Zdjęcia galerii

Galeria relacji:

Sopot - moja miłość
Nie przyszłam, co prawda na świat w Sopocie, ale gdy przywieźli mnie tutaj rodzice miałam nie więcej niż dwa, trzy miesiące życia. Mogę, więc uznać Sopot za moje rodzinne miasto. I tak je, odkąd pamiętam traktuję. Była jesień 1945 roku. Przypomina mi o tym jedyne ocalałe zdjęcie. Na plaży ja w ramionach mamy i tata. Na następnej fotografii, jako dwulatka dzielnie maszeruję po placu przed kościołem św. Jerzego. Oczywiście, nie pamiętam tego. Jako pierwsze zdarzenie w mojej pamięci zapisała się blizna na prawym przedramieniu. Sparzyłam się żelazkiem, gdy usiłowałam coś prasować. Kto mi na to pozwolił, nie wiem, ale bliznę mam do dzisiaj. Pamiętam już dobrze, gdzie do tego doszło. W pięknej rezydencji z końca XIX wieku, którą zaprojektował architekt K. Holacker na zlecenie gdańskiego kupca Wilhelma Juncka. O tym dowiedziałam się później. Był to romantyczny pałacyk z bogato zdobionymi drewnem werandami, balkonikami i tarasami oraz wieżą zakończoną smukłą iglicą.
Rezydencję tę można podziwiać i obecnie przy ulicy Goyki 1/3. Otacza ją park z cennymi okazami egzotycznych drzew oraz tunelami ze strzyżonych lip.
Uprosiłam kiedyś mamę, by zaprowadziła mnie na wieżę i opowiedziała coś ciekawego, bo mając trzy lata byłam już romantyczką. Mama uraczyła mnie legendą, w którą wówczas święcie wierzyłam. Głosiła ona, że właściciel - utracjusz przegrał majątek w kasynie, z rozpaczy zabił żonę i dzieci i rzucił się z wieży.
Kochałam ten pałacyk. Moja rodzina zajmowała cały parter, przestrzeń ogromną. Rodzice, babunia, która nie pozwalała nazywać się babcią, bo to takie plebejskie,
ciocia, niewidoma z powodu udaru mózgu, bo bez nakrycia głowy chodziła na plażę , no i ja. A potem urodzeni w Sopocie siostra i brat. O siostrze nie będę więcej
wspominała, gdyż prosiła mnie o to. Było nas wówczas siedmioro. Biegaliśmy po ogromnych pokojach. Jeden, o ile dobrze pamiętam, miał ściany i sufit, wyłożone
drewnem. Oczywiście biegały tylko dzieci, przecież nie babunia i inni dorośli.
Rodzice i obie krewniaczki to przymusowi, powojenni emigranci a Warszawy. Wszystkie trzy panie tam się urodziły. Ojciec pochodził z Kresów Wschodnich, ale
jakimi ścieżkami przywędrował stamtąd do Warszawy, nigdy nie dowiedziałam się. Wyznawał maksymę "milczenie jest złotem" i tak postępował również w
stosunku do mamy. Zastanawiałam się kiedyś, jak ...się jej oświadczył? Przecież nie słowami. Tak czy inaczej mama oddała mu rękę, bo przez długie lata
przeżywała traumę, którą spowodowała tragiczna śmierć narzeczonego.. Był to słynny konstruktor samolotowy Stanisław Wigura. Zdjęcie obojga, w jego samochodzie
wisi u nas na ścianie. Mama była wówczas młodą dziewczyną i na chłopców nie spoglądała. Aż...poznała mojego ojca. Pobrali się. Gdy w Warszawie nie dało się
już żyć, tata postanowił , że wyjadą na Ziemie Odzyskane. I tak trafili do Sopotu. Na Goyki. Żyło się nam , jak w raju, ale władze miasta widocznie uznały, że nasza
polska rodzina nie zasługuje na takie luksusy i nas wykwaterowano, z tego miejsca, które było najbliższe dziecku.
Potem, przez wiele lat mieszkaliśmy w pięknej, poniemieckiej willi, w centrum, nieopodal magistratu. Tym razem na pierwszym piętrze. Parter zajmowała rodzina
kapitana żeglugi wielkiej. Jego syna spotkałam po latach na konferencji prasowej w Warszawie. Jego młodsza siostra, moja rówieśnica znalazła się chyba w Orłowie.
Ale moją najlepsza przyjaciółką była Elżbieta. Poznałyśmy się w pierwszej klasie i do dzisiaj utrzymujemy kontakt ze sobą, chociaż nie widziałyśmy się blisko
40 lat. Ona mieszka w Katowicach, ale są przecież telefony i maile. A z mailami - zdjęcia. Opisuję Elżbiecie dzisiejszy Sopot. Ona nawet nie przypuszcza, że jest
teraz taki piękny! Pisze do mnie: "gdzie tamten Sopot z naszych dziecinnych lat? Willa, w której mieszkałaś była kiedyś zaniedbana, a teraz jest taka urocza."
Zmieniły się nie tylko nazwy ulic, Elżbieta mieszkała na Pstrowskiego, dzisiaj Lipowa. Moja Władysława IV, nadal nosi królewskie imię. Oczywiście, już nie moja,
bo w 1974 roku wyrzucono nas na Kamienny Potok, ponoć dlatego, ze miał stanąć tam wieżowiec. Marna wymówka. Przecież cały Sopot, jako zespół urbanistyczno -
krajobrazowy wpisany jest w rejestr zabytków województwa pomorskiego. A więc nie do ruszenia! Rejon, w którym znajduje się "nasza" willa jest pięknym secesyjnym
zabytkiem. W książce Hanny Domańskiej "Magiczny Sopot" natrafiłam na słowa, które mnie wzburzyły. Otóż jak pisze autorka w naszej willi lokatorzy mieszkali
do 1985 roku! Co więc tam się działo przez 11 lat!? Potem był w willi Urząd Stanu Cywilnego, konsulat Peru, wreszcie jakieś biura. Wreszcie w latach 2000-2001
willa przeszła generalny remont i odzyskała dawny blask.
Gdy wspominam lata na Władysława IV oczami wyobraźni widzę moją podstawową szkołę, od roku 1952.Wtedy pani Ledóchowska, "nasza pani" posadziła mnie
w ławce z Rosjanką, Świetlaną. Była to miła dziewczynka, ale ja zachowałam sie wobec niej niegodnie, potem było mi wstyd, spóźniony. Kiedyś pani prosiła,
bym zaniosła jej elementarz, a mieszkała nieopodal. Była zima. Ja, zamiast odnieść jej książkę, nie wiem dlaczego wrzuciłam ją przez płot do ogrodu i zniknęła
pod śniegiem...
Czas mijał. Byłam uczennicą drugiego ogólniaka przy obecnej alei Niepodległości, klasy łacińskiej. Języka tego uczyła nas starsza, nobliwa pani Salomea Sucharewicz.
Spodobała mi się ta łacina, tak , że wybrałam ją jako przedmiot do zdawania na maturze. Ale nie po raz pierwszy wybiegłam w przyszłość. A więc cofnij się,
kobieto! W szkole najlepiej odpowiadała mi się polska literatura i wspaniała polonistka pani Krystyna Rutkowska, z którą do tej pory często rozmawiam przez telefon.
O książkach, poezji, o życiu...Bardzo lubię te nasze pogawędki. Nie znosiłam zaś historyka Adama Wasilewskiego, który wykładał też wiadomości o Polsce i
świecie współczesnym. Okropny człowiek, pezetperowiec, komunista. Nie pozwalał na samodzielne myślenie, obniżał oceny, gdy dziewczyny, a byłam w klasie
żeńskiej, ośmielały się być "nie na bazie i nie po linii." A przecież i historia i WOP mogły być przedmiotami, z pasją zarówno dla nauczyciela jak i uczennic.
Chociażby dzieje i współczesności naszego miasta. Jeśli dobrze pamiętam, od 8-go do 10-go wieku był tu gród prasłowiański. Pierwsza wzmianka o Sopocie
pochodzi z 1283 roku, gdy książę pomorski podarował tę małą, rybacką wioskę oliwskim cystersom. W 1823 roku powstało tu kąpielisko, które swoją urodą
i urokiem, swoim pięknem ,szumem zapachem morza, krzykiem mew o świtaniu, wabiło tu kuracjuszy. Niebawem, 8 października 1901 roku Sopot uzyskał
prawa miejskie. Ale jeszcze słów parę o naszej szkole. Była dla mnie placówką ważniejszą niż późniejszy uniwersytet. Pamiętam, że już po maturze przyszłam
na rozpoczęcie roku szkolnego, a wcześniej byłam w poczcie sztandarowym naszej szkoły, że brałam udział w pokazach gimnastycznych na sopockich
murawach i kortach tenisowych. Nie da się ukryć, lubiłam szkołę i czasy szkolne. "Szkoło, gdy cię wspominam, oczy mam pełne łez. Galia es omnis divisa
in partes tres"...Cytuję z pamięci, nie wiem więc czy prawidłowo, i kto jest autorem tych słów. Będąc uczennicą, po lekcjach lubiłam włóczyć się po nadmorskich
alejkach. Czasem udało się wcześniej urwać ze szkoły. To była frajda! Wałęsać się aż do Jelitkowa...Były też inne miejsca, które lubiłam lub podziwiałam
z zewnątrz(Grand Hotel),któż pozwoliłby uczennicy wejśc do środka? Molo i nadmorskie zieleńce. Monciaka nie darzyłam uznaniem, wówczas był szary, bez gustu
i polotu. Ale tędy właśnie przechodził co roku pochód pierwszomajowy. My, harcerki z drużyny morskiej, ubrane w granatowe spódniczki , białe bluzki i marynarskie
kołnierze, odbierałyśmy saluty oficerów marynarki. Pochód zaczynał się na molu, a rozwiązywał przy naszym liceum. Pamiętam inne "marsze", myślę o procesjach
Bożego Ciała. Szły ulicą Grunwaldzką, w każdym razie, ta, w której niosłam poduszkę , w stroju krakowskim, potykając się o kamienie, którymi wyłożono jezdnię.
Był to rok 1956...Dawne dzieje.
Świadectwo dojrzałości uzyskałam w 1963 roku. Dyrektor szkoły zaczął wręczanie matur ode mnie, chociaż moje nazwisko zaczynało się od "S". Tata puchł
z dumy, że jego córeczka uzyskała najlepsze oceny. Niestety, w Gdańsku nie było uniwersytetu Musiałam jechać do Warszawy. Pojechałam. Zdałam. Zostałam
przyjęta. Pięć lat studiów rozciągnęło się na lat dwadzieścia lub trzydzieści, licząc ostrożnie. Ale nie było wakacji, świąt, czy urlopu, nie było miesiąca, w
którym nie byłam by, chociaż na krótko w Sopocie. To miasto było mi potrzebne do życia, jak tlen. Wakacje po pierwszym roku studiów poświęciłam na naukę
języka hiszpańskiego.. Uczyłam się na plaży, opalając plecy. W ogóle od dziecka miałam "kota" na punkcie słońca. Po wakacjach zdałam egzamin na drugi
rok nauki w Towarzystwie Przyjaciół Kultury Iberyjskiej. Potem jeździłam do Hiszpanii, a moi hiszpańscy przyjaciele odwiedzali mnie w Sopocie, urzeczeni
jego klimatem , pejzażem...
Wizyty w Sopocie często obfitowały tekstami do mojej macierzystej warszawskiej gazety. Taki na przykład napisałam list znad Bałtyku, nie cytuję dosłownie,
lecz fragmentami. Ależ malkontenci z naszych wczasowiczów i turystów! Jeszcze nie zdążą odpocząć po trudach podróży w przepełnionych pociągach, jeszcze
nie zaczerpną w płuca morskiego powietrza, a już rwą się do krytykowania. Jakby nie wiedzieli, że letni sezon jest najbardziej odpowiednią porą do remontu
jedynego w mieście baru mlecznego. Niektórzy dali zwieść się prasowym zapowiedziom uruchomienia przed sezonem nowego kombinatu gastronomicznego
i mają pretensje, że zamiast kelnerek w białych fartuszkach, po obiekcie w pełni lata krzątają się budowlańcy. Ale wczasowicza nie zadowolisz. Bo oto dla
odmiany nie może zrozumieć, dlaczego na budowie Łazienek Północnych ani śladu ludzi w roboczych ubiorach, a potężne kłódki na bramach zdążyły pokryć
się rdzą. Trudno doprawdy zrozumieć, dlaczego niektórzy z przekąsem mówią o rekordowym tempie prac na sopockim molo, skoro już w drugim tygodniu
lipca remont dobiegł końca i dolne pomosty zostały udostępnione amatorom spacerów. A więc Łazienek Północnych nie ma. Pozostają Południowe. Aż dziw,
że spece od reklamy nie polecają tej plaży jako najlepszego środka na opaleniznę. Cóż znaczą przy nim różne "Sombrera" i "Solarisy". Po godzinie skóra
nabiera pięknego ciemnego koloru, chociaż słońce grzeje słabiutko. Za to z komina zakładu balneologicznego obficie lecą sadze , osiadając na skórze posmarowanej
kremem. Świetny sposób na szybkie przekształcenie "bladych twarzy" w murzynków. Urlop - dobry czas na obejrzenie filmu. Z dwóch stałych kin, jedno jest -
jakby mogło być inaczej - w remoncie. Można natomiast wybrać się wieczorem do kina "Letniego" na kortach tenisowych. Nie szkodzi, że "Czarownice"
rozczarowują, samo kino za to dostarcza rozrywki. W połowie czwartej nowelki "wysiada" wizja, pozostaje fonia w języku francuskim. Poligloci zacierają dłonie,
z pogardą spoglądając na sąsiadów, którzy "języków obcych nie posiadają". Gwizdy, krzyki i brak reakcji ze strony kierownictwa kina. Morał, uczcie się języków
obcych.. Nie powinnam tego pisać, gdyż kinem kierowali...moi rodzice. A gdy około północy wracali do domu, nasz kot Mafuka, wychodził im na spotkanie,
do stu metrów od domu. My, dzieci kierownictwa, i nasi kumple, wchodziliśmy na filmy za darmo. Na "Krzyżakach" byliśmy chyba dwadzieścia razy!
Byłam też w teatrze "Letnim", gdy pod koniec lat pięćdziesiątych Mieczysława Cwiklińska grała główną rolę w "Drzewa umierają stojąc". Od 1961 roku
rozrywkę młodzi znajdowali w Non-Stopie. Jesienią , zimą i wiosną chodziliśmy do sali turystycznej w "Grandzie" Dziewczyny zostawiały torebki w szatni.
I raz mnie i siostrze ktoś skradł torebki. Odnalazły się drugiego dnia w ...kościele we Wrzeszczu.
Mam jeszcze wiele wspomnień, lecz miejsca mało. Po uzyskaniu emerytury na stałe wróciłam do Sopotu. Czy czas warszawski był stracony? Chyba nie...
Sporo się nauczyłam, sporo zwiedziłam, byłam "latającym reporterem". Po kraju. Dużo pisałam.
Jestem sopocianką, nic więc dziwnego, że wędrując kiedyś po Cmentarzu Katolickim przy ulicy Malczewskiego natknęłam się na grób z wyrytym napisem:
ś+p Weronika z Kunatów Miłoszowa, zm. 8.12.1945.Zastanowiło mnie to nazwisko .Czyżby ktoś z rodziny Czesława, poety?
Zaczęłam szperać po źródłach. Tak. Tutaj spoczywa jego matka. Na Kresach Wschodnich, "w samym sercu Litwy", jak sam powiedział, urodził się Czesław
Miłosz, syn Aleksandra i Weroniki z Kunatów. W 1945 roku, podczas wielkich przesiedleń ludności "moja rodzina opuściła Litwę i znalazła się pod Gdańskiem,
gdzie zakwaterowano ją w domu, należącym do niemieckiej, chłopskiej rodziny. W domu została jedna stara Niemka, która właśnie zachorowała na tyfus i nie
miała nikogo, kto by się nią zajął. Moja matka, wbrew perswazjom pielęgnowała ją , zaraziła się tyfusem i umarła. W ten sposób znalazła się na sopockim
cmentarzu. Spoczęli tam też inni członkowie rodziny poety. Gabriela z Kunatów Lipska(1962), jej mąż Władysław Lipski(1978), Janina z Kunatów Niementowska
(1977). Czesław Miłosz zmarł 14 sierpnia 2004 roku w Krakowie. Pochowany został na Skałce, nie w Sopocie, jakby życzyli sobie ojcowie kurortu. Bieżący rok,
w stulecie urodzin poety został ogłoszony Rokiem Miłosza. I teraz powracam znów do Sopotu, mojego miasta i miasta związanego z Czesławem Noblistą.
Po raz pierwszy przybywa do Sopotu 7 czerwca 1981 roku. Zatrzymał się w domu przy ulicy Lipowej, wówczas Pstrowskiego. Tak się składa, że przez wiele lat,
o czym już była mowa, mieszkałam z rodziną przy ulicy Władysława IV, na rogu Lipowej i dobrze wiem, o jaki dom chodzi. Poeta skierował swe pierwsze kroki
na ulicę Malczewskiego, do grobu matki i krewnych. Po raz drugi przybywa z Warszawy 26 września 1989 roku. Wizyta całkiem prywatna, do miasta
wiecznego spoczynku matki. Bez dziennikarzy, przyjęć, autografów. Trzecia wizyta miała miejsce 2 listopada 1993 roku, w dzień zaduszny. Tym razem
spotyka się z prezydentem miasta, Janem Kozłowskim, i dziennikarzami. Potem przechadzka Monciakiem i spacer po molu. Zdjęcia, autografy. Prezydent
Kozłowski zaproponował poecie objęcie honorowym patronatem obchodów stulecia miasta. 10 czerwca 1995 znów jest w Sopocie. Zatrzymuje się w Grand Hotelu,
odwiedza SPATiF. Przyjmuje propozycję prezydenta Kozłowskiego. Otrzymuje w zamian tytuł Honorowego Obywatela Sopotu. Miłosz pisze do prezydenta:
"Panu Prezydentowi Janowi Kozłowskiemu z podzięką za wspaniałą gościnność. Czesław Miłosz.11. VI. 95. Sopot". Na początku 1996 poeta po raz piąty
przyjeżdża do Sopotu. Było mu więc to miasto bardzo bliskie. Gdy odszedł do domu Ojca w 2004 roku Rada Miasta podjęła uchwałę o nazwanie jego imieniem
jednej z sopockich ulic. To jednak pozostało na papierze...Obchody Roku Miłosza w Sopocie zaczęły się 19 marca przy grobie matki poety Weroniki. Powinny
być w kurorcie bardzo uroczyste...
Kończę już moje sopockie wspomnienia. Niedokończone, bo mam jeszcze wiele do powiedzenia. Może innym razem. Z innej okazji.