Marian Geszke

Zdjęcia galerii

Marian Geszke – biogram

 

Marian Geszke – urodził się 3 września 1943 roku w Pińsku. Uczęszczał do szkoły podstawowej nr 2 w Sopocie Wyścigach, a później do Technikum Łączności w Gdańsku. W Sopocie zaczął trenować piłkę nożną. Studiował na warszawskim AWFie. Trenował od lat 70-tych drużynę Lechii Gdańsk i innych klubów jak Stoczniowiec Gdańsk, Arka Gdynia, Bałtyk Gdynia, Stilon Gorzów czy ŁKS Łódź, z którym to zadebiutował w 1980 roku w pierwszej lidze. W latach 90-tych wyjechał do USA, gdzie trenował polonijne drużyny Cracovii Chicago i Eagels Chicago. Do Polski wrócił w 2000 roku.

 

Fragmenty relacji Mariana Geszke (wybór)

 

Przybycie do Sopotu.

Jednym z pierwszych pociągów z rodzicami udaliśmy się do Polski. Wylądowaliśmy w Chełmie lubelskim. Tam był punkt rozdzielczy Nas skierowano na Wybrzeże. Parę tygodni przemieszkaliśmy na Łąkowej. Myśmy wylądowali w Sopocie: tata, mama, starsza siostra. Pierwsza naszą kwaterą było mieszkanie na Traugutta nr 8. Jest to piwnica, ponieważ okna są na równi z podłożem ziemi (…). Jak miałem 6 lat pamiętam, co się działo w Sopocie.

Wówczas Traugutta była to nieszeroka ścieżka. I plaża. Stała wieża wartownicza. Zawsze wychodziliśmy i czekaliśmy kiedy będzie zmiana warty. Przyjeżdżał wojskowy na koniu. Poprosiliśmy, to zawsze nas 150 metrów przewiózł. I to była największa atrakcja w tym czasie. To był 1949 rok.

 

Szkoła podstawowa

Mam taką szramę na kolanie. Bo blizna się nie skurcza i nie rozrasta. U góry byłem, na drugim piętrze i był dzwonek. Wychodzimy, a ktoś leci i krzyczy: „w stołówce Koreańczyk przyjechał”. Jak myśmy depnęli. Ja mały byłem bardzo. Koreańczyk – żywy I jak są te wycieraczki takie żelazne – jak wyrżnąłem w długich spodniach, przeciąłem tak kolano. To jest szrama 8-10 cm. Ja nie czułem bólu. Poleciałem patrzeć na Koreańczyka. Coś tam tłumaczyli. I potem ja idę do klasy, a tu krew.

 

Piłka nożna

Zacząłem dość wcześnie chodzić do szkoły, jako 6 latek, do szkoły nr 2 przy Wyścigach, na ul. Jana z Kolna. Tak daleko mama mnie wysłała ponieważ była tam religia. Na Książąt Pomorskich nie było religii. Tam musiałem człapać. Więc się szło, a wracało po 3-4 godziny. Szkoła mieściła się przy stadionie. Tam się chodziło patrzeć. Nieraz Gedania przyjeżdżała z Wrzeszcza tam trenować. W jakiś sposób ten sport zaczęliśmy uprawiać. Brałem się właściwie za wszystko. Ale z piłką nożną związałem się dopiero jak miałem nieskończone 16 lat. Chodziłem już do Technikum Łączności do Gdańska i żeby nie Edek Hodura…

Z Traugutta przenieśliśmy się na 22 lipca, obecnie Parkową 44. Tam żeśmy mieszkali w 2 pokoikach. Następnie przenieśliśmy się na róg Chrobrego i 22 Lipca, obecnie Parkowej. Graliśmy zawsze w piłkę na jedynce, na Książąt Pomorskich, gdzie był ten ogólniak, też szkoła podstawowa. Edek Hodura był zawodnikiem piłki nożnej w Sopocie. Z wojska wrócił, zawołał mnie do płotu i mówi: „słuchaj chłopak, przyjdź na trening do Ogniwa”. I bardzo dobrze zrobił, bo ja się zgłosiłem na ten trening po paru dniach. I do razu grałem w seniorach. Ze Skarszewami udało mi się w pierwszym meczu 3 bramki strzelić. I tak w tym Ogniwie zacząłem trenować.

 

Edward Hodura

Edka Hodurę wspominam fantastycznie. Ciężko pracował w Sopockich Zakładach Maszynowych. Facet przede wszystkim niesamowicie silny, bez nałogów typu papieros, alkohol. Pierwszy był do stawiania. Ale absolutnie żadnych używek. Miał po prostu, w pozytywnym słowa znaczeniu, kota na tle sportu. Pilnował nas młodszych, umawiał się z nami i szlifowaliśmy na Moniaka do góry i na dół. Do góry i na dół. Teatralna! Serce się kraje, że Teatralnej nie ma. To była i kawiarnia – tam człowiek wchodził. I Edek Hodura nas tak wachlował do meczu. Nie miał wykształcenia, ale był bardzo dobrym pedagogiem. On nie wiedział, jaka to jest zasada. Ale on to stosował. Jeśli chodzi o grę był środkowym obrońcą. Nie był może taki zwinny, alby był bardzo silny i wytrzymały. Jak się rugby zaczęło, to on przestał grać i poszedł do Lechii grać w rugby, Najlepszy dowód, że się potrafił przebić,  zaczął grać w reprezentacji polski w rugby. Edek był w środowisku zawsze szalenie szanowany, ale zawsze był na uboczu pod względem rządzenia w grupie. Edek był bardziej taki skryty. Był człowiekiem trochę renesansu. Nie był taki łobuziak. Cały czas ułożony. Zawsze wszystko ustawione, czysto. I takim go pamiętam. Dla mnie jego śmierć była szokiem. Taki zdrowy gość.

 

Plaża

Nasza plaża to była, gdzie jest teraz parking. Ulica Drzymały i ulica Traugutta. Ta alejka. Tam Trauguta szutr – ubita ścieżka. Drzymały to samo. A tutaj drzewa – takie dość wysokie. To była tak zwana dzika plaża. Piach nie by takiego koloru jak na plaży tylko taki tam najbardziej nagrzany. Nasza, dzika plaża. Potem jak byliśmy więksi, przenieśliśmy się na plażę tamtą. Z reguły w siatkę się grało. Było lepiej. Było trochę więcej miejsca. Potem to się rozwinę – piwo było. Piwo na plaży – Ameryka. Nikt nie zabraniał. Szliśmy do przodu. Lody Miś, Lody Mewa. Na patyku okrągłe w czekoladzie. Bardzo dobre. Ta plaża nie gorsza była. Może teraz czystsza. Ale za to ludzie znajdowali dużo rzeczy na plaży. Kradzieży było dużo na plaży. Zawsze była afera na plaży jakaś.

 

Studia

Kończyłem Technikum Łącznosi. I przestraszyłem się ustawy o wojsku, więc szybko zdałem na SN, AWF obecny. (…) Jan Elznaowski mówi do mnie: „zdawaj na AWF”. On mnie zainspirował. Złożyłem papiery, pojechałem do Warszawy. Było 9 osób na miejsce. Był 1964 rok. Wróciłem. Mama gotowała obiady dla letników. Ja żeby nie przeszkadzać zbudowałem sobie taka budę i tam mieszkałem. Siostrze powiedziałem, że jak przyjdzie duża koperta to nie mów – bo dokumenty odsyłali, a jak mała to mów. I ona pewnego razu krzyczy: „Marian , jest mała koperta!” Przyjęli i zostałem studentem AWFu.

 

Poza Sopotem

Tak bałem się z Soporu wyjeżdżać, co się okazało dużym błędem. Bo mogłem do pracy do Rzeszowa jechać, do Bydgoszczy. A ja, że nie mogę i nie mogę. Przyjechał działacz. Dali tak zwane pieniądze na zagospodarowanie. Pojechałem do Łodzi. Tam przeżyłem trzy lata. Proponowali segment. Absolutnie nie. Sopot i Sopot. Ja się bałem dalej wyjechać. To było dziwne i głupie. Tam w Łodzi zadebiutowałem jako samodzielny trener pierwszej ligi w kwietniu 1980 roku.

 

Ameryka

Działałem w radzie polsko-amerykańskiej. Pracowałem w Centrum Sportu – to jest salon sportowy w Chicago. Zaczynałem od zwykłego salesmana. Zostałem menadżerem, całego dolnego piętra, dotyczącego piłki nożnej, a ostatni rok menadżerem całego sklepu. Nauczyłem się bardzo dużo. W 2000 roku wylądowałem w Polsce po 5 latach. W międzyczasie miałem raz wrócić. Tak strasznie tęskniłem. Za nikim tylko za Sopotem. Wszędzie gdzie byłem, zawsze o mnie „Sopociak” mówili. Zawsze wychwalałem. Nie ma czym oddychać w Łodzi, na Śląsku. U nas wyjdziesz i masz… Niczego tu nie zbudowałem, ale się chwaliłem. Mi się wydawało, że to jest najładniejsze miejsce. Jak przyjechałem, to dopiero zrozumiałem, że tu tak bardzo tu chciałem być. (…) Od 2000 roku właściwie zaczęło się dobrze układać. Pomału zacząłem się wyłączać. Ale nie udało się. Wigier Suwałki zadzwonił – i wprowadziłem ich do wyższej ligi. Suwałki mi pasowały, bo 140 km do Trok. A moja żona była Karaimką i tam miała ciotecznych braci.