Maciej Foltyn, Sopot lata 50. XX wieku

Zdjęcia galerii

Galeria relacji:

SopotPerła Bałtyku

Są to migawki o Sopocie. O niektórych miejscach lub ludziach, o międzynarodowym charakterze i aspiracjach małego miasteczka o wielkomiejskim klimacie, o walce z sąsiadami, Gdańskiem i Gdynią o przetrwanie, o upartym ‘zadzieraniu nosa’ i ‘snobizmie’ który często inspirował i był natchnieniem do działania na miejską lub międzynarodową skalę.

Od urodzenia mieszkałem w małym miasteczku, gdzie po głównej ulicy nawet samochody nie jeździły. Najpierw na Marszałka K. Rokossowskiego, a potem na Bohaterów Monte Cassino, a to za sprawą zmiany nazwy tak zwanego ‘Deptaka’. Teoretycznie miasto Sopot dzieli się na Górny i Dolny, ale wydaje mi się, że właściwie to powinno być; Górny Sopot, Dolny Sopot i Monciak.

Górny i Dolny Sopot to były jakby inne światy. W kamienicach i rybackich domkach mieszkało wtedy jeszcze trochę Niemców i autochtonów, czasami słyszało się język niemiecki kaszubski na ulicach i w sklepach. Zaczęło to bardzo szybko zanikać pod koniec lat pięćdziesiątych. Kilkoro dzieci w klasie miało niemieckie nazwiska, ale dla nas to nie miało żadnego znaczenia. Oczywiście nie mieliśmy zielonego pojęcia o nieomylnej polityce Partii Państwa i po prostu dziwiliśmy się, że niektórzy znajomi jakoś w niewytłumaczalny sposób znikali z miasta.

Górny Sopot zawsze imponował przestronnymi willami, zadbanymi ogródkami i majestatycznymi drzewami. Można było podziwiać wspaniałe magnolie, jaśminy, forsycje czy bzy w ogródkach przed domami. Zachwycały niespodziewane wieżyczki, sztukaterie i rzeźby, a po zmroku w niejednym domu wielokolorowo świeciły witraże. Gdy my cisnęliśmy się w bzdurnie podzielonych na wiele rodzin wspaniałych amfiladowych mieszkaniach, nasi koledzy czy koleżanki mieli na przykład cały pokój wyłącznie dla siebie.

W moim odczuciu Górny Sopot był spokojniejszy, jakby bardziej nostalgiczny i kameralny, istniały rozliczne więzi pomiędzy mieszkańcami z tej samej lub pobliskich ulic, czego w Dolnym Sopocie już brakowało, w kamienicach sąsiedzi nawet z tej samej klatki schodowej rzadko się znali, przeważnie mijali się bezosobowo na ulicy, ginęli w tłumie kuracjuszy i turystów.

Monciak

Tak jak Sopot jest w Trójmieście miastem wyjątkowym, tak Monciak nie może być zaliczany do ‘jednej z ulic’ Sopotu. Nawet kiedy jeszcze jeździły po nim wozy konne, samochody i ciężarówki, to piesi notorycznie wychodzili na jezdnię i beztrosko maszerowali całą jej szerokością. Nie było to zbyt wygodne, bo jezdnia wybrukowana była ‘kocimi łbami’, a granitowe krawężniki raczej wysokie. Dla dziewczyn i kobiet na obcasach, szczególnie po deszczu, to nie był spacer deptakiem, a walka o życie. Kiedyś zjechałem na świeżo dostanych wrotkach o metalowych kółkach po tych kocich łbach od placu przed kościołem prawie do Bieruta (dzisiaj Haffnera) bo nie umiałem zahamować, cud że przeżyłem. A hałas jaki narobiłem, zdumienie i strach w oczach niewinnych przechodniów – bezcenne.

Mieszkanie na Monciaku było zarazem interesujące i uciążliwe. Oczywiście cokolwiek się wydarza w Sopocie ‘musi’ się wydarzyć na Monciaku. Tak więc defilady, pochody, promocje, studenckie juwenalia przeważnie staczały się z górki i rozpływały w okolicach molo i Domu Zdrojowego. Jednym z nielicznych wyjątków pod tym względem był Pochód Pierwszomajowy, który formował się koło mola i maszerował pod górę. Cała ulica wyglądała niezwykle kolorowo z transparentami i pękami flag (według rozdzielnika 3 czy 4 do jeden czyli 3-4 czerwone flagi na 1 biało-czerwoną). Uczniowie wszystkich szkół i pracownicy urzędów i zakładów gromadzili się koło fontanny z amorkami przy molo a potem, grupami, po kolei wymaszerowywali na Monciak. Największym przebojem pochodu była zawsze kawalkada jeźdźców z Wyścigów. Mój brat był jednym z nich co miało tę wadę, że nie mógł uciec z pochodu. Chyba także 1. maja otwierała się na sezon lodziarnia Milano. ‘Prawdziwe’ włoskie lody i niesamowite kolejki. Oczywiście najlepsze były lody malaga albo waniliowe. Konkurowała z nią lodziarnia Capri na Monciaku u wylotu Bieruta, ale w niej kupowali lody tylko przyjezdni, prawdziwi koneserzy (czytaj tubylcy) uznawali wyłącznie Milano.

Natomiast procesje na Święto Bożego Ciała formowały się przed kościołem Św. Jerzego i dostojnie schodziły w dół, czasami do końca Monciakiem, czasami skręcając w Winieckiego. W ten dzień otwieraliśmy okna na całą szerokość, wywieszaliśmy dywan z przypiętym świętym obrazem, wstawialiśmy kwiaty do wazonów i na przekór czasom zatykaliśmy po obu stronach biało-czerwone chorągwie. Bardzo dużo okien na trasie procesji było tak przybranych.

Z drugiej strony w czasie sezonu tabuny ‘stonki’, grupy podchmielonych marynarzy, przerażająca muzyka dancingowa z lokali na Monciaku, wrzaski i ‘śpiewy’ do bladego świtu nie ułatwiały życia stałym mieszkańcom.

Ale miasto i deptak zmieniały się i jakby łagodniały po sezonie. To były magiczne hasła; ‘w sezonie’ i ‘po sezonie’. W sezonie wiele ekscesów było tolerowanych na zasadzie, że przyjezdni muszą się dobrze zabawić. Międzynarodowe imprezy, koncerty, spektakle, unikatowe wystawy, wyścigi i regaty odbywały się prawie bez przerwy. Ale za to ‘po sezonie’ miasto jakby wracało do swojego dawnego nastroju i przedwojennego uroku i właściwie dopiero wtedy było naszym miastem.

Władze miasta nigdy nie miały ‘pomysłu’ na Monciak. Dawna Rokossowskiegoto była urokliwą brukowaną ulicą, wysadzaną lipami, z żeliwnymi gazowymi latarniami zapalanymi o zmierzchu, o miłej atmosferze i przytulnej skali. Po obu stronach kawiarnie, sklepy, księgarnie, dwie cepelie, kina, teatr, ciastkarnie, restauracje, bary i knajpki. Czasami trochę siermiężne, ale wiele rzeczy takie wtedy było. Pierwszą rewolucją był zakaz ruchu pojazdów na Monciaku – przyjęty entuzjastycznie przez wszystkich. Niestety były inne, znacznie mniej popularne decyzje jak usunięcie lamp gazowych, wycięcie większości drzew po południowej stronie ulicy, czy wyłożenie całej jej szerokości i długości paskudnymi betonowymi płytami, które kruszyły sięi pękały ‘od nowości’. Podobno to było wielkie osiągnięcie. Potem przyszły także przerażające ‘plomby’ jak na przykład ‘Alga’ czy później okrąglak koło kościoła, a niedawno nowa siedziba PKO. O zabudowie Placu Przyjaciół Sopotu i haniebnym tunelu lepiej nie mówić.

Plaża

Sopot w lecie to dla nas przede wszystkim plaża. ‘Szło się’ na plażę już z samego rana, tuż po śniadaniu, bo trzeba było się śpieszyć, żeby ‘stonka’ nie zajęła najlepszych miejsc przy wydmach. Oczywiście prawdziwi sopocianie dzielili się na tych, którzy zawsze chodzili na plażę na Łazienki Północne i na tych co woleli Łazienki Południowe (zupełnie nie wiadomo dlaczego). Mocno denerwujące były ogrodzone siatkami grand-hotelowska i inne płatne plaże. Trzeba było dość daleko iść zanim można było wejść na piasek i nad brzeg morza. Poza tym płatne plaże przeszkadzały w swobodnym spacerowaniu wzdłuż brzegu.

Do pójścia na plażę trzeba było się starannie przygotować i zawczasu wymyślić co będziemy robili. Właściwie to rzadko spędzaliśmy czas na opalaniu się, przeważnie graliśmy w piłkę, czasami w kometkę (badminton), chodziliśmy na spacery brzegiem do Orłowa, po sztormie szukaliśmy bursztynów i oczywiście dużo czasu spędzaliśmy w wodzie, a dla nas największą radością były w niedziele zapasy na piasku z ojcem.

Do tego na plaży były strumyki. Nawet zwykliśmy umawiać się na przykład przy drugim czy trzecim strumyku. Taki strumyk należało natychmiast zatamować i utworzyć jak największy zalew. Polowaliśmy na małe rybki ‘kolki’ albo organizowaliśmy wyścigi łódek. Mogły być żaglowe, nakręcane na kluczyk, na koło rozpędowe, na silniczek elektryczny, a nawet kiedyś dostaliśmy blaszane motoróweczki na coś w rodzaju silniczka pulsacyjnego ze świeczką, którą trzeba było podstawiać pod malutki kociołek. Kiedyś brat wywołał furorę modelem okrętu żaglowego, który mógł wystrzelić z miniaturowych armat.

Po plaży chodzili chłopcy z białymi skrzynkami i krzyczeli; ‘lody mewa’ albo ‘lody kalipso’. Strumyki po kilku godzinach przerywały wszystkie wały i umocnienia i płynęły do morza, a my bawiliśmy się już w coś innego. Z biegiem lat ocembrowano je betonowymi kręgami, a teraz to już po nich i śladu nie ma, bo ich ujścia są dziesiątki metrów w głąb morza.

Na płatnych plażach królowali wszechmocni ratownicy, którzy w pogodny dzień mogli wywiesić czarną flagę i nikomu nie wolno było się kąpać ‘pod groźbą’, były też obiekty naszych westchnień czyli wypożyczalnie sprzętu pływającego. Trzeba było mieć co najmniej siedem lat, kartę pływacką i całą furę pieniędzy (jak dla nas). Najbardziej popularne były kajaki, w miarę szybkie, kolorowe i bezpieczne, potem bardziej rodzinne rowery i na końcu moje ulubione canoe, z którymi nikt nie wiedział co robić. Tym bardziej, że wiosłowało się wiosłami do kajaków, tylko nieliczni szczęśliwcy dostawali wiosła składane i po ich rozdzieleniu mogli udawać prawdziwych Indian.

Plażowicze używali oczywiście wiele innych ‘sprzętów pływających’ jak duże piłki, pontony czy materace dmuchane. Problemy zaczynały się, gdy przy nawet słabym wietrze od lądu te wszystkie ‘okręty’ zaczynały wypływać na szerokie wody. Czasami wbrew wszelkiemu rozsądkowi, przeważnie przyjezdni, z uporem maniaka uczepiali się swoich ‘pływadeł’ i wiatr wywiewał ich daleko od brzegu. Ratownicy krzyczeli, błagali, gwizdali – zazwyczaj nadaremnie. Wyższą instancją byli milicjanci na szarych motorówkach patrolujący wody za czerwonymi bojami, którzy mogli oskarżyć dryfujących rozbitków o usiłowanie ucieczki na np. materacu dmuchanym do Szwecji. To nie żarty, kiedy byliśmy w przedszkolu na Wybrzeżu był zakaz przebywania na plaży w nocy, a niektóre odcinki piasku były każdego wieczoru pieczołowicie grabione zgodnie z hasłem ‘szpieg wyszedł z morza’.

W zimie plaża wcale nie pustoszała, wiele rodzin chodziło brzegiem na spacery, szukając różnych dziwnych rzeczy wyrzucanych przez sztormy. Oczywiście w czasie mroźniejszych zim, kiedy Zatoka zamarzała, wielu ludzi bez wyobraźni wychodziła daleko na lód, co czasami kończyło się tragediami. Kra na zatoce często spiętrzała się na plaży w istne wały i góry lodowe, po których uwielbialiśmy biegać i skakać, co często kończyło się wpadnięciem do wody – całe szczęście, że nie mieliśmy daleko do domu.

Parki

Plaża oczywiście kojarzy się także z Parkiem Północnym I Południowym i z Łazienkami Północnymi i Południowymi. Kiedyś Łazienki miały podobne małe drewniane kabiny do przebierania się połączone pomostami, ogólnie dostępne prysznice do obmycia się z morskiej wody, wypożyczalnie koszy plażowych i najbardziej ekscytujące – solarium dla kobiet, obiekt przeróżnych podstępów i manewrów, byleby można było się pochwalić, że zobaczyliśmy chociaż kawałek nagiego ciała. Potem genialni projektanci postanowili wystawić cud architektury równając z ziemią zapyziałe północne kabinki i obdarowując nas wszystkich jakimś żelazobetonowym bohomazem – na całe szczęście już rozebranym.

A w Parku Północnym była piaskownica. Otoczona krzewami jaśminu i bzu była zaciszna, słoneczna i stanowiła prawie raj dla maluchów i ich opiekunek. W przedszkolu bardzo często ją odwiedzaliśmy, właśnie tam budowaliśmy pierwsze zamki z piasku, wytyczaliśmy dróżki po których jeździło się autkami i to ona była areną pierwszych bojów o sporną łopatkę czy grabki. Gdy chłodny wiatr spędzał ludzi z plaży, to wielu z nich chowało się właśnie w obrębie piaskownicy. W ramach uszczęśliwiania pokoleń większość krzaków została wycięta, a piaskownica po prostu zlikwidowana.

Inną atrakcją koło piaskownicy, koło dzisiejszego Dworku Admirał, był prawdziwy basen – szeroki na chyba cztery tory i długi na całe 10 może 15 metrów. Jednak popływanie w tym basenie było dla nas niedostępne, chyba że na urodzinach córki właściciela, która chodziła do naszej klasy. Interes kwitł i później wybudowano drugi basen po zachodniej stronie Powstańców Warszawy. Baseny były okupowane przez przyjezdnych, zazwyczaj z Warszawy, dla których woda w morzu była po pierwsze za zimna, po drugie za słona, po trzecie za głęboka, po czwarte miała za dużo fal, a w ogóle była brudna i śmierdząca (a poza tym zazwyczaj nie umieli pływać). Płacili za to za naukę pływania na tym basenie w Sopocie jak za zboże.

Teraz chciałoby się napisać tomy o Grand Hotelu, ale z perspektywy podstawówki był to po prostu wielgaśny budynek, którego jedynym plusem była letnia kawiarnia przed głównym wejściem, gdzie czasami dostawaliśmy lemoniadę, a wielkim minusem płatna plaża, z której nas bezlitośnie przepędzano.

Molo

Pierwsze wspomnienia z mola to biały wyleniały niedźwiedź jako tło dla ‘stonki’ do rodzinnych zdjęć znad morza (!), dzieci ryczące ze strachu na sam jego (niedźwiedzia) widok oraz kucyk z malutkim wózkiem także służący do wymuszania zdjęć. Ku naszemu zdziwieniu czasami do fotografa ustawiały się kolejki. Żegluga Przybrzeżna oferowała dalekie egzotyczne rejsy do Gdańska, Gdyni lub nawet na Hel.  Wspaniała perspektywa desek mola prowadziła jakby w nieskończoność, olbrzymie (dla nas) statki (Mazowsze, Panna Wodna) czekały, żeby wyruszyć z nami w podróż dookoła świata. Buczenie boi na zatoce i krzyk mew, to był inny, wielki świat, w którym horyzont był głównym kierunkiem, a podróż nadrzędnym pragnieniem każdego z nas.

A my mieliśmy dziadka-wujka Heka. Wstawał zawsze przed świtem i z małą wędką chodził na molo. Siedział do siódmej i z porannym połowem wracał do domu. Różne rybki się zdarzały; przeważnie flądry, płotki, okońki, czasem węgorz, a nawet ryba-diabeł z groźną gębą i bardzo ostrymi kolcami na grzbiecie. Dopiero teraz potrafię docenić jak pyszne musiały one być, prosto z morza, delikatnie przysmażane na maśle ze świeżym, jeszcze gorącym chlebem z piekarni z naprzeciwka.

W zimie, po sztormach, molo przeważnie było zamknięte i można było znaleźć na brzegu wielkie bale i deski wyrwane przez rozhukane fale. Wiosną – niezbędne remonty, wiadra białej farby i molo w pełnej krasie było znowu gotowe na przyjęcie pierwszych kuracjuszy i turystów. Najbardziej narażone na zniszczenie były tzw. boczniak i dolne pomosty, czasami całkowicie ogołacane z belek i desek. Podejrzewam, że wydatki na wiosenne naprawy mola musiały być bardzo wysokie.

W Zakładzie Balneologicznym przy molo można było nie tylko przyjść na zabiegi przepisane przez lekarzy, jak kąpiele borowinowe, solankowe czy różne inne, ale też po prostu się wykąpać jak w łaźni miejskiej. Wchodziło się do głównego holu z kolumnami, rzeźbami, marmurami, wykupywało rodzaj kąpieli i po chwili pani łaziebna prowadziła do odpowiedniego ‘gabinetu’. Wszędzie było bardzo elegancko i ciepło. Olbrzymie wanny na lwich łapach lśniły emalią, a krany i prysznice imponowały wypolerowanym mosiądzem. Nie mogłem się nadziwić, że tak wielkie wanny napełniały się po brzegi wodą prawie w oka mgnieniu. Kąpaliśmy się w bardzo gorącej wodzie morskiej i zawsze te kąpiele były znacznie za krótkie. Potem szorowaliśmy się wielkimi szorstkimi ręcznikami i śliczni i błyszczący czystością wracaliśmy do domu. Nawet w środku zimy przez dłuższy czas wcale nie odczuwaliśmy mrozu.

Lasy

Innym kierunkiem wypraw były sopockie lasy. Odległość między plażą i lasami na wysokości Monciaka to spacer najwyżej kilkunastominutowy. A w lesie Perła Sopotu – Opera Leśna, o której (czasami) głośno było w całym Sopocie, w Polsce, a nawet, za sprawą Festiwalu Piosenki, na caaałym Świecie. Dla nas jednak były ważniejsze miejsca. Przede wszystkim Łysa Góra. Tam jeździliśmy na sankach, tam stawialiśmy pierwsze kroki na nartach, tam przemarzałem do kości zanim rodzina raczyła zdecydować się na powrót do domu. Czasami z Łysej mogliśmy nie zdejmując nart dojechać pod sam dom na Monciaku. Niezłą przygodą, mrożącą krew w żyłach, były zjazdy torem saneczkowym. Oczywiście dbając o bezpieczeństwo mieszkańców jest on już chyba od lat nieczynny i całkowicie zaniedbany. Tor saneczkowy kończył się przy jeziorku Morskie Oko na którym w zimie można było pojeździć na łyżwach, a w lecie puszczaliśmy modele żaglówek. W pobliżu Opery Leśnej była także kiedyś strzelnica miejska, która oczywiście przestała istnieć i zniknęła z mapy Sopotu. Obok była jeszcze inna atrakcja, a mianowicie chyba pierwsze w Trójmieście schronisko dla bezpańskich zwierząt – popularne ‘Ciapkowo”.

Inne, bardziej mroczne rzeczy kryły się w podmiejskich lasach. Okopy, nieoznaczone mogiły, stara amunicja, czasami nawet granaty czy zardzewiałe karabiny lub pistolety maszynowe. Niestety nie zawsze można było ustrzec dzieci przed pozostałościami powojennymi i sam znam przypadek kiedy ośmiolatek, mój kolega ze szkoły, wrzucił do ognia zapalnik od granatu, który wybuchł i poraniony kolega stracił wzrok. Bawiliśmy się jednak powszechnie prochem, nabojami, siarką, magnezem, fosforem, czasami strzelaliśmy ‘z klucza’ albo szprych rowerowych. Niektórzy z nas byli w tym prawdziwymi ekspertami. Zdarzały się także większe alarmy, a znalezione niewybuchy saperzy wywozili daleko z miasta.

Jestem wściekły, kiedy pomyślę ile prawie nienaruszonych atrakcji zastaliśmy w Sopocie po wojnie, jakie wspaniałe ścieżki, parki, skocznię narciarską, tor saneczkowy, strzelnicę o których już wspomniałem, i wiele innych, i wystarczyłaby odrobina gospodarności żeby je zachować i używać do dzisiaj.

Tory

W stronę Gdańska najciekawszym miejscem były oczywiście Tory Wyścigów Konnych na, jak sama nazwa wskazuje, Wyścigach. Klub Jeździecki prowadził lekcje jazdy dla młodszych i starszych. Mój brat ‘zachorował’ na konie gdzieś w piątej czy szóstej klasie. Kiedy mógł pędził na tory, a jeżeli szedł na wagary, to brał mnie ze sobą żeby się nie wydało. Najpierw pułkownik Rómmel, później Bogdan Kadłubowski nie mogli się oprzeć jego entuzjazmowi i pozwalali mu ‘objeżdżać’ konie, czyli jeździć ile chciał i kiedy mógł. Już w czasach studenckich był wielokrotnie mistrzem akademickim wybrzeża. Kiedyś koń mu się spłoszył i brat spadł w pełnym cwale. Spojrzałem, a on nie wstawał. Zdrowo się przestraszyłem, podbiegłem do niego, ale zaczął się ruszać, usiadł, popatrzył dookoła jakoś takim mętnym wzrokiem. Po chwili trochę oprzytomniał i z triumfalnym uśmiechem wyciągnął zza koszuli gruby zeszyt (oczywiście byliśmy na wagarach). Na środku okładki była pięknie i mocno odbita podkowa. A gdybyśmy nie byli na wagarach, to nie miałby zeszytu.

Szkoły

Po odzyskaniu niepodległości Sopot był stosunkowo mało zniszczony. Tutaj więc znalazły siedziby różne państwowe urzędy, a co najważniejsze szkoły i uczelnie takie jak Wyższa Szkoła Muzyczna, Wyższa Szkoła Plastyczna, Wyższa Szkoła Ekonomiczna, Technikum Hotelarskie i jeszcze parę innych. Osiedlenie się właśnie w Sopocie wielu profesorów i pracowników sopockich i innych trójmiejskich uczelni, znanych artystów, muzyków, literatów, wynajmowanie stancji przez studentów i uczniów, stworzyło w mieście bardzo interesującą atmosferę. Może właśnie dlatego Sopot mógł pochwalić się Centralnym Biurem Wystaw Artystycznych, stałym Teatrem, dwoma kinami, SPATIF’em, a w sezonie Operą Leśną, Teatrem Letnim, Kinem Letnim, Non-Stopem, międzynarodowymi turniejami tenisowymi, przeróżnymi imprezami i wydarzeniami. Działały kluby studenckie, brydżowe, dyskusyjne, esperanto, szachowe, sportowe i różne inne.

Niestety z przesłanek politycznych, a przy totalnej bezradności władz miejskich większość z tych urzędów, uczelni, imprez i przedsięwzięć zostało ‘odgórnie’ przeniesionych do Gdańska lub do Gdyni. Sopot utracił podstawy swojej kultury, czyli to co stanowiło jego wartość, urok i sławę przez kilka powojennych dziesięcioleci.

W drodze ze szkoły często byliśmy wabieni przez dźwięki płynące z willi na skraju skarpy. Zakradaliśmy się aż pod sam płot żeby trochę posłuchać i może zobaczyć kto to gra. Albo zaglądaliśmy przez okna innej popatrzeć jak studenci rysują i malują. Właśnie przez WSM i WSP cała Westerplatte wydawała się bardzo niezwykła i tajemnicza. Cieniutki mostek nad jarem, stare wille z bogatymi elewacjami, sady i dorodne drzewa dodawały jej uroku. Była to jedna z moich ulubionych ulic, tak jak pewien odcinek Kościuszki ze względu na wspaniałe platany, a także urokliwe pensjonaty wzdłuż Powstańców Warszawy.

Z naszego, uczniowskiego punktu widzenia wielkim uprzykrzeniem były prawie coroczne zmiany w rejonizacji szkół. I tak od pierwszej do trzeciej klasy chodziliśmy do siódemki, na początku czwartej do czwórki, potem znowu do siódemki, żeby skończyć trzy ostatnie lata podstawówki w dziesiątce. Te zmiany dotyczyły przede wszystkim Monte Cassino, gdzie czasami jedna strona ulicy była w jednym rejonie, druga w drugim, czasem obie w zupełnie innym, a czasem górny Monciak w jednym, a dolny w drugim. Wpływało to bardzo niekorzystnie na nasze szkolne przyjaźnie i ‘szkolną rutynę’, ale jakby zachęcało do eksploracji i chodzenia coraz nowymi ścieżkami.

Do szkoły (siódemki) zazwyczaj mogliśmy iść dwiema drogami. Jeżeli się nie śpieszyliśmy, to szliśmy wzdłuż Winieckiego ‘górkami’, czasami ulicą, czasami szczytem skarpy, a jeżeli byliśmy spóźnieni, to prosto Bieruta. Natomiast ze szkoły było już znacznie więcej możliwości. Najbardziej popularną była opcja plaża. Nie powiem żeby to była opcja najszybsza – budowanie zamków, zbieranie muszelek lub bursztynów, stawianie tam na strumykach wymagało sporo czasu. Inną możliwość dawały korty tenisowe, a w zimie urządzane na nich lodowiska. na których przeważnie jeździliśmy albo na łyżwach śniegówkach, tak zwanych saneczkach (głęboka pogarda fachowców) albo na lodówkach na blaszkę (może być, żaden wstyd), a nieliczne hokejówki wprawiały wszystkich ‘znawców’ w niekłamany zachwyt.

Za siódemką na ‘górkach’ rosły i rosną wspaniałe buki które prezentowały dalsze możliwości. Buki są drzewami bardzo mocnymi i giętkimi, a rosnąc dosyć blisko siebie tworzyły ‘małpi gaj’. Co odważniejsi włazili na nie i wędrując po gałęziach i przeskakując z jednych na drugie potrafili nie schodząc na ziemię pokonać ładny kawałek podniebnego szlaku. Pech chciał, że można było tak wędrować tylko w kierunku grodziska, co nie przyspieszało powrotu po lekcjach do domu. A do tego grodzisko umożliwiało następne zabawy. Oblężenia, napady, obrony przeprowadzane były w wielu wariantach w zależności ilu nas tam było. Po obejrzeniu ‘Krzyżaków’ dominowały pojedynki na miecze (drewniane), a nawet całe bitwy. Dużą popularnością cieszyły się też przygody Winnetou i Old Shatterhand’a. Grodzisko było jednak dla nas miejscem także trochę tajemniczym i lekko niesamowitym, pokolenia dzieciaków z dreszczykiem pokazywało sobie mogiłę niemieckiego pilota, który ponoć rozbił się tam pod sam koniec wojny.

W drugą stronę (do dziesiątki) szliśmy także wzdłuż ‘górek’, a wracając bawiliśmy się w jarze potoku Elizy, próbując go oczywiście zatamować, puszczając z prądem patyki na wyścigi i generalnie zawsze spóźniając się do domu. Ta strona ‘górek’ była jednak bardziej ucywilizowana i nawet chodząc do dziesiątki woleliśmy bawić się po drugiej stronie Monciaka. Na marginesie, może dlatego, że było nas dwóch, to do szkoły chodziliśmy sami już od pierwszej może drugiej klasy, nikt nas nie odprowadzał za rączkę ani nie podwoził pod same drzwi szkoły. A po odrobieniu w domu zadanych lekcji wychodziliśmy na ulicę lub podwórko i bawiliśmy się do zmroku.

W szkole na przerwach były oczywiście wyścigi, przepychanki, mocowanie się, zabawa w berka, chowanego i ciąganie dziewcząt za warkocze. Często bawiliśmy się razem z nimi w klasy, albo w skakankę. I przeważnie nie ustępowały chłopcom ani w bieganiu ani w skakaniu. Na boisku królowała piłka kopana, czasami siatkówka w kółko lub gra w dwa ognie. Większej specjalizacji wymagały gry w palanta lub klipę. W bardziej spokojnych miejscach można było pograć w ‘zośkę’, ‘noża’ lub w ‘państwa’. Większość chłopców już w podstawówce miała scyzoryki, ja np. miałem już od drugiej czy trzeciej klasy. Były oczywiście niezbędne do temperowania ołówków lub kredek, do przecinania kartek, sznurków i wycinania gałęzi na proce lub łuki i strzały. Oczywiście było także wiele zabaw z nożami. Najprostsze było rzucanie nożem z odległości kilku kroków do celu – drewnianych ścian lub drzew. Na drewnie rysowaliśmy tarczę np. kredą i umawialiśmy się na kilka serii po trzy rzuty. Czasami rzucaliśmy jednym nożem (dobre były poniemieckie bagnety, ale ciężkie) albo każdy rzucał własnym. Można było rzucać z góry, trzymając za rękojeść lub za ostrze, albo 'spod ręki’, na pół obrotu lub na cały. Gra w noża albo w pikuty polegała na tym, że na początek rzucało się w ziemię trzy razy nóż trzymając za ostrze, potem, już nie pamiętam dokładnie, była cała seria rzutów z przyłożenia czubka noża do kolana, biodra, palców po kolei, nadgarska tzw. zegarek, łokcia, ramienia, potem z kciuka tzw. bródka, zęby, nos, czoło i w końcu szmergiel czyli nóż położony ostrzem na włosach i szybko zsunięty tak żeby się obrócił i wbił w ziemię. po nieudanym rzucie oddawało się nóż następnemu graczowi. Wygrywał ten kto pierwszy ‘zrobił’ szmergla. Najczęściej używane były noże kuchenne z ostrym czubkiem, własnych scyzoryków raczej nie braliśmy do zabawy, bo piasek i kamienie w ziemi łatwo je tępiły. Gra w ‘państwa’ polegała na tym, że rysowało się dosyć duże koło na ziemi i dzieliło na tyle części ilu graczy. Pierwszy gracz pikutem wbijał nóż w kawałek najbliższego sąsiada. Po udanym rzucie ‘odkrajał’ nożem kawałek państwa – jak najdalej mógł sięgnąć. Czasami kilku graczy zmawiało się przeciwko innym co wywoływało kłótnie i pretensje. Kiedy ‘państwo’ było już takie małe, że można było wszędzie dosięgnąć, trzeba było wbić nóż trzy razy pikutem, żeby je całe zabrać. Wygrywał ten kto zwyciężył wszystkie ‘państwa’. Były też bardziej niebezpieczne zabawy jak strzelanie ze skobelków albo procy. Łuki lub wiatrówki były raczej niemile widziane przez dorosłych i trzeba było się z nimi trochę kryć.

Targ i ulice

Instytucją samą w sobie był targ miejski, na którego miejscu stoi teraz Alma. Dla nas wszystkich, miastowych dzieciaków, to była czysta egzotyka. Może nie tyle hala targowa, ciemna i szczególnie w lecie mocno śmierdząca rybami, ale przede wszystkim sam plac targowy. Przyjeżdżało tam z okolicy wiele wozów konnych z owocami, jarzynami, warzywami, czasami świniami, owcami czy drobiem, hałaśliwe nawoływały przekupy, a do tego kręciły się wszędzie bezpańskie psy. Czasami trudno było się porozumieć z chłopami z Kaszub czy autochtonami hodującymi różności ‘na działkach’ i mieliśmy wrażenie, że otwierał się przed nami jakiś inny, nieznany świat. Czasami bardziej przedsiębiorczy wieśniacy jeździli po całym Sopocie, szczególnie jesienią, krzycząc ‘…kartofle, kartofle, młode kartofle…’ i sprzedając je z wozu worami. Inne wozy dostarczały węgiel, który niesamowicie brudni mężczyźni znosili koszami do piwnic. Przy powszechnym jeszcze transporcie konnym nie można było się dziwić, że wczesnym rankiem po ulicach krążyli sprzątacze z metalowymi wózkami o dwóch żelaznych kołach i usuwali końskie odchody ku oburzeniu wszystkich wróbli w okolicy, a po Monciaku, z góry aż do Grunwaldzkiej zjeżdżała często polewaczka typu star z wielką cysterną. Biegaliśmy za nią przeskakując przez strugi wody. Czasami się udało, czasami nie.

Po mieście krążył jeszcze inny pojazd. Był to wóz hycla. Nie wiem czy ten hycel był na etacie w Sopocie czy w Gdańsku, w każdym razie pojawiał się niespodziewanie wywołując popłoch wśród niefrasobliwych właścicieli swobodnie biegających psów. Sam parę razy widziałem jak zręcznie łapał psy pętlą na długim kiju, wsadzał je do zakratowanej budy i odjeżdżał wśród wycia i jazgotu biednych zwierząt. Nie cieszył się naszą wielką sympatią i raczej staraliśmy się go unikać, przy okazji przeganiając jak najdalej wszystkie napotkane po drodze psy.

Natomiast dźwięk dzwonka, a właściwie blachy uderzanej młotkiem, towarzyszył wizytom fachowca od ostrzenia noży. Mały ‘warsztat’ z ciężkim kamiennym kołem rozkręcanym pedałem stawał na skrzyżowaniach a od kamienic odbijał się echem okrzyk ‘…noooże, nooożyczki ostrzeeeee…’. Zbiegały się gosposie z nożami, tasakami, siekierami i wszystkim co tylko wymagało ostrzenia i po kilku chwilach odchodziły z szybko i dobrze naostrzonymi narzędziami. Dla nas dodatkowo te wizyty były bardzo ważne, bo niekiedy można było pana uprosić, żeby naostrzył nasze łyżwy przed zimą.

Od najmłodszych lat chodziliśmy całą rodziną w Dzień Wszystkich Świętych na cmentarz na Malczewskiego. Nie mieliśmy tam nikogo z rodziny, więc przyniesione chryzantemy i znicze stawialiśmy na kilku zapomnianych grobach modląc się za tych czyje to były groby i za naszych najbliższych, którzy zginęli w czasie Rewolucji Październikowej na Kresach, w czasie wojny 1919-21, w Katyniu i w ciągu Drugiej Wojny Światowej. Mieliśmy nadzieję, że może ktoś zrobi to samo na grobach naszych bliskich. Wielkie wrażenie sprawiała na nas krwawa łuna od świec i zniczy rzucająca tajemnicze cienie wśród drzew i nagrobków.

Latem przyjeżdżali także Cyganie. Czasami żeby powróżyć, czasami żeby coś wyżebrać, czasami żeby coś ukraść. Jednak najbardziej cenieni byli za nitowanie, cynkowanie i odnawianie garnków, kotłów i patelni. Ciekawe, że w tej dziedzinie byli naprawdę mistrzami. Podobno niechętnie zatrzymywali się w Gdańsku i Sopocie pamiętając jeszcze sprzed Drugiej Wojny wrogą im policję Wolnego Miasta Gdańska, a na przykład do szpitali zgłaszali się tylko w Gdyni lub Wejherowie.

Na granicy Sopotu i Gdańska, prawie przy morzu było miejskie wysypisko śmieci. Wielkie hałdy ciągnęły się wzdłuż skarpy bijąc w niebo smrodem i chmurami mew i rybitw walczących o każdy znaleziony kąsek. Włóczyli się tam często bardzo dziwni ludzie wygrzebujący jakieś skarby spod odpadków i nieczystości. Śmietnisko zostało zamknięte, z czasem zarosło trawą i krzakami, a później założono na jego terenie ogródki działkowe i chyba wybudowano kilka domków jednorodzinnych.

Kolejka

Inna ‘instytucja’ w powszedniej rzeczywistości sopockiej to tak zwana kolejka. Wszyscy wiedzieli, że usprawiedliwienie ‘kolejka się spóźniła’ powinno być automatycznie zaakceptowane i niepodważalne. Bo i też jeździły jak chciały i kiedy chciały. Stare wagony, podobno z berlińskiego metra, miały drzwi z mosiężnymi klamkami co pozwalało na wskakiwanie w biegu, otwieranie drzwi w czasie jazdy i generalnie podróże na gapę. Po wprowadzeniu wagonów z automatycznymi drzwiami nie było to już takie łatwe, a znacznie bardziej niebezpieczne. Bez kolejki nie można było dostać się ani do Gdańska, ani do Gdyni. Chociaż właściwie był jeszcze autobus 101 kursujący przez całe Trójmiasto, trolejbus numer 2 między Sopotem i Gdynią, i tramwaj numer 4 jeżdżący z pętli trolejbusowej w Sopocie do pętli tramwajowej w Oliwie, o którym mało kto już pamięta, ale tylko kolejka potrafiła przewieźć większe ilości podróżnych szybko i tanio.

To wspaniałe, że gdy mówię że jestem z Sopotu, to mogę być z tego dumny. Oczywiście przeważają wspomnienia pełne plaży i słońca, i dopiero pisząc te notatki sam zaskoczony jestem ilością zmian, które lata przyniosły. Nie jestem wrogiem ‘nowego’, ale żal, że zniknęło wiele wartości, o które wystarczyło po prostu zadbać, a nie zmieniać tylko po to żeby zmienić, lub zaniedbać i zaprzepaścić coś co już było, i co mogło cieszyć i służyć ‘tubylcom’ i przyjezdnym przez wiele następnych lat.

********************************************************************************************************

Z długiego życia wspomnień garść, czyli ‘Lord’ Klemens – sopocianin od pokoleń, wielki patriota lokalny, wspaniale reprezentujący Sopot i okolicę wśród rodziny, przyjezdnych, turystów i cudzoziemców. Nieustraszony ambasador sopockości zawsze i wszędzie!

Wczesne lata

Piątek, tak, to był piątek. Ciepły, słoneczny maj, na niebie nawet małej chmurki. Dzień kiedy musiało się wydarzyć coś miłego lub decydującego w moim życiu. Młody byłem, pełen marzeń, nieokreślonych tęsknot i nadziei. Moi rodzice byli sopocianami od pokoleń. Z Dolnego Sopotu, róg Sobieskiego i Chopina. Jako pierworodny miałem najwięcej swobody i samodzielności. Szedłem więc kiedyś nie spiesząc się w stronę Monciaka, od czasu do czasu schodząc z drogi jakimś menelom lub znudzonym człowiekom szukającym draki. Nie miałem nastroju do awantur. Na Monciaku nawet przed sezonem był jak zwykle przyspieszony ruch, trzaskały drzwi sklepów, nie było można się prześliznąć. Przed bramą narożnego domu spotkałem kilkoro dzieci, zaprosiły mnie do środka żeby się pobawić. Była może druga, trzecia. Zgodziłem się, chociaż trochę niechętnie bo już mi na obiad w brzuchu burczało. Dzieciaki grzeczne, czyste, podstawówka, góra druga, trzecia klasa. Bawiliśmy się na półpiętrze przy oknie na podwórko. Takie podwórko-studnia z trzepakiem, gliniastą ziemią i pojemnikami na śmieci. Nieśmiała trawa zieleniła się w narożnikach, rósł krzaczek lub dwa bzu, a niskie podłużne okna piwnic czerniały tuż nad ziemią.

Po pół godzinie miałem już dosyć tych dzieci. Za hałaśliwe, pięć minut w jednym miejscu nie mogły usiedzieć, chciałem więc gdzieś dalej sobie pójść, ale zaczęły mnie na siłę zatrzymywać, krzyczeć i przepychać się. W tym momencie po schodach weszło dwóch chłopców może o rok lub dwa starszych od dzieci z którymi się bawiłem. Przywitałem się grzecznie i postanowiłem jeszcze chwilę zaczekać na to co się wydarzy. Po kilku minutach na pierwszym piętrze uchyliły się drzwi i jakaś pani wyjrzała na klatkę.

‘Dobrze że już jesteście, chodźcie na obiad bo ostygnie’ – zawołała do tych nowych chłopców.

‘Czy on może przyjść do nas?’ prawie chórem obaj zapytali i na jej potakujące skinie głowy zaprosili mnie na górę.

Inne dzieci zaczęły protestować, że one pierwsze się ze mną bawily i że ci nowi nie mogą mnie tak ni z tego ni z owego zabrać ze sobą, ale ja już podjąłem decyzję, zaskoczyłem z niskiego parapetu i poszedłem pierwszy na górę po schodach. Ci dwaj chłopcy byli trochę starsi i reszta dzieci, chociaż ich było czworo czy pięcioro, tylko nieśmiało protestowała. Po chwili zamknęły się za nami ciężkie drzwi z mosiężną, rzeźbioną klamką.

Czas żebym się przedstawił – jestem ciemnoburym kotem podwórkowym w czarne pręgi, z białymi wąsami, pyszczkiem i łapami. Nie zaliczam się do dachowców, bo w świecie trzy-, czteropiętrowych kamienic niewiele kotów miało szansę dotrzeć aż tak wysoko. W czasie wydarzeń, które zacząłem opisywać mogłem mieć niecały rok, ale byłem już dosyć duży i silny. Moja mama twierdziła, że urodę, okrągły łepek, gęste futro i szlachetne proporcje odziedziczyłem oczywiście po niej, chociaż musiała przyznać, że byłem nawet przystojniejszy od ojca, i miałem jego nieustraszony i szlachetny charakter.

Tak więc w majowy piątek zostałem zaproszony na obiad i ku mojej wielkiej radości jakogłówne danie był wyśmienity, świeży dorsz z rybnego po drugiej stronie Monciaka. Zjedliśmy wszyscy razem w kuchni, a potem chłopcy poszli odrabiać lekcje, a ja postanowiłem zwiedzić całe mieszkanie. Spodobały mi się dwa duże amfiladowe pokoje i kuchnia, od południa, o wysokich oknach z wystarczająco szerokimi jak na mój gust parapetami, drewnianymi, pastowanymi na połysk parkietami i szerokim korytarzem wejściowym. Wybrałem sobie wygodne miejsce w słońcu i spokojnie zasnąłem. Trochę później przyszła z pracy Młodsza pani, a jeszcze później jej mąż. Wyglądali na trochę zdziwionych moją obecnością, ale nie przeszkadzali mi w drzemce i nawet wydaje mi się, że próbowali zachowywać się cicho i spokojnie. Wieczorem pobawiłem się jeszcze trochę z chłopcami, ale kiedy zaczęli szykować się do spania poprosiłem żeby mnie wypuścili na klatkę schodową. Zszedłem na dół, znalazłem otwarte drzwi na podwórko i dokładnie spenetrowałem wszystkie piwnice, korytarze i przejścia. Mieszkające tam koty przyjęły mnie obojętnie i bez awantur. Koło północy miałem już dokładny obraz podwórka, domów i wszystkich zakamarków. Okolica mi się spodobała, więc poszedłem do mamy i taty powiedzieć im, że się przeprowadzam. Szczególnie mama była trochę zaniepokojona moją, jak mówiła, raptowną i nieprzemyślaną decyzją, ale tata upewnił ją, że to dobra okolica, porządne domy i że to już czas żebym znalazł sobie swoje miejsce.

Swoje miejsce

Następnego dnia od rana siedziałem na wycieraczce przed drzwiami i kiedy pan domu wychodził do pracy poprosiłem żeby mnie wpuścił do mieszkania. Po zadomowieniu się przejąłem na siebie szereg obowiązków jak na przykład; budzenie chłopców żeby nie spóźnili się do szkoły, wystraszenie wszelkich myszy z naszych pokoi i kuchni, łapanie wstrętnych much wpadających przez okna do mieszkania, odganianie gołębi i rozwydrzonych wróbli siadających na lipach przed domem, a czasami nawet na parapetach, i wiele innych.

Wszystkie te obowiązki zabierały mi z początku dużo czasu, ale po kilku tygodniach sprawy się jakoś ułożyły i mogłem już wygospodarować sobie dodatkowe chwile na jakże niezbędne drzemki w ciągu dnia. Oswojenie człowieków postępowało prawidłowo i szybko nauczyłem ich kiedy powinni dać mi spać w spokoju, kiedy miałem ochotę na zabawę lub pieszczochy i mizianie, a kiedy należało wypuścić mnie na dwór.

Sprawy na podwórku nie wyglądały najgorzej. W paru piwnicach mieszkało kilka rodzin dzikich kotów i niestety od czasu do czasu pojawiały się wędrowne szczury które chciały zagnieździć się we wszystkich możliwych kątach. Co do dzikich kotów moje postępowanie było proste. Najpierw przez kilka dni dokładnie obserwowałem przez okno na półpiętrze całe podwórko, wszystkie koty, ich zwyczaje i hierarchię. Potem nastąpił czas zdecydowanego działania. Wybrałem najważniejszego, najmocniejszego kota i się z nim po prostu rozprawiłem. Walka była długa, futro fruwało na wszystkie strony, wrzask był niemożebny, ale w końcu przeciwnik uznał moją przewagę, a ja mu łaskawie pozwoliłem zostać na podwórku. Co do kotek, to zawsze byłem grzeczny i szarmancki i wiele z nich walczyło o moje względy. Dopiero kiedy wróciłem po pojedynku do domu mogłem pozwolić człowiekom zająć się moimi ranami; jedno ucho naderwane, a raczej przecięte, wiele głębokich zadrapań i ugryzień, niektóre niebezpiecznie blisko oczu i nosa, na szczęście żadnej poważnej szkody nie poniosłem. Tak jak już podejrzewałem, pani domu była doktorem, więc pozwoliłem jej zdezynfekować i opatrzyć moje najgłębsze rany. Człowieki bardzo mnie rozśmieszyły swoim przerażeniem na widok zwyczajnych w końcu konsekwencji porządnej walki.

I rzeczywiście była to bardzo dobra okolica. Rzadko przejeżdżały samochody, a po drugiej stronie Sobieskiego, po wybudowaniu szaletów miejskich, ich okrągły daszek otoczony krzakami nadawał się świetnie do wylegiwania w spokoju, ciszy i słońcu. Tylko od czasu do czasu jakiś czarny, przybłęda gdzieś zza kościoła, próbował zaanektować to miejsce pod moją nieobecność. Nie wiedział, że ja go doskonale widziałem z okien naszego mieszkania i kiedy tylko ten kocur na dobre rozłożył się w słońcu, schodziłem na dół i już w następnej minucie jego futro nie było funta kłaków warte. Taka sobie niewinna rozrywka.

Innym razem przytrafiła mi się trochę kompromitująca przygoda, kiedy pilnowałem kuchni przed złodziejskimi ptakami. Od wiosny do jesieni bez przerwy siadały na drzewach przed oknami i tylko czekały żeby coś ukraść lub zabrudzić. Wróble miały chociaż trochę poczucia humoru, ale tych napuszonych gołębi to już zupełnie nie cierpiałem. Potrafiły wlecieć do kuchni i spod ręki coś wyrwać albo porozbijać szklanki czy poprzewracać naczynia miotając się bezmyślnie, czasem nawet zupełnie tracąc orientację. Więc z tego drzewa przed oknami przedrzeźniały się i wyćwierkiwały przeróżne obraźliwe epitety pod moim adresem. Udałem że poszedłem do pokoju, ale zaczaiłem się na krześle i czekałem na któregoś pierzalca. I rzeczywiście jakieś gamonie wylądowały na parapecie, wypadłem z zasadzki z otwartym pyskiem i wystawionymi pazurami, zrobił się wielki rwetest, ptaki poderwały się w popłochu, a ja pojechałem na pazurach jak na łyżwach po blaszanym parapecie i… wypadłem za okno.

Wstydu najadłem się na całe życie, wszystkie ptaki pokładały się ze śmiechu. Udając, że niby nic, po chwili zebrałem siły, wszedłem do klatki i przez piwnice przedostałem się na podwórko. Ledwo doszedłem do znajomej kociej rodziny, potem przez następnych kilka dni niewiele pamiętam. Do domu wróciłem dopiero po tygodniu, cały obolały i rozbity. Nie chciałem opowiadać co się ze mną działo, ale Młodsza pani dokładnie mnie obejrzała i domyśliła się wszystkiego. Zamiast się ze mnie śmiać, bardzo byli zadowoleni, że skończyło się tylko na nadwyrężonych stawach, potłuczeniach i otarciach, bo mogło być znacznie gorzej. Od tego czasu to ptaków, a w szczególności gołębi, serdecznie nienawidzę i raczej nie przesiaduję na blaszanych parapetach.

Ze szczurami było znacznie trudniej. Nie miały żadnych zasad, potrafiły napaść całą gromadą na niczego niespodziewającego się kota, a niektóre były wystarczająco duże i bardzo niebezpieczne nawet w pojedynkę. Brudne to, podstępne i zdradzieckie bestie. Z biegiem czasu zorganizowałem jednak podwórkowe koty w skuteczną grupę, która wytępiła wszystkie gryzonie tak, że tylko czasami musieliśmy walczyć z obcymi, przypadkowymi szczurami. Na swój nieudolny sposób człowieki próbowały nam w tej walce pomóc wykładając trutki i przez swoją głupotę powodując ciężkie zatrucia także wśród młodych, niedoświadczonych kotków. W pierwszym roku nawet sam uległem częściowo tej truciźnie walcząc z podtrutym szczurem. Na całe szczęście Młodsza pani z Jasnym zareagowali natychmiast zawożąc mnie trolejbusem w koszyku do weterynarza gdzieś na granicy Sopotu i Orłowa. Leczyła mnie potem przez dobrych parę dni, dając mi lekarstwa i stosując specjalną dietę.

Koniec podstawówki

Mali człowieków rośli jak na drożdżach. Jeden był starszy, ciemniejszej maści, bardziej krępy i silniejszy. Drugi, młodszy, jasnej sierści, szczupły i delikatniejszy. Często zapraszałem ich do zabawy, a nawet czasami pozwalałem im wymyślać nowe.Świetne były na przykład wyścigi z najdalszego końca mieszkania do kuchni i z powrotem, podczas których uczyłem ich szybkości i zwrotności. Kiedy bawiliśmy się w ‘łapki’ był czas na ćwiczenie refleksu i oceny odległości. Lekcje czasami urozmaicałem niespodziewanie wysuwając pazury. Najbardziej podobały mi się lata kiedy razem chodzili do szkoły. Wracali też razem i wtedy wszyscy jedliśmy obiad. Ten młodszy wykazywał niejakie zdolności językowe więc poświęcałem długie godziny na rozmowy z nim. Niestety człowieki niewiele słyszą, a jeszcze mniej widzą, a już w nocy, to są zupełnie beznadziejni. Jasnemu i Młodszej pani czasami udawało się sformułować jakieś najprostsze słowa czy zwroty w kocim i satysfakcja z tych osiągnięć pozwalała mi kontynuować ich nauki. Pan był takim bardziej nocnym markiem. Często dotrzymywałem mu towarzystwa do wczesnych godzin rannych, a on opowiadał mi przeróżne historie których cierpliwie wysłuchiwałem, odzywając się w odpowiednich momentach, żeby go zachęcić do dalszych, nomen omen, zwierzeń. W ramach bardziej zaawansowanych ćwiczeń napadałem na nogi Małych człowieków najlepiej nad ranem, jeszcze przed wschodem słońca. Z początku nie rozumiały, że to dla ich dobra się poświęcam ćwicząc ich refleks, doskonaląc ich orientację i prawidłową ocenę zagrożeń w ciemności.

Upłynęło trochę czasu, nabierałem doświadczenia w obchodzeniu się z moimi człowiekami, w ich tresowaniu i, co tu ukrywać, wychowywaniu. Po jakimś czasie przestali budzić mnie bez powodu, odzywali się do mnie z szacunkiem, pilnowali żeby zawsze jedzenie i picie było podane o odpowiedniej porze. Postanowiłem więc ich w jakiś sposób nagrodzić. Starsza człowieków, matka pani, długo zastanawiała się z jakiego imienia mógłbym być zadowolony i po wielu miesiącach zaproponowała mi imię Klemens. Zgodziłem się i od tego czasu byłem szeroko znany jako ‘Lord’ Klemens lub ‘Cezar’ Klemens. Zauważyłem, że są bardzo zadowoleni kiedy na to imię reaguję. Podobno oznacza ono kogoś spokojnego i pełnego godności. Nawet nie przypuszczałem że tak dobrze mnie znali. Szybko okazało się, że mój splendor spływał także na moich człowieków, a Jasnego młodego zaczęli na moją cześć nawet na codzień nazywać Klemensem. Młode człowieków na swój sposób próbowali okazać mi swój szacunek,na przykład zawieszając mi pewnego razu na szyi łańcuch z okolicznościowym medalem. Po wyjściu na podwórko oddałem go jednak jak najszybciej pierwszej lepszej kotce. Kiedyś indziej Ciemniejszy z młodych zmajstrował z brystolu zbroję rzymską, z hełmem i pióropuszem, całą pozłacaną i wspaniałą. Zazwyczaj byłem bardzo wyrozumiały i cierpliwy dla Młodych człowieków, ale tego było już za dużo i zdecydowanie odmówiłem wyjścia w zbroi na podwórko. Próbowali mnie przekonać, ale byłem nieustępliwy.

Sprawy podwórka zajmowały mi wiele czasu, trzeba było utrzymywać porządek wśród czasami bardzo różnorodnych mieszkańców kociej społeczności, uczyć karności i posłuchu nowoprzybyłe koty i kotki, pomagać w wychowaniu młodych i oczywiście trzymać w ryzach gryzonie i gromadę psów mieszkających w kamienicach. A było tych psów chyba z pół tuzina; dosyć duży, ale poczciwy bokser, hałaśliwy szpic, jamnik, jakieś kundelki i kiedy siedziałem na niskim parapecie okna na półpiętrze wszystkie z początku chciały mnie zaczepiać. Nawet się nie ruszałem, a w najgorszym wypadku, kiedy za dużo sobie pozwalały, powoli wystawiałem pazury jednej łapy i po jakimś czasie nawet do tych psów dotarło, że z lepszym nie ma co zadzierać. Więcej kłopotów było z obcymi psami, które przychodziły z gośćmi. Jednak dobrze wymierzony cios pazurami potrafił szybko nauczyć je moresu. To samo dotyczyło młodych człowieków z innych pięter kamienicy. Ich też musiałem nauczyć jak się mają wobec mnie poprawnie zachowywać.

Ze zdumieniem spostrzegłem, że wśród człowieków istnieje coś w rodzaju hierarchii oraz podział obowiązków. Nie jest to tak zaawansowane jak w społeczności kotów, ale człowieki to przecież bardzo młoda grupa zwierząt. I tak, jedzenie do domu przynosiła Starsza pani po wielogodzinnych polowaniach w pobliskich sklepach kiedy młodzi byli w szkole. Przygotowywała i napełniała nim miseczki Młodsza pani. Pan był poza domem dłużej i wracał zmęczony, zasypiał na godzinę lub dwie, ale potem czytał lub pracował do późna w nocy. Najwięcej czasu mieli oczywiście Młodzi, ale większość czasu spędzali na nauce. Denerwowało mnie to, że tak dużo czytają(wszyscy wiedzą, że to bardzo niszczy oczy) tak, że musiałem interweniować kładąc im się na środku książek, żeby mogli od nich odpocząć. Wieczorami, kiedy wszyscy byli w domu, najchętniej wybierałem kolana Jasnego Młodego do zwinięcia się w kłębek i cicho mrucząc próbowałem przekazać mu niektóre mądrości kotów i tajemnice naszego pojmowania świata. Z Młodszą panią zawsze grzecznie rozmawiałem kiedy podawała mi obiad, a z Ciemnym Młodym codziennie dziko swawoliliśmy.

W następnych latach

W następnych latach sytuacja się unormowała i mogłem pomyśleć o założeniu własnej rodziny. Zaprosiłem do domu bardzo przystojną szaro-burą kotkę, tak jak ja, z czarnymi pręgami. Weszliśmy po schodach na półpiętro, potem przez okno wskoczyliśmy na daszek, stamtąd przez następne uchylone okno i drzwi do korytarza i już byliśmy w mieszkaniu. Bardzo mnie rozśmieszyła swoją przerażoną mordką, ale dzielnie podążała za mną aż do kuchni. Starsza pani wcale nie protestowała i poczęstowała nas jakimiś przysmakami, chociaż nie był to czas na posiłek. Zjadłem trochę i potem pozwoliłem kotce skończyć to co zostało w misce. Z dumą oprowadziłem ją po mieszkaniu i zaproponowałem żeby ze mną zamieszkała. Zgodziła się bez wahania. Człowieki przyjęli moją decyzję spokojnie i ze zrozumieniem. Nawet poprosili ją czy może używać imienia Kocurwa na co się zgodziła, pytając mnie wzrokiem czy nie będę miał nic przeciwko temu. A później któregoś dnia przyniosła do mieszkania, drogą którą jej pokazałem, trzy dokładnie wilizane i czyściutkie swoje, czyli nasze, małe kotki. Najstarszy z nich dostał imię Kacper i został z nami, a drugi i trzeci poszły do dobrych domów.

Lata biegły, Młode człowieków rosły bardzo szybko, coraz rzadziej bywały w domu, wpadały jak po ogień, przechodziły jak burza przez lodówkę, spały o najdziwniejszych porach i miały coraz mniej czasu dla mnie i swoich człowieków. Jednak kiedy zachorowałem na tyfus koci, ten Jasny z młodych razem z Młodszą panią bezzwłocznie zawieźli mnie do weterynarza. Dobrze pamiętałem tę drogę i wcale mi się to nie podobało. Próbowałem się wyrwać i uciec, ale za dobrze pilnowali, a choroba pozbawiła mnie wszystkich sił. Okazało się, że stan był bardzo poważny i żeby mnie uratować potrzebna była seria zastrzyków. Młodsza pani poprosiła weterynarza czy mogłaby robić zastrzyki w domu, żeby mnie nie wozić, bo bardzo to źle znosiłem i byłem mocno osłabiony, a ponieważ była doktorem medycyny więc weterynarz w końcu się niechętnie zgodził. Pech chciał, że później, właśnie w tym właśnie czasie Młodsza pani musiała gdzieś wyjechać i robienie zastrzyków przypadło Jasnemu człowieków. Dzień w dzień przyjmowałem to z wielką cierpliwością, chociaż wiedziałem jak twarda i trudna do przebicia jest skóra i mięśnie na karku kota. Czasami, kiedy nie od razu mu się to udawało, chociaż nie jestem psem, gdzieś w głębi jakby cicho warczałem, ale bez najmniejszego ruchu. Po wyznaczonym czasie człowieki zawiozły mnie na przegląd i okazało się, że byłem już prawie zdrowy i na dobrej drodze do całkowitego wyleczenia. Uspokojeni wróciliśmy do domu, ale przyrzekłem sobie, że to moja ostatnia wizyta u weterynarza.

Nie dotrzymałem danego sobie słowa

Nie dotrzymałem danego sobie słowa. Ale to wszystko przez tego Jasnego człowieków. A było to tak, był wielki księżyc, kotki darły się jak oszalałe i wszędzie panował stan największego podniecenia. Przez tydzień czy dwa nie wychodziłem na podwórko, bo po ostatnich walkach niektóre rany były zainfekowane i człowieki doszły do wniosku, żę prędzej wyzdrowieję w domu leczony maściami z antybiotykami i z częstymi zmianami opatrunków. Ostatnio coraz trudniej było mi utrzymać porządek na podwórku, chociaż większość kotów odnosiła się do mnie z szacunkiem i poważaniem. Niestety w ostatnim czasie przybyło kilka dużych, silnych, marnie lub całkiem niewychowanych kocurów. I teraz podczas mojej nieobecności strasznie się rozzuchwalili. Przez okna dochodziły mnie ich wrzaski, wyzwiska i walki. Trzeba było zaprowadzić porządek, ale człowieki nie chciały mnie jeszcze wypuścić. Udało mi się przekonać Jasnego człowieków, żeby pomimo wszystko chociaż na trochę pozwolił mi zejść na dół. W końcu zgodził się, pod warunkiem, że szybko wrócimy do domu. Wziął mnie na ręce i zaniósł na podwórko, postawił koło śmietników i odszedł kilka kroków. Najpierw podbiegło do mnie kilka kotek bardzo szczęśliwych, że mnie znowu widzą. A tuż za nimi przyszedł jeden z tych nowych kocurów i od razu zaczął zupełnie bez szacunku pyskować. Zwróciłem mu spokojnie uwagę, ale to zupełnie do niego nie dotarło. Nie było innego wyjścia, musiałem mu spuścić lanie. Błyskawicznie wsiadłem mu na grzbiet drapiąc i gryząc, a ten zupełnie zaskoczony i przerażony zaczął biegać wokół śmietników wrzeszcząc jak opętany. Mam zasadę, że długo jestem cierpliwy i spokojny, ale jak walczę – to na całego. Durny kocur zrobił chyba ze dwa kółka, lecz kiedy przebiegaliśmy koło Jasnego człowieków, to ten mnie chwycił i wziął na ręce. Takich rzeczy się nie robi. Nigdy nie przeszkadza się w poważnej walce. Cały aż się gotowałem. Jasny zaniósł mnie na górę pod drzwi i postawił na ziemi żeby je otworzyć kluczem. Musiałem wrócić do walki, musiałem bezdyskusyjnie ustanowić porządek, musiałem. Jasny uchylił drzwi i próbował nakłonić mnie do wejścia do środka. Coś dotknęło mojego karku więc szybko się odwróciłem i capnąłem zębami. Ku mojemu przerażeniu okazało się, że w zaślepieniu poprzednią walką ugryzłem Jasnego człowieków w rękę. Mój wstyd i żal nie miał granic tym bardziej, że Jasny tylko popatrzył na mnie z wyrzutem, wepchnął mnie do korytarza i zamknął szybko drzwi. Niestety za kilka godzin ręka mu spuchła jak bania, temperaturę miał powyżej 42 stopni i musieli jechać z nim na nocny dyżur do szpitala. Jak ja mogłem to zrobić? I to komu – Jasnemu, u którego zawsze najchętniej kładłem się na kolanach i kiedy przychodził, bez względu na porę dnia i nocy, czekałem przy drzwiach żeby go przywitać. Co się stało to się nie odstanie. Po kilku dniach Młodsza pani z Jasnym postanowili zawieźć mnie do weterynarza, żeby stwierdził czy nie mam wścieklicy, tym razem zgodziłem się bez najmniejszego protestu. Weterynarz rozbawił się do łez twierdząc, że gdybym miał wścieklicę, to żadna siła by mnie nie utrzymała i nikt nie byłby w stanie przywieźć mnie trolejbusem do przychodni. Po dokładnych oględzinach zawyrokował, że jak na swoje czternaście lat, pomimo złamanego kła i podziurawionej w wielu miejscach skóry, trzymam się zaskakująco dobrze.

Niedługo potem Jasny człowieków przestał całkiem pokazywać się w domu. Podobno wyprowadził się gdzieś indziej, gdzieś do Górnego Sopotu, gdzieś pod las, gdzieś na zawsze. Podobno to zupełnie nie było związane z tym nieszczęsnym ugryzieniem, ale może gdybym… Mija już trzeci czy czwarty miesiąc i już nawet wcale nie czuję żeby był gdzieś blisko. Nie ma komu wskoczyć na kolana, nie ma z kim się bawić czy czytać książek, nie ma na kogo czekać przy drzwiach. Nie ma dla kogo dalej być. Swoje lata przeżyłem...

Tydzień później ‘Lord’ Klemens został uśpiony w przychodni, ponieważ większość jego narządów wewnętrznych nie można już byłowyleczyć.