Zdjęcia galerii

Galeria relacji:

Moja babcia nazywała się Marta Judyta Hessel. Wyszła za mąż za Szymona Pierożka, który był koncepistą skarbowym. Mieszkali oni w Krakowie. Z tego związku urodziło się czworo dzieci: Helena, Marceli Marian, Marta Janina i Kazimierz Julian – mój ojciec.

Z tamtych czasów zachowały się dwa piękne portrety kobiet: fotografia mojej babci (to właśnie po niej dostałam imię Marta), a także portret Heleny Rybińskiej, która była ciocią mojej babci.

Mój ojciec był urzędnikiem Banku Polskiego; przeniósł się z Krakowa do Łodzi i tam się urodziłam. Ojciec kochał wodę i łowienie ryb, dlatego opuściliśmy Łódź i zamieszkaliśmy w Pińsku na Polesiu. W bogatych domach arystokracji były salony, w których kwitło życie towarzyskie, średniozamożni mieli saloniki, w chłopskich domach natomiast były tzw. białe izby, w których się spotykano. Moi rodzice także mieli salonik, w którym bywali różni ludzie, m.in. częstym gościem była Maria Rodziewiczówna. Kiedy w 1939 roku granicę przekroczyli Sowieci, musieliśmy uciekać z Pińska, szczególnie, że mój ojciec był oficerem i brał udział w wojnie polsko-bolszewickiej w 1920 roku. Uciekała wtedy stamtąd cała elita. Granicę Generalnego Gubernatorstwa przekroczyliśmy w Brześciu. Pamiętam, że trafiliśmy do Łodzi do lagru i wszyscy spali na ziemi na sianie. Był głód, wszy, szybko pojawiły się choroby. Pomógł nam Czerwony Krzyż i znaleźliśmy się u rodziny w Krakowie.

Moja mama pochodziła z Oliwy i miała tam krewnych, do których przyjeżdżałam jako dziecko na wakacje. W Oliwie mieszkały moje ciotki: Rita, Kaite i Irma. Często jeździłyśmy razem do Sopotu, doskonale pamiętam przedwojenny Sopot. Przed Grand Hotelem był podest, na którym odbywały się tańce, pamiętam, jak moje ciotki, ubrane w eleganckie suknie, tam tańczyły. Ja nie tańczyłam, bo byłam wtedy za młoda, ale z przyjemnością na nie patrzyłam. Pamiętam też koncerty, które odbywały się w lecie w muszli, wciąż w myślach słyszę tę muzykę. Szkoda, że teraz nie ma już takich koncertów. Pamiętam też spacery po Sopocie w letnie ciepłe wieczory. Ciotki zabierały mnie wszędzie ze sobą, jeździłyśmy też do restauracji, która nazywała się Wielka Gwiazda. To było piękne miejsce położone w lesie w Górnym Sopocie. Można było tam w lecie dojechać tramwajem konnym, a w zimie saniami. Ciotka Rita wyszła za mąż za inżyniera Rakowskiego, był on jednym z nielicznych Polaków, którzy ukończyli Technische Hochschule, czyli obecną Politechnikę Gdańską. Moje ciotki po wojnie zdecydowały się wyjechać do NRD, bo nie chciały pogodzić się z nową rzeczywistością. Pamiętam, jak przyszły się pożegnać, zanim wypłynęły, wszyscy wtedy płakaliśmy. Do dziś ich rodziny mieszkają w Niemczech, ale utrzymujemy ze sobą kontakt. Języka niemieckiego nauczyłam się jeszcze w szkole i wciąż go dobrze pamiętam. Kiedyś szkoły wyglądały zupełnie inaczej niż obecnie. Podczas lekcji języka niemieckiego nauczyciel pisał słowo na tablicy, później wszyscy powtarzaliśmy je na głos, ćwiczyliśmy wymowę, a potem szukaliśmy tego słowa w słowniku, aby utrwalić jego pisownię. Dawało to bardzo dobre efekty. Kiedy sama zostałam nauczycielką, starałam się przekazywać wiedzę uczniom w taki sposób, jak mnie uczono jeszcze przed wojną. Wprowadziłam do zajęć m.in. lekcje pięknego czytania, pięknej wymowy i dykcji. Czytaliśmy na głos dzieła polskich pisarzy i poetów. Uczyłam też historii, tej prawdziwej historii. Irytowało to bardzo komunistyczną dyrektorkę szkoły, w której pracowałam. Dlatego utrudniano mi pracę, nie mogłam awansować i więcej zarabiać. Po 1989 roku, kiedy odtajniono teczki, dowiedziałam się, że uważano mnie za wroga klasowego. Myślę, że obecnie w szkołach także przydałyby takie lekcje pięknego czytania. W rodzinach zamiast hasła „poczytaj mi, mamo” trzeba wprowadzić inne: „poczytaj mi synku”, „poczytaj mi córko”. Dzieci mogłyby czytać na głos swoim rodzicom, np. mamie, która w tym czasie przygotowywałaby kolację.

Po wojnie nie mogłam być obojętna na to, jak Sopot niszczeje, bo dobrze pamiętałam z dzieciństwa, jakie piękne było to miasto przed wojną, dlatego podjęłam działania, które miały zwrócić uwagę władz miasta na ten problem. Udało mi się zorganizować spacery z prezydentem i podczas nich pokazywałam przedstawicielom miejskich władz Sopot. Rozbierano wtedy charakterystyczne dla miasta elementy architektoniczne, które tworzyły cały jego urok. Likwidowano wieżyczki, dekoracje z wielu kamienic czy kolorowe witraże. Wyrywano kute w fantazyjne wzory żeliwne ogrodzenia z całych posesji, które zastępowano zwykłą siatką. To była prawdziwa walka, żeby zachować klimat tego miasta. Kiedyś w Sopocie przy każdym domu i przy każdej kamienicy rozciągały się piękne ogrody. Nie było też tak gęstej zabudowy jak obecnie, ruch na ulicach był znacznie mniejszy, a po większości mniejszych uliczek chodziło się tylko pieszo, było spokojniej, ciszej. Chciałam zachęcić mieszkańców, aby zadbali o swoje najbliższe otoczenie, żeby w Sopocie znowu było zielono, dlatego zainicjowałam konkurs na najładniejszą posesję. Brałam też udział w akcji, która miała pomóc ptakom wrócić do Sopotu, rozwieszano wtedy dla nich budki lęgowe. Od wielu lat jest członkiem Towarzystwa Przyjaciół Sopotu, które działa na rzecz miasta i podejmuje wiele inicjatyw społecznych.