleją Zwycięstwa i Niepodległości do Sopotu. Traktowałem to z wyrachowania jako rehabilitację, ponieważ w przedszkolu miałem poważnie złamaną nogę w udzie. I dzięki temu rowerowi uzyskałem pełną sprawność.

W Sopocie przy Alei Sępiej stacjonował garnizon WOPR-u. Atrakcją dla nas było przyglądać się, jak raz na tydzień maszerowali do Zakładu Balneologicznego, jako do łaźni. Wówczas mieli nawet konie, na których oni jeździli. Żołnierze czasami robili ćwiczenia na odległych odcinkach plaży, łącznie ze strzelaniem. To nas interesowało i każdorazowo nas legitymowali, jak szliśmy popatrzeć. A na plaży była placówka WOPR-u, mieli wieżyczkę strażniczą. To było w tym kierunku siedziby rybaków sopockich, choć kiedyś byli oni bliżej mola.

W latach 60-tych otwarto w okresie letnim słynny Non-Stop. Początkowo się mieścił na lewo od mola, później przeniesiono go na ulicę Drzymały, a potem na Sopot Wyścigi. I wtedy młodzież ściągała do Sopotu, bo tu był Non-stop. Debiutowali tu Niebiesko-Czarni, Czerwono-Czarni, Niemen. W późnych latach 60-tych Czerwone gitary. Z Krajewskim chodziłem do podstawówki, bo on mieszkał na Książąt Pomorskich w takich blokach wojskowych. Ojciec jego grał w orkiestrze wojskowej jako muzyk. A Krajewskiego pamiętam jeszcze jak biegał po południu z futerałem na lekcje gry na skrzypcach. Ja do Non-stopu chodziłem rzadko, czasami z ciekawości. Później chodziłem do takiego zimowego Non-stopu w Grand Hotelu. Wejście było od strony Łazienek Południowych. Tam też dużo młodzieży było, ale lokalnej raczej.

Jeśli chodzi o uroczystości miejskie to brałem udział w pochodach na 1 maja. Raz mama jako pracownica musiała iść przymusowo, a ja na rowerach z kolegami z bibułkami w szprychach jechałem. Później też był przymusowy udział na 1 maja w szkole średniej, ale my to traktowaliśmy jako rozrywkę. Począwszy od wyruszenia z molo, bo tam był punkt zborny tych wszystkich delegacji uważaliśmy, że już jest pochód skończony. Sporadycznie, co parę lat odbywały się dni morza. Wówczas okręty wojenne cumowały do mola i udostępniano do zwiedzania te mniejsze jednostki. Oczywiście nas jako chłopców, tam ciągnęło.

Hipodrom i te tereny to była już inna dzielnica. Oni trzymali się razem i my też, ale dala od siebie. Z tym że klub jeździecki istniał, ale jako organizacja bardzo elitarna. Ze mną chodził do szkoły podstawowej syn aktorki z Sopotu, która grała w Teatrze Wybrzeże i on chodził po lekcjach obowiązkowo na lekcje jeździeckie. Mnie nie było stać.

Zakupy

Ze względu na miejsce zamieszkania zakupy robiliśmy na Monte Cassino, albo w tym pawilonie spożywczym, gdzie jest teraz Zakład Balneologiczny na Powstańców Warszawy. To był prowizoryczny pawilon postawiony po wojnie najpierw jako wystawowy, później przekształcony na spożywczy. Atrakcją dla Sopocian było otwarcie na Monte Cassino delikatesów. Można było wówczas kupić kawę - od razu zmieloną. Również dobre zaopatrzenie było naprzeciwko delikatesów. Był to sklep, którego sprzedawca nazywał się Bauer. Mówiło się, że idę do Bauera coś kupić. Przedmioty trwałego użytku kupowało się przeważnie w domu towarowym, tu gdzie są pawilony BWA. Był także sklep meblowy na Alei Niepodległości. Jeżeli chodzi o dzianiny typu swetry, to mama robiła na drutach, bo mówiła, że to jej daje uspokojenie. Żyło się dużo biedniej, niż obecnie. Na wiele rzeczy nie można było sobie pozwolić.

Sopot

Z młodości pamiętam, że Monte Cassino było wybrukowane taką grubą kostką i jeździły tamtędy samochody. Od ulicy Grunwaldzkiej, aż do powiedzmy McDonald’sa i baru mlecznego można było dojechać samochodem i tam dopiero był zakręt do dworca. Pamiętam, że na początku lat 60-tych wybudowano Algę. To był taki kamień milowy w rozwoju Dolnego Sopotu. Tamten dawny Sopot bardziej mi się podobał niż dzisiejszy -  przez sentyment, chociaż ten jest lepiej zagospodarowany.

Sopot w sezonie letnim to makabra była, podobnie jak teraz. Przedrzeć się przez Monte Cassino w górę czy w dół - to był wyczyn. Chociaż już wtedy był to deptak, zrobiono go ok. lat 70-tych. Nie lubiłem Sopotu w lecie. Szukałem okazji, żeby wyjechać. Teraz też nie lubię, za dużo tłumu.

Żeby dotrzeć do tych dolnych uliczek trzeba było przez pewien czas iść wzdłuż Monte Cassino. Alejka wzdłuż plaży biegnąca w kierunku dzisiejszego muzeum była nazywana rządową. Wszystkie budynki przy niej były wynajęte oficjelom. Stały budki wartownicze przy każdej, a w wojskowym domu wypoczynkowym był garnizon, tam mieszkali żołnierze. Natomiast Górny Sopot był dzielnicą elitarną, taką inteligencką, ale w takim złym znaczeniu tego słowa, oni się izolowali od Dolnego Sopotu i granicą była ulica Kościuszki.

Kariera

Po zdanej maturze w 1965 roku byłem niezdecydowany, co robić w życiu. Nie miałem sprecyzowanych zainteresowań i dlatego poszedłem do Wyższej Szkoły Ekonomicznej za namową mamy, która była z zawodu księgową. Po wielu perturbacjach ukończyłem w 1974 roku Uniwersytet Gdański, bo swego czasu była fuzja z Wyższą Szkołą Pedagogiczną i utworzono uniwersytet. Bo to wcale nie była szkoła - uniwersytet typowo ekonomiczny, a bardziej uniwersalny. Pamiętam studiowali z nami Niemcy z NRD, a i Wietnamczyków było dużo i oni się trzymali razem. To była męka dla lektorów nauczyć ich angielskiego. Więc mówili cokolwiek i dostawali zaliczenie.

Cały czas miałem ciągoty do morza, podróży, handlu i dlatego bezpośrednio po ukończeniu Uniwersytetu Gdańskiego, wydziału Transportu Morskiego pracowałem w zakładzie zbiornikowców Polskiej Żeglugi Morskiej w Gdyni. W międzyczasie otrzymałem korzystniejszą propozycję pracy w handlu zagranicznym w Przedsiębiorstwie Handlu Zagranicznego Navimor w Gdańsku. Pracowałem tam w biurze remontu statków, które było ulokowane na terenie Gdańskiej Stoczni Remontowej. Z tym, że wyłączność na negocjacje cenowe z potencjalnymi klientami Stocznia scedowała na Navimor. Następnie jednak , jak to w życiu  bywa rozwiązali tą umowę na wyłączność marketingową i ja z tytułu posiadanego wykształcenia przeszedłem do pracy w wydziale marketingu w Stoczni Marynarki Wojennej w Gdyni. W międzyczasie ukończyłem szkolenie wojskowe w ramach studium wojskowego w ramach Uniwersytetu Gdańskiego.

Z chwilą osiągnięcia wieku emerytalnego 67 lat przeszedłem na emeryturę. W latach 80-tych przeprowadziliśmy się z żoną z ulicy Fiszera do Kamiennego Potoku. Podczas prasówki znalazłem ogłoszenie: zamienię 2 pokoje na mieszkanie 3-pokojowe w Kamiennym Potoku. I z miejsca pojechaliśmy obejrzeć, nawet obiadu nie kończąc. Rodzina się rozrastała, więc się cieszyliśmy. Mama miała swój pokój, a my pozostałe dwa. Mieszka się tu bardzo dobrze, jestem zadowolony. Robimy czasami z żoną spacery po lesie. Jak pracowałem z Gdynianami to oni zali tę okolicę z czasów przedwojennych. Jak opowiadałem gdzie mieszkam, że w Kamiennym Potoku, że tu jest taka droga graniczna, to oni mówili: wiemy, my tam przed wojną chodziliśmy. Bo tu była strzelnica, tu 2 Pułk Strzelców ćwiczył.

Mam dwie córki, jedna jest stomatologiem po Akademii Medycznej, pracuje w Zjednoczonym Królestwie. Druga córka mieszka w Gdyni. Skończyła pedagogikę, później podyplomowo pedagogikę specjalną i pracuje jako nauczycielka przedszkola w Wiczlinie.

Rostock

Bardzo miło wspominam pobyt w NRD w Rostocku. Jechaliśmy z myślą, żeby iść tam do pracy i zaliczyć to jako praktykę zawodową na uczelni. Niestety w NRD obcokrajowiec nie mógł pracować w przedsiębiorstwach portowych, żeglugowych. To było zabronione. Któregoś dnia stoimy w śródmieściu Rostocku z kolegą w kolejce w barze szybkiej obsługi i mówię do niego: Daj mi 10 feningów, bo mi brakuje. A ekspedientka do nas czystą polszczyzną: To panowie są z Polski? A my, że tak. Ona: Ja też jestem Polka. Mnie wywieźli na roboty w czasie okupacji i tu wyszłam za mąż i teraz mam tu ten bar. A co wy tu robicie? A my na to, że szukamy pracy, żeby zarobić trochę, ubrać się, jakiś sprzęt zmechanizowany przywieźć. A ona na to: To ja dam wam adres. I pracowaliśmy w takiej hurtowni owoców i warzyw. Rozwoziliśmy je po Rostocku i po okolicach. I za jeden miesiąc pracy w NRD zarobiliśmy tyle, co tu przez rok. Ubraliśmy się porządnie, ja aparat fotograficzny kupiłem. Wróciłem i opowiadam mamie, a ona do mnie: Nigdy nie porównuj NRD z Polską. Oni są dotowani ze wszystkich stron. Nie było np. cła z RFN-u, więc dużo zyskiwali. Jeździłem z takim kierowcą jako ładowacz i on się cieszył, że nabył trabanta używanego. Trabant kosztował 6 000 marek, Wartburg 12 000 marek. Pojawiały się już wtedy fiaty, ale oni bazowali na lokalnym przemyśle. Także Trabanty i Wartburgi były nawet  samochodami wojskowymi. Ja nie znałem języka, ale żeby załadować towar nie trzeba było znać. Oni używali tam lokalnie języka Plattdeutsch, gazety się w nim ukazywały i książki. Pracował z nami Ślązak, który znał polski. Jak czegoś nie wiedzieliśmy, to go wołaliśmy i on nam tłumaczył. On tam pojechał tylko dlatego, że jego ojciec czuł się Niemcem. Kilkakrotnie pisał podania do naszych władz o wyjazd, emigrację do Niemiec Zachodnich i każdorazowo otrzymywał odmowę. Więc się zdenerwował i napisał do NRD i zgodę dostał natychmiast. Później nosiliśmy się z zamiarem pojechania tam jeszcze raz, ale nie wyszło.