Marianna i Walery Urbanowicz

Zdjęcia galerii

Z ziemi gruzińskiej do polskiej
 
22 listopada 2018 r. hucznie świętowali swój siódmy rok w Sopocie. Byli przyjaciele i znajomi, był pyszny obiad w gruzińskiej restauracji. Łzy wzruszenia, wspomnienia i po raz kolejny w głowie Marianny błysnęło: „Kto by pomyślał, że po tylu latach w Tbilisi zamieszkamy w Sopocie?
 
Aleksandra Kozłowska
 
Bo faktycznie jeszcze dziesięć lat temu ani Marianna, ani jej mąż Walery Urbanowicz nie wpadliby na taki pomysł. Sopot kojarzył im się z Marylą Rodowicz, Ałłą Pugaczową i Boney M – niegdysiejszymi gwiazdami sopockiego festiwalu. I tyle. Nigdy wcześniej tu nie byli, nikt z ich bliskich nigdy tu nie mieszkał. Do czasu przeprowadzki, Marianna i Walery nie byli nawet w Polsce.A dziś możesz sobie chodzić do Opery Leśnej jak na własne podwórko – uśmiecha się do żony Walery. Popija przy tym miętową herbatę, siedzimy bowiem w Cafe Zaścianek, ulubionej kawiarni Urbanowiczów.
Ale choć Walery do Polski po raz pierwszy przyjechał tuż przed pięćdziesiątką, Polska z jego rodziną związana jest od pokoleń.
 
Babcia Bolesława
 
Początki tej relacji giną w mrokach dziejów. Jaśniej robi się dopiero wokół Bolesławy, babci Walerego ze strony ojca. - Wiadomo, że pochodziła z Podlasia. Wyszła za mąż za Antoniego i razem zamieszkali w miejcowości Siemiatycze, skąd dziadek Antoni pochodził – opowiada Walery. Gdy wybuchła wojna, dziadek pojechał na front i nigdy już z niego nie wrócił, zginął – nie wiadomo gdzie, nie wiadomo też gdzie został pochowany. Mój ojciec bezskutecznie szukał jakichś wieści o nim, nie znalazł też miejsca pochówku dziadka.
Babcia Bolesława z dwójką dzieci: małym Antosiem – przyszłym ojcem Walerego i z jego bratem uciekła przed wojną. Spakowała najpotrzebniejsze rzeczy, trochę ubrań, może jakąś pierzynę i pierwszym pociągiem jaki się nawinął ruszyła w nieznane. Los chciał, że tym nieznanym okazała się Gruzja. - W ten sposób moja rodzina związała się z Tbilisi. W Tbilisi babcia Bolesława znalazła pracę - była wychowawczynią w żłobku, sama wychowywała synów – drugi raz za mąż nie wyszła. Gruzja stała się dla niej i dzieci drugim domem. 
 
„Jestem Polakiem i nie zmienię tego”
 
Czy babcia mówiła do synów po polsku? – pytam.
- Za czasów ZSRR - a Gruzja była przecież jedną z jego republik - mówienie po polsku nie było dobrze widziane – przypomina Walery. – Tylko w domu mogli rozmawiać w ojczystym języku. Sam nawet nie wiedziałem, że mój ojciec tak dobrze znał polski, dopiero po jego śmierci znalazłem u niego słownik, podręcznik do nauki polskiego, notatnik z jego wierszami, które pisał w języku polskim. Ale z nami (mną i moją siostrą) nie rozmawiał w tym języku, za czasów mojego dzieciństwa było to niebezpieczne. Dlatego polskiego zacząłem się uczyć dopiero trzy miesiące przed przyjazdem do Sopotu. Razem z Marianną czytaliśmy polskie gazety, chodziliśmy też na kurs dla początkujących.
Marianna: - Ale w dowodzie tata Walerego miał napisane, że jest Polakiem. Pracował jako księgowy. Żeby dostać awans trzeba było należeć do partii. Przełożeni proponowali mu: „Jeżeli chcesz piąć się wyżej, zapisz się do partii”. Tylko, że do partii nie przyjmowali Polaków, więc kierownik poradził tacie: „Zmień narodowość na rosyjską”. A tata odmówił - „Jestem Polakiem i nie zmienię tego”.
- Tata Walerego już dawno nie żyje – dodaje Marianna. - A byłby szczęśliwy wiedząc, że zamieszkaliśmy w Polsce. 
Walery: - Tak, jego marzeniem był powrót do kraju. 
Postawa ojca Walerego za czasów radzieckiej Gruzji ułatwiła Urbanowiczom przyjazd do Polski. Nie trzeba było udawadniać polskiego pochodzenia. Zwłaszcza, że Walery też od początku miał w dokumentach wpisane, że jest Polakiem.
Natomiast mama Walerego - Elena miała pochodzenie ormiańskie. W 1905 r. jej dziadkowie wraz z synkiem (jej późniejszym ojcem) musieli uciekać z Turcji przed prześladowaniami. Zdążyli przed ludobójstwem - najtragiczniejsze bowiem dla Ormian okazały się lata 1915-17, kiedy w Imperium Osmańskim trwała rzeź tego narodu. Uciekając trafili do Tbilisi. Tam osiedli na dobre.
 
Mieszanka czterech krwi
 
Patrzę wyczekująco na Mariannę. Jakie ona ma korzenie? Jakie okoliczności, ucieczki, zmienne losy sprawiły, że trafiła nad Zatokę Gdańską? – Ze strony ojca jestem Asyryjką. Moi dziadkowie mieszkali nad jeziorem Urmia na terenie dzisiejszego Iranu. W czasie I wojny światowej, jako chrześcijanie musieli stamtąd uciekać przed muzułmanami. Ruszyli pieszo, z malutkim dzieckiem, które zmarło w drodze. Po kilku miesiącach wędrówki (870 km w linii prostej), z przerwami na odpoczynek w obozach dla chrześcijańskich uchodźców znaleźli się w Tbilisi. Mój tata, Josif urodził się już w stolicy Gruzji. 
Współcześni Asyryjczycy mówią językiem aramejskim, uważają się za spadkobierców starożytnej Asyrii i Chaldei. Jako jedni z pierwszych, bo już w II w n.e. przyjęli chrześcijaństwo. W Iranie są oficjalnie uznaną mniejszością narodową. 
- A mama – Nadieżda jest Rosjanką, urodziła się pod Smoleńskiem – ciągnie dalej Marianna. – Tata, kiedy skończył politechnikę w Tbilisi, wyjechał do pracy, do Rosji. Tam poznał mamę, pobrali się i przyjechali do Gruzji. 
Na tej samej politechnice studiowali też Marianna i Walery. Oboje wybrali budownictwo, byli w tej samej grupie. – I taki oto efekt tych studiów: nasza córeczka, mieszanka czterech krwi – śmieje się Walery, a Marianna pokazuje w telefonie zdjęcie Weroniki, szczupłej, ciemnowłosej dziewczyny w białej, ślubnej sukience.
I to właśnie Weronika zapoczątkowała rodzinny powrót w strony polskich przodków.
Kiedy była dzieckiem, rodzice posłali ją do sobotniej szkoły polskiej w Tbilisi. Weronika chodziła tam przez osiem lat. Uczyła się języka, poznawała polskie tradycje i kulturę. W szkolnym zespole tańczyła polonezy i mazurki. Dzięki tej szkole Marianna i Walery poznali innych rodziców z polskimi korzeniami. - Wcześniej nie mieliśmy takich kontaktów – przyznaje Marianna. - Z przyjemnością tam chodziliśmy, spotykaliśmy się z okazji świąt, razem nosiliśmy do kościoła koszyczki z jajkami, w pierwszy dzień wiosny topiliśmy  Marzannę…
Gdy Weronika ukończyła liceum o profilu matematyczno-fizycznym, postanowiła zdawać na studia w Polsce. Polskie pochodzenie miała udokumentowane, pozostały jeszcze egzaminy: polski, matematyka, geografia. Zdała wszystkie i w 2005 r. wyjechała do Poznania. Tam skończyła ekonomię, tam (z mężem) mieszka do dziś. 
Marianna: - To nasza jedynaczka. Gdy zdecydowała, że chce zostać w Polsce na stałe, też zaczęliśmy się starać o przyjazd tutaj. Chcieliśmy być razem.  
 
Sopot zaprasza
 
Decyzję podjęli bez wahania. - Z rodziny tak naprawdę nikogo już w Gruzji nie mam – mówi Marianna. - Mój brat ożenił się i mieszka w Moskwie. Siostra Walerego od 2010 r. żyje w Warszawie. 
Walery: - W Gruzji zostały mi tylko groby rodziców, oraz przyjaciele. 
Sopotu sami nie wybrali, to Sopot wybrał ich. – Nie ma tak dobrze, że repatriant wskazuje sobie miasto, w którym chce mieszkać – Walery dolewa sobie herbaty z czajniczka. - Nam najbardziej odpowiadałby Poznań, bo tam przecież córka mieszka. Słaliśmy więc pisma do Poznania, potem do innych miast, w tym do Gdańska, Gdyni, także do Sopotu. Ale na przyjazd do Polski czeka kilkanaście tysięcy repatriantów, to miasta decydują ilu i których przyjmą. Nam odpowiedział właśnie Sopot. 
Do tamtej pory nadbałtyckie miasto kojarzyło im się – jak już wspomnieliśmy – z muzyką i sopockim festiwalem. Marianna pamięta telewizyjne relacje, które oglądała jako mała dziewczynka: koncerty Pugaczowej, błyszczące stroje Boney M… O wczasach tutaj nawet nie marzyła. Zagraniczne podróże były drogie, żeby wyjechać trzeba było mieć znajomości. Walery w młodości także nie myślał o przyjeździe do Polski. Wiedział o swych polskich korzeniach, ale w Tbilisi pod radziecką władzą mieszkający tam Polacy albo się ukrywali, albo nawet nie wiedzieli o swym pochodzeniu, bo ich rodziny ze strachu wolały się tym nie chwalić. 
Marianna: - Kiedy znaleźliśmy się w Sopocie, pełnomocnikiem prezydenta do spraw społecznych była Danuta Trębińska. Ona też została naszą opiekunką. A właściwie lepiej by ją można określić jako naszą drugą mamą. Tak ciepło nas przyjęła, nie zostawiła samym sobie. Razem z nią chodziliśmy do kina, do galerii, do tej kawiarni. Poznała nas ze swoją rodziną, z przyjaciółmi. Do dziś jesteśmy w kontakcie z jej bliskimi. Bardzo nam jej brakuje, zmarła w 2014 r. Zawsze powtarzamy: Póki żyjemy, nie zapomnimy. 
 
Nadieżda czyta „Harry`ego Pottera”
 
Nie ukrywają, że na początku było trudno. Przygnębiała nie tylko późnolistopadowa pogoda, a potem mroźna zima, kiedy morze zamarzło na kilometr w głąb zatoki. Brakowało im gruzińskich przyjaciół, gruzińskiej kuchni, słońca. Języka dopiero się uczyli, stresowały zwykłe zakupy w supermarkecie. 
- Ale dzięki pani Danucie szybko znaleźliśmy krąg bliskich osób. Dostaliśmy też ładnie położone mieszkanie komunalne – na Brodwinie. Wokół las, cisza, dobre powietrze – mówi Marianna. – Waleremu, który ma polskie korzenie należała się pomoc w znalezieniu pracy. Oboje nostryfikowaliśmy nasze dyplomy. Dostał też polskie obywatelstwo, ja jeszcze czekam na rozpatrzenie mojego wniosku. 
Stopniowo coraz mocniej zanurzali się w sopocką rzeczywistość. Spotykali się z nowymi znajomymi, oswajali nowe miejsca. 
Walery: – Pamiętam jak po raz pierwszy przyszliśmy z Zosią (z rodziny pani Danuty) do Cafe Zaścianek. Wchodzimy, ledwo usiedliśmy i nagle słyszymy… gruzińską muzykę. Szczęka nam opadła. Myśleliśmy, że Zosia ukartowała to z barmanem. Ale nie, to czysty przypadek. Po prostu parę miesięcy wcześniej ktoś z przyjaciół kawiarni był w Gruzji i przywiózł stamtąd płytę. I akurat na nasze wejście barman ją włączył. Trzeba przyznać, że ładnie Sopot nas przywitał. 
W 2015 r. do Sopotu, do Urbanowiczów dojechała Nadieżda, mama Marianny. – Mój tata nie żyje, mama ma 86 lat. Nie mogła zostać sama w Tbilisi. Opierała się, ale w końcu udało się ją przekonać do przeprowadzki – uśmiecha się Marianna. – Zaskoczyła mnie, bo szybko złapała polski. Literek nauczyła się z podręcznika. Wszystko rozumie i sama czyta, ale mówić trochę się krępuje. Ma taki charakter, że nie pozwala sobie na pomyłki, a ponieważ ciągle jeszcze robi błędy, nie chce żeby inni je słyszeli. 
Do tej pory Nadieżda przeczytała już ponad 40 książek po polsku, w tym m.in. „Harry`ego Pottera” – pierwszą część sagi dostała od wnuczki na Boże Narodzenie. Marianna: - Przeczytała ją ze słownikiem. Pytam: „I jak ci się podobała?”. „Dobra, ale raczej dla dzieci” – odpowiada mama. Ale niedługo potem poprosiła, żebym z bilioteki wypożyczyła jej drugi tom, potem kolejne. Bo jest ciekawa co będzie dalej. Dziś czyta już bez słownika. Sama wychodzi na spacery, na molo. Robi drobne zakupy. Ale na nowe znajomości jeszcze się nie otworzyła. 
 
Mirabelki na sos tkemali
 
To pytanie musi paść: Czy brakuje im Gruzji?
Walery: - Oczywiście, że brakuje. Tam się urodziłem, tam mieszkałem przez 50 lat. W Gruzji spędziłem dzieciństwo i młodość. Jeśli powiem, że nie tęsknię, będę kłamcą. Co pomaga na tę tęsknotę? Rodzina, przyjaciele, koledzy w pracy. Poza tym co roku jeździmy do Gruzji. Zawsze lubiliśmy małe nadmorskie miejscowości, jak Kobuleti niedaleko Batumi. Wciąż je odwiedzamy. 
Kawałek Gruzji mają tu ze sobą cały czas. I to bardzo smaczny kawałek, bo Marianna gotuje po gruzińsku. – Z radością odkryliśmy, że w Polsce rosną mirabelki – mówi. - Zbieramy je na kwaśny sos tkemali. W Gruzji nie ma rodziny, która sama nie robiłaby tego sosu - bez niego nie obejdzie się gruzińska kuchnia. Przyprawy do sosu, w tym błotną miętę przywozimy z Gruzji. Walery sam też robi sery np. do placków chaczapuri. Ale stopniowo Marianna odkrywa też, i ot z satysfakcją tajemnice polskiej kuchni.
Walery: - Jesteśmy podobni. I Polacy, i Gruzini lubimy spotkania towarzyskie, jesteśmy rodzinni, otwarci, pomocni. Żyjemy w chrześcijańskich krajach, historia nas też łączy.
Marianna: - Dziś nie wyobrażam sobie, że mogłabym mieszkać gdzie indziej niż w Sopocie. Bo jak nie kochać tego miasta? Nawet latem, gdy tylu turystów można tu znaleźć spokój: jest las, plaża w Kamiennym Potoku, niedaleko klif w Orłowie. I życie kulturalne też można znaleźć: mamy kino, galerie, kawiarnie. Wszystko co trzeba.