Zdjęcia galerii

Zawód: fotograf

 

Rodzinna legenda mówi, że my, Hejberowie pochodzimy z Inflantów, czyli dzisiejszej Estonii. Zabawne, że gdy będąc w Stanach siedziałem w jakimś barze i gadałem z dziewczyną, ona w pewnym momencie spytała skąd mam taki akcent. A ja: „Zgadnij”. Spojrzała na mnie uważnie i mówi: „Jesteś z Estonii. Byłam tam, Estończycy wyglądają jak ty”. A tymczasem ja czuję się sopocianinem.

 

Przeglądamy albumy z fotografiami Jerzego: „Life4sale” i „Keep of the Grass”. Większość zdjęć jest czarno-biała, zrobiona na ulicy, w przestrzeni publicznej. Pozornie zwyczajne sceny nabierają uniwersalnego wydźwięku, gdy przeczytamy tytuły. Taki choćby kawiarniany ogródek w Monte Carlo, rok 1986. Na pierwszym planie dwie blondynki-bliźniaczki, w głębi przy stoliku para w średnim wieku. Ona zwrócona bokiem do widza, on - w dużych ciemnych okularach patrzy wprost na blondynki. Podpis: „Pokusa”.

- Tak naprawdę nie wiemy czy ten gość jest z tamtą kobietą, czy w ogóle ją zna. Może po prostu usiedli przy jednym stoliku. Ale ja to odczytuję jako obraz starego, znudzonego sobą małżeństwa. I widzę  głodne spojrzenie mężczyzny omiatające bliźniaczki. Dwie blondynki na raz to przecież marzenie każdego faceta – śmieje się Jerzy Hejber, fotograf, założyciel Sopockiej Szkoły Fotografii WFH. – Dla mnie takie jest właśnie znaczenie tej sceny.

Z kolei „Egzystencja” to sfotografowane z góry ruchome schody. Jedni jadą w górę, inni w dół – jak to w życiu.

„Zioło” to natomiast publiczność zebrana na koncercie Rolling Stonesów w 1978 r. Samego zespołu nie widać, tylko bawiących się ludzi. I to nieźle się bawiących - na pierwszym planie jedna z par przypala właśnie jointa.

Sporo zdjęć pokazuje San Francisco, gdzie Jerzy studiował fotografię: dzielnice latynoskie, barwne typy, fryzury i ciuchy z przełomu lat 70. i 80. Jest też Europa. Uliczny koncert w Lizbonie (znów ujęcie z góry) - saksofonista otoczony mamami z maluchami w wózkach, zupełnie jakby grał specjalnie dla nich.

- Oczywiście słuchaczy było znacznie więcej - mówi Hejber. - Ale ja chciałem złapać coś niebanalnego. Trochę poczekałem i… nagle jest: muzyk i dzieciaki, nic więcej. O to właśnie chodziło. Albo to zdjęcie zrobione w Colosseum: z prawej fragment samochodu z reklamą Coca-Coli, z lewej dwóch Japończyków z komórkami w dłoniach, w tle słynna budowla. Tytuł: „Podbój”. Gdyby nie ci Japończycy, którzy w pewnym momencie weszli w kadr, fotografia nie miałaby żadnego wyrazu.

 

Saga rodu Hejberów

 

Jerzy mieszka w Sopocie (z przerwą na Stany) od urodzenia. Urodził się co prawda w Gdyni (rocznik 1953), ale zaraz po opuszczeniu porodówki, znalazł się w Sopocie, w rodzinnym domu przy ul. Haffnera. - Moi rodzice: Waldemar vel Jan i Irena oraz dziadkowie ze strony mamy: Olga i Aleksander Oleszkiewiczowie przyjechali tu w 1945 r. Przed wojną dziadek był komendantem straży pożarnej w Baranowiczach, na dzisiejszej Białorusi. Z kolei Hejberowie: babcia Jadwiga i dziadek Józef mieli w centrum Wilna dom i duży zakład mleczarski z siecią punktów sprzedaży, gdzie chodziło się na śmietankę z ciasteczkiem. Dziadek dostarczał nabiał specjalnie chłodzonymi wagonami aż do Odessy. Gdy w 1931 r. zmarł, firmę przejęła babcia. Jakiś czas temu odwiedziłem cmentarz na Rossie - na grobie dziadka Hejbera stoi wielki, granitowy krzyż. Rodzinna legenda mówi, że my, Hejberowie pochodzimy z Inflantów, czyli dzisiejszej Estonii. Zabawne, że gdy będąc w Stanach siedziałem w jakimś barze i gadałem z dziewczyną obok, ona w pewnym momencie spytała skąd mam taki akcent. A ja: „Zgadnij”. Spojrzała na mnie uważnie i mówi: „Jesteś z Estonii. Byłam tam, Estończycy wyglądają jak ty”. A tymczasem ja czuję się sopocianinem. Dziesięć lat mieszkałem w San Francisco, uważam je za drugie najlepsze miejsce do mieszkania na świecie. Bo pierwszy jest Sopot.

 

Waldemar staje się Janem

 

Gdy Jerzemu udało się uzyskać rekompensatę za utracone zabużańskie mienie, przeznaczył je na renowację rodzinnego sopockiego domu. Jego atrakcją jest oryginalna, tak typowa dla kurortu weranda.

- Kiedy byłem dzieckiem, o sprawach przedwojennych w domu się za wiele nie mówiło. Może żebyśmy nie mieli kłopotów w szkole? Ojciec działał przecież w AK, w Brygadzie Wileńskiej. Był specjalistą od podrabiania dokumentów. Zacierając ślady mamę odmłodził, siebie postarzył. Zmienił też imię - urodził się jako Waldemar, zmarł jako Jan. Po przyjeździe do Sopotu ukrywał się, był aresztowany – babcia Jadzia interweniowała u Bieruta. Wyszedł.

Jan (Waldemar) Hejber skończył Wyższą Szkołę Ekonomiczną w Sopocie, był jednym z założycieli Pol Service – firma zajmowała się czyszczeniem tankowców. Potem przedsiębiorstwo upaństwowiono. Jan mimo „kuszących” propozycji nie zapisał się do partii i któregoś lata - żeby mieć dach nad głową - pracował jako kierownik ośrodka wypoczynkowego na Kaszubach.

- Rodzice rozwiedli się, gdy miałem 7 lat - wspomina Jerzy. - Nigdy jednak od żadnego z nich nie usłyszałem złego słowa na siebie. Mama - też po WSE - pracowała w biurze projektowym budownictwa morskiego. Brała prace zlecone - ojciec potrafił zalegać alimentami. Nie miała lekko. 

 

Autostop

 

Jako szesnastolatek ruszył w Polskę z książeczką autostopu. Latem przez dwa miesiące nie było go w domu. - To była wolność – uśmiecha się.

Gdy skończył 18 lat, spędził pierwsze wakacje w „demoludach”, oczywiście stopem. Przejechał Bułgarię, Rumunię, Węgry. Z namiotem, a raczej namiocikiem, tak był malutki. Na kempingu w Budapeszcie pod jego nieobecność wichura zwaliła olbrzymią topole na ten jego płócienny domek. Wszyscy wokół myśleli, że już po „tym sympatycznym chłopaku”. Zaopiekowali się nim turyści z Włoch. Zakumplowali się, na drugi rok zaprosili Jerzego do siebie. W czasie studiów (historia na Uniwersytecie Gdańskim, na jednym roku z m.in. Aleksandrem Hallem) dalej poznawał Europę, żył podróżami.

Ale największa podróż była dopiero przed nim.

- Jakoś w 1975 czy 76 roku poznałem w Żaku Amerykanina, Davida Shinera. Przyjechał do Gdańska z teatrem studenckim. Siedzimy, gadamy, w pewnej chwili zadaję mu najbanalniejsze pytanie świata: „Jak mu się podoba w Polsce?” Odpowiedział, że nie wie, bo niewiele poza hotelem poznał. Zaproponowałem mu więc gościnę.

David mieszkał u Jerzego z miesiąc. Po tym miesiącu miał już dużo więcej do powiedzenia o Polsce i Polakach. Był nawet na pogotowiu, po tym jak mu po konsumpcji alpagi bąbel na szyi wyskoczył. Gdy David wrócił do Stanów, do Denver, przysłał Jerzemu zaproszenie.

- Popłynąłem więc „Batorym” do Montrealu, stamtąd autobusem ruszyłem do Denver. Dwa dni spędziłem u Davida, potem już sam sobie radziłem. Mój gospodarz pracował jako pomocnik kucharza w Josephina’s Restaurant w Denver (lokal działa zresztą do dziś), wynajmował jakieś skromne lokum. W wolnym czasie stał na głównej ulicy jako mim. Zacząłem pracować w tej samej knajpie - najpierw na zmywaku, po paru tygodniach jako pomocnik kucharza, po paru miesiącach jako „head pizza cook” w nowej filii Josephina’s w Palm Springs w Kalifornii. Nawet udawało mi się coś odłożyć.

 

Fińska książka o Wałęsie

 

- Któregoś dnia David wyznał, że marzy o koledżu dla mimów. A że nie miał pieniędzy na opłacenie nauki, spytał czy bym mu nie pożyczył - opowiada dalej Jerzy - No to mu pożyczyłem. Skończył tę wymarzoną szkołę, a dziś jest jednym z czołowych postaci w Cirque de Soleil. Zawsze podaję jego przykład moim studentom - że jak się chce, to można.

Po powrocie do Polski w 1978 r. Jerzy dostał „propozycję współpracy”. Odmówił, więc mimo oficjalnego braku bezrobocia w PRL nie mógł dostać zatrudnienia zgodnego z wykształceniem. Zatrudnił się zatem w legendarnej sopockiej Teatralnej na Monciaku, na intratnym stanowisku barmana. Znowu jednak pojawili się smutni panowie z „propozycją współpracy”, a on znów jej nie przyjął. Za pieniądze zarobione w Teatralnej opłacił studia podyplomowe z zakresu organizacji turystyki i rekreacji na WSWF (dzisiejsza AWF). Z podyplomowymi papierami krótko współpracował z Orbisem. Bo oto przyszedł rok 1980, zaczęły się strajki, turystów coraz mniej. Za to rozpoczął się najazd korespondentów zagranicznych z całego świata.

- Na zasadzie „wolnego strzelca” zostałem tłumaczem w agencji Interpress. Dziennikarze pisali o Stoczni, Solidarności, robili wywiady ze strajkującymi, z przedstawicielami władzy. Poznałem fińskiego dziennikarza Matti`ego Saari – rozmawiał m.in. z Lechem Wałęsą, ja tłumaczyłem. Przy drinku w winiarni Winifera zaproponowałem Matti`emu  napisanie książki o Lechu Wałęsie.

I napisali. Na starej maszynie jeszcze po ojcu Jerzy wystukiwał kolejne rozdziały, fragmenty tekstu zawoził do Warszawy. - Na rogu spotykałem się z facetem z fińskiej ambasady, przekazywałem mu materiał. Wtedy w Polsce taka książka przez władze byłaby raczej niemile widziana.

„Minun Puolani” („Moja Polska”) została opublikowana w Helsinkach, w 1981 r. Po fińsku oczywiście. – Nigdy nie została przetłumaczona ani na angielski, ani na polski. To niezły paradoks, że nie mogę przeczytać własnego dzieła – śmieje się Jerzy.

 

Limuzyna i fotografia

 

Za pieniądze z książki po raz drugi pojechał do Stanów. Trafił do San Francisco, gdzie postanowił studiować fotografię na Academy of Art University. Nauka porywająca, ale czasami lekko nie było. Żeby opłacić studia woził klientów zakontraktowaną limuzyną. A że nie otwierał drzwi zbyt szeroko, czasowo stracił kontrakt i poznał smak bezdomności – spał w samochodzie  nie rezygnując z nauki. Akademię ukończył w 1989 r. i dziś z dumą sięga po dyplom wiszący na ścianie Sopockiej Szkoły Fotografii WFH.

Z dyplomem i pomysłem na przyszłość wrócił do Polski.

- Jeszcze w trakcie studiów poszedłem na drinka z jednym z wykładowców, Michaelem. Pytam go co powinienem zrobić po studiach. A on odpowiada, że mam trzy możliwości: pójść na staż do któregoś ze znanych fotografów w San Francisco, a po ok. dwóch latach zacząć działać samodzielnie, zainwestować potężne pieniądze we własną wielką kampanię reklamową i tak pozyskać klientów, albo znaleźć sobie jakąś niszę, działalność, w której będę pierwszy. Na staż

z moimi 36 latami czułem się za stary, wielkich pieniędzy na promocję nie miałem, pozostawała nisza.

I tak powstał pomysł na szkołę fotografii w rodzinnym mieście Jerzego. Wcześniej jeszcze prowadził zajęcia w gdańskim studiu fotografii artystycznej Stefana Figlarowicza, jako „fotograf z Ameryki” udzielał wywiadów świeżo powstałym niezależnym radiom i telewizji, oswajał się z polskim raczkującym kapitalizmem. W 1991 r. zarejestrował firmę pod nazwą Warsztaty Fotograficzne Hejber, zimą 1992 r. ruszyły pierwsze zajęcia. Program był rozpisany na trzy miesiące, ale działalność szybko nabierała wiatru w żagle. Wtedy taka prywatna szkoła fotografii była nowością.

- Później razem z Tomaszem Maryksem przekształciliśmy Warsztaty Fotograficzne Hejber w 2-letnią Niepubliczną Policealną Sopocką Szkołę Fotografii WFH. Do dziś, w ciągu 30 lat działalności przewinęło się przez WFH kilka tysięcy ludzi. Jedni robią większą karierę, inni mniejszą. Ale mam tę satysfakcję, że dzięki nam inaczej patrzą na świat.

 

Szpulowce

 

A świat wciąż ciekawi Jerzego. Wciąż podróżuje, wprawdzie już nie stopem, a własnym samochodem. Mówi, że miesięcznie robi 4-6 tys. km – jeździ po Europie w poszukiwaniu magnetofonów szpulowych z lat 70., 80. Kursuje między Niemcami, Danią, Holandią, Francją. W Polsce amatorów stylowej techniki i audiofili nie brakuje. – Winyle to już banał, teraz liczą się szpulowce. Są ludzie, którzy zawsze chcieli mieć taki sprzęt, ale w PRL był dla nich nie osiągalny. Teraz już ich stać, więc spełniam marzenia ich młodości. I to jest fajne, prawda ?

 

 

 

 

 

Zawód: fotograf

 

Rodzinna legenda mówi, że my, Hejberowie pochodzimy z Inflantów, czyli dzisiejszej Estonii. Zabawne, że gdy będąc w Stanach siedziałem w jakimś barze i gadałem z dziewczyną, ona w pewnym momencie spytała skąd mam taki akcent. A ja: „Zgadnij”. Spojrzała na mnie uważnie i mówi: „Jesteś z Estonii. Byłam tam, Estończycy wyglądają jak ty”. A tymczasem ja czuję się sopocianinem.

 

Tekst: Aleksandra Kozłowska

 

Przeglądamy albumy z fotografiami Jerzego: „Life4sale” i „Keep of the Grass”. Większość zdjęć jest czarno-biała, zrobiona na ulicy, w przestrzeni publicznej. Pozornie zwyczajne sceny nabierają uniwersalnego wydźwięku, gdy przeczytamy tytuły. Taki choćby kawiarniany ogródek w Monte Carlo, rok 1986. Na pierwszym planie dwie blondynki-bliźniaczki, w głębi przy stoliku para w średnim wieku. Ona zwrócona bokiem do widza, on - w dużych ciemnych okularach patrzy wprost na blondynki. Podpis: „Pokusa”.

- Tak naprawdę nie wiemy czy ten gość jest z tamtą kobietą, czy w ogóle ją zna. Może po prostu usiedli przy jednym stoliku. Ale ja to odczytuję jako obraz starego, znudzonego sobą małżeństwa. I widzę  głodne spojrzenie mężczyzny omiatające bliźniaczki. Dwie blondynki na raz to przecież marzenie każdego faceta – śmieje się Jerzy Hejber, fotograf, założyciel Sopockiej Szkoły Fotografii WFH. – Dla mnie takie jest właśnie znaczenie tej sceny.

Z kolei „Egzystencja” to sfotografowane z góry ruchome schody. Jedni jadą w górę, inni w dół – jak to w życiu.

„Zioło” to natomiast publiczność zebrana na koncercie Rolling Stonesów w 1978 r. Samego zespołu nie widać, tylko bawiących się ludzi. I to nieźle się bawiących - na pierwszym planie jedna z par przypala właśnie jointa.

Sporo zdjęć pokazuje San Francisco, gdzie Jerzy studiował fotografię: dzielnice latynoskie, barwne typy, fryzury i ciuchy z przełomu lat 70. i 80. Jest też Europa. Uliczny koncert w Lizbonie (znów ujęcie z góry) - saksofonista otoczony mamami z maluchami w wózkach, zupełnie jakby grał specjalnie dla nich.

- Oczywiście słuchaczy było znacznie więcej - mówi Hejber. - Ale ja chciałem złapać coś niebanalnego. Trochę poczekałem i… nagle jest: muzyk i dzieciaki, nic więcej. O to właśnie chodziło. Albo to zdjęcie zrobione w Colosseum: z prawej fragment samochodu z reklamą Coca-Coli, z lewej dwóch Japończyków z komórkami w dłoniach, w tle słynna budowla. Tytuł: „Podbój”. Gdyby nie ci Japończycy, którzy w pewnym momencie weszli w kadr, fotografia nie miałaby żadnego wyrazu.

 

Saga rodu Hejberów

 

Jerzy mieszka w Sopocie (z przerwą na Stany) od urodzenia. Urodził się co prawda w Gdyni (rocznik 1953), ale zaraz po opuszczeniu porodówki, znalazł się w Sopocie, w rodzinnym domu przy ul. Haffnera. - Moi rodzice: Waldemar vel Jan i Irena oraz dziadkowie ze strony mamy: Olga i Aleksander Oleszkiewiczowie przyjechali tu w 1945 r. Przed wojną dziadek był komendantem straży pożarnej w Baranowiczach, na dzisiejszej Białorusi. Z kolei Hejberowie: babcia Jadwiga i dziadek Józef mieli w centrum Wilna dom i duży zakład mleczarski z siecią punktów sprzedaży, gdzie chodziło się na śmietankę z ciasteczkiem. Dziadek dostarczał nabiał specjalnie chłodzonymi wagonami aż do Odessy. Gdy w 1931 r. zmarł, firmę przejęła babcia. Jakiś czas temu odwiedziłem cmentarz na Rossie - na grobie dziadka Hejbera stoi wielki, granitowy krzyż. Rodzinna legenda mówi, że my, Hejberowie pochodzimy z Inflantów, czyli dzisiejszej Estonii. Zabawne, że gdy będąc w Stanach siedziałem w jakimś barze i gadałem z dziewczyną obok, ona w pewnym momencie spytała skąd mam taki akcent. A ja: „Zgadnij”. Spojrzała na mnie uważnie i mówi: „Jesteś z Estonii. Byłam tam, Estończycy wyglądają jak ty”. A tymczasem ja czuję się sopocianinem. Dziesięć lat mieszkałem w San Francisco, uważam je za drugie najlepsze miejsce do mieszkania na świecie. Bo pierwszy jest Sopot.

 

Waldemar staje się Janem

 

Gdy Jerzemu udało się uzyskać rekompensatę za utracone zabużańskie mienie, przeznaczył je na renowację rodzinnego sopockiego domu. Jego atrakcją jest oryginalna, tak typowa dla kurortu weranda.

- Kiedy byłem dzieckiem, o sprawach przedwojennych w domu się za wiele nie mówiło. Może żebyśmy nie mieli kłopotów w szkole? Ojciec działał przecież w AK, w Brygadzie Wileńskiej. Był specjalistą od podrabiania dokumentów. Zacierając ślady mamę odmłodził, siebie postarzył. Zmienił też imię - urodził się jako Waldemar, zmarł jako Jan. Po przyjeździe do Sopotu ukrywał się, był aresztowany – babcia Jadzia interweniowała u Bieruta. Wyszedł.

Jan (Waldemar) Hejber skończył Wyższą Szkołę Ekonomiczną w Sopocie, był jednym z założycieli Pol Service – firma zajmowała się czyszczeniem tankowców. Potem przedsiębiorstwo upaństwowiono. Jan mimo „kuszących” propozycji nie zapisał się do partii i któregoś lata - żeby mieć dach nad głową - pracował jako kierownik ośrodka wypoczynkowego na Kaszubach.

- Rodzice rozwiedli się, gdy miałem 7 lat - wspomina Jerzy. - Nigdy jednak od żadnego z nich nie usłyszałem złego słowa na siebie. Mama - też po WSE - pracowała w biurze projektowym budownictwa morskiego. Brała prace zlecone - ojciec potrafił zalegać alimentami. Nie miała lekko. 

 

Autostop

 

Jako szesnastolatek ruszył w Polskę z książeczką autostopu. Latem przez dwa miesiące nie było go w domu. - To była wolność – uśmiecha się.

Gdy skończył 18 lat, spędził pierwsze wakacje w „demoludach”, oczywiście stopem. Przejechał Bułgarię, Rumunię, Węgry. Z namiotem, a raczej namiocikiem, tak był malutki. Na kempingu w Budapeszcie pod jego nieobecność wichura zwaliła olbrzymią topole na ten jego płócienny domek. Wszyscy wokół myśleli, że już po „tym sympatycznym chłopaku”. Zaopiekowali się nim turyści z Włoch. Zakumplowali się, na drugi rok zaprosili Jerzego do siebie. W czasie studiów (historia na Uniwersytecie Gdańskim, na jednym roku z m.in. Aleksandrem Hallem) dalej poznawał Europę, żył podróżami.

Ale największa podróż była dopiero przed nim.

- Jakoś w 1975 czy 76 roku poznałem w Żaku Amerykanina, Davida Shinera. Przyjechał do Gdańska z teatrem studenckim. Siedzimy, gadamy, w pewnej chwili zadaję mu najbanalniejsze pytanie świata: „Jak mu się podoba w Polsce?” Odpowiedział, że nie wie, bo niewiele poza hotelem poznał. Zaproponowałem mu więc gościnę.

David mieszkał u Jerzego z miesiąc. Po tym miesiącu miał już dużo więcej do powiedzenia o Polsce i Polakach. Był nawet na pogotowiu, po tym jak mu po konsumpcji alpagi bąbel na szyi wyskoczył. Gdy David wrócił do Stanów, do Denver, przysłał Jerzemu zaproszenie.

- Popłynąłem więc „Batorym” do Montrealu, stamtąd autobusem ruszyłem do Denver. Dwa dni spędziłem u Davida, potem już sam sobie radziłem. Mój gospodarz pracował jako pomocnik kucharza w Josephina’s Restaurant w Denver (lokal działa zresztą do dziś), wynajmował jakieś skromne lokum. W wolnym czasie stał na głównej ulicy jako mim. Zacząłem pracować w tej samej knajpie - najpierw na zmywaku, po paru tygodniach jako pomocnik kucharza, po paru miesiącach jako „head pizza cook” w nowej filii Josephina’s w Palm Springs w Kalifornii. Nawet udawało mi się coś odłożyć.

 

Fińska książka o Wałęsie

 

- Któregoś dnia David wyznał, że marzy o koledżu dla mimów. A że nie miał pieniędzy na opłacenie nauki, spytał czy bym mu nie pożyczył - opowiada dalej Jerzy - No to mu pożyczyłem. Skończył tę wymarzoną szkołę, a dziś jest jednym z czołowych postaci w Cirque de Soleil. Zawsze podaję jego przykład moim studentom - że jak się chce, to można.

Po powrocie do Polski w 1978 r. Jerzy dostał „propozycję współpracy”. Odmówił, więc mimo oficjalnego braku bezrobocia w PRL nie mógł dostać zatrudnienia zgodnego z wykształceniem. Zatrudnił się zatem w legendarnej sopockiej Teatralnej na Monciaku, na intratnym stanowisku barmana. Znowu jednak pojawili się smutni panowie z „propozycją współpracy”, a on znów jej nie przyjął. Za pieniądze zarobione w Teatralnej opłacił studia podyplomowe z zakresu organizacji turystyki i rekreacji na WSWF (dzisiejsza AWF). Z podyplomowymi papierami krótko współpracował z Orbisem. Bo oto przyszedł rok 1980, zaczęły się strajki, turystów coraz mniej. Za to rozpoczął się najazd korespondentów zagranicznych z całego świata.

- Na zasadzie „wolnego strzelca” zostałem tłumaczem w agencji Interpress. Dziennikarze pisali o Stoczni, Solidarności, robili wywiady ze strajkującymi, z przedstawicielami władzy. Poznałem fińskiego dziennikarza Matti`ego Saari – rozmawiał m.in. z Lechem Wałęsą, ja tłumaczyłem. Przy drinku w winiarni Winifera zaproponowałem Matti`emu  napisanie książki o Lechu Wałęsie.

I napisali. Na starej maszynie jeszcze po ojcu Jerzy wystukiwał kolejne rozdziały, fragmenty tekstu zawoził do Warszawy. - Na rogu spotykałem się z facetem z fińskiej ambasady, przekazywałem mu materiał. Wtedy w Polsce taka książka przez władze byłaby raczej niemile widziana.

„Minun Puolani” („Moja Polska”) została opublikowana w Helsinkach, w 1981 r. Po fińsku oczywiście. – Nigdy nie została przetłumaczona ani na angielski, ani na polski. To niezły paradoks, że nie mogę przeczytać własnego dzieła – śmieje się Jerzy.

 

Limuzyna i fotografia

 

Za pieniądze z książki po raz drugi pojechał do Stanów. Trafił do San Francisco, gdzie postanowił studiować fotografię na Academy of Art University. Nauka porywająca, ale czasami lekko nie było. Żeby opłacić studia woził klientów zakontraktowaną limuzyną. A że nie otwierał drzwi zbyt szeroko, czasowo stracił kontrakt i poznał smak bezdomności – spał w samochodzie  nie rezygnując z nauki. Akademię ukończył w 1989 r. i dziś z dumą sięga po dyplom wiszący na ścianie Sopockiej Szkoły Fotografii WFH.

Z dyplomem i pomysłem na przyszłość wrócił do Polski.

- Jeszcze w trakcie studiów poszedłem na drinka z jednym z wykładowców, Michaelem. Pytam go co powinienem zrobić po studiach. A on odpowiada, że mam trzy możliwości: pójść na staż do któregoś ze znanych fotografów w San Francisco, a po ok. dwóch latach zacząć działać samodzielnie, zainwestować potężne pieniądze we własną wielką kampanię reklamową i tak pozyskać klientów, albo znaleźć sobie jakąś niszę, działalność, w której będę pierwszy. Na staż

z moimi 36 latami czułem się za stary, wielkich pieniędzy na promocję nie miałem, pozostawała nisza.

I tak powstał pomysł na szkołę fotografii w rodzinnym mieście Jerzego. Wcześniej jeszcze prowadził zajęcia w gdańskim studiu fotografii artystycznej Stefana Figlarowicza, jako „fotograf z Ameryki” udzielał wywiadów świeżo powstałym niezależnym radiom i telewizji, oswajał się z polskim raczkującym kapitalizmem. W 1991 r. zarejestrował firmę pod nazwą Warsztaty Fotograficzne Hejber, zimą 1992 r. ruszyły pierwsze zajęcia. Program był rozpisany na trzy miesiące, ale działalność szybko nabierała wiatru w żagle. Wtedy taka prywatna szkoła fotografii była nowością.

- Później razem z Tomaszem Maryksem przekształciliśmy Warsztaty Fotograficzne Hejber w 2-letnią Niepubliczną Policealną Sopocką Szkołę Fotografii WFH. Do dziś, w ciągu 30 lat działalności przewinęło się przez WFH kilka tysięcy ludzi. Jedni robią większą karierę, inni mniejszą. Ale mam tę satysfakcję, że dzięki nam inaczej patrzą na świat.

 

Szpulowce

 

A świat wciąż ciekawi Jerzego. Wciąż podróżuje, wprawdzie już nie stopem, a własnym samochodem. Mówi, że miesięcznie robi 4-6 tys. km – jeździ po Europie w poszukiwaniu magnetofonów szpulowych z lat 70., 80. Kursuje między Niemcami, Danią, Holandią, Francją. W Polsce amatorów stylowej techniki i audiofili nie brakuje. – Winyle to już banał, teraz liczą się szpulowce. Są ludzie, którzy zawsze chcieli mieć taki sprzęt, ale w PRL był dla nich nie osiągalny. Teraz już ich stać, więc spełniam marzenia ich młodości. I to jest fajne, prawda ?

 

 

 

 

 

Zawód: fotograf

 

Rodzinna legenda mówi, że my, Hejberowie pochodzimy z Inflantów, czyli dzisiejszej Estonii. Zabawne, że gdy będąc w Stanach siedziałem w jakimś barze i gadałem z dziewczyną, ona w pewnym momencie spytała skąd mam taki akcent. A ja: „Zgadnij”. Spojrzała na mnie uważnie i mówi: „Jesteś z Estonii. Byłam tam, Estończycy wyglądają jak ty”. A tymczasem ja czuję się sopocianinem.

 

Tekst: Aleksandra Kozłowska

 

Przeglądamy albumy z fotografiami Jerzego: „Life4sale” i „Keep of the Grass”. Większość zdjęć jest czarno-biała, zrobiona na ulicy, w przestrzeni publicznej. Pozornie zwyczajne sceny nabierają uniwersalnego wydźwięku, gdy przeczytamy tytuły. Taki choćby kawiarniany ogródek w Monte Carlo, rok 1986. Na pierwszym planie dwie blondynki-bliźniaczki, w głębi przy stoliku para w średnim wieku. Ona zwrócona bokiem do widza, on - w dużych ciemnych okularach patrzy wprost na blondynki. Podpis: „Pokusa”.

- Tak naprawdę nie wiemy czy ten gość jest z tamtą kobietą, czy w ogóle ją zna. Może po prostu usiedli przy jednym stoliku. Ale ja to odczytuję jako obraz starego, znudzonego sobą małżeństwa. I widzę  głodne spojrzenie mężczyzny omiatające bliźniaczki. Dwie blondynki na raz to przecież marzenie każdego faceta – śmieje się Jerzy Hejber, fotograf, założyciel Sopockiej Szkoły Fotografii WFH. – Dla mnie takie jest właśnie znaczenie tej sceny.

Z kolei „Egzystencja” to sfotografowane z góry ruchome schody. Jedni jadą w górę, inni w dół – jak to w życiu.

„Zioło” to natomiast publiczność zebrana na koncercie Rolling Stonesów w 1978 r. Samego zespołu nie widać, tylko bawiących się ludzi. I to nieźle się bawiących - na pierwszym planie jedna z par przypala właśnie jointa.

Sporo zdjęć pokazuje San Francisco, gdzie Jerzy studiował fotografię: dzielnice latynoskie, barwne typy, fryzury i ciuchy z przełomu lat 70. i 80. Jest też Europa. Uliczny koncert w Lizbonie (znów ujęcie z góry) - saksofonista otoczony mamami z maluchami w wózkach, zupełnie jakby grał specjalnie dla nich.

- Oczywiście słuchaczy było znacznie więcej - mówi Hejber. - Ale ja chciałem złapać coś niebanalnego. Trochę poczekałem i… nagle jest: muzyk i dzieciaki, nic więcej. O to właśnie chodziło. Albo to zdjęcie zrobione w Colosseum: z prawej fragment samochodu z reklamą Coca-Coli, z lewej dwóch Japończyków z komórkami w dłoniach, w tle słynna budowla. Tytuł: „Podbój”. Gdyby nie ci Japończycy, którzy w pewnym momencie weszli w kadr, fotografia nie miałaby żadnego wyrazu.

 

Saga rodu Hejberów

 

Jerzy mieszka w Sopocie (z przerwą na Stany) od urodzenia. Urodził się co prawda w Gdyni (rocznik 1953), ale zaraz po opuszczeniu porodówki, znalazł się w Sopocie, w rodzinnym domu przy ul. Haffnera. - Moi rodzice: Waldemar vel Jan i Irena oraz dziadkowie ze strony mamy: Olga i Aleksander Oleszkiewiczowie przyjechali tu w 1945 r. Przed wojną dziadek był komendantem straży pożarnej w Baranowiczach, na dzisiejszej Białorusi. Z kolei Hejberowie: babcia Jadwiga i dziadek Józef mieli w centrum Wilna dom i duży zakład mleczarski z siecią punktów sprzedaży, gdzie chodziło się na śmietankę z ciasteczkiem. Dziadek dostarczał nabiał specjalnie chłodzonymi wagonami aż do Odessy. Gdy w 1931 r. zmarł, firmę przejęła babcia. Jakiś czas temu odwiedziłem cmentarz na Rossie - na grobie dziadka Hejbera stoi wielki, granitowy krzyż. Rodzinna legenda mówi, że my, Hejberowie pochodzimy z Inflantów, czyli dzisiejszej Estonii. Zabawne, że gdy będąc w Stanach siedziałem w jakimś barze i gadałem z dziewczyną obok, ona w pewnym momencie spytała skąd mam taki akcent. A ja: „Zgadnij”. Spojrzała na mnie uważnie i mówi: „Jesteś z Estonii. Byłam tam, Estończycy wyglądają jak ty”. A tymczasem ja czuję się sopocianinem. Dziesięć lat mieszkałem w San Francisco, uważam je za drugie najlepsze miejsce do mieszkania na świecie. Bo pierwszy jest Sopot.

 

Waldemar staje się Janem

 

Gdy Jerzemu udało się uzyskać rekompensatę za utracone zabużańskie mienie, przeznaczył je na renowację rodzinnego sopockiego domu. Jego atrakcją jest oryginalna, tak typowa dla kurortu weranda.

- Kiedy byłem dzieckiem, o sprawach przedwojennych w domu się za wiele nie mówiło. Może żebyśmy nie mieli kłopotów w szkole? Ojciec działał przecież w AK, w Brygadzie Wileńskiej. Był specjalistą od podrabiania dokumentów. Zacierając ślady mamę odmłodził, siebie postarzył. Zmienił też imię - urodził się jako Waldemar, zmarł jako Jan. Po przyjeździe do Sopotu ukrywał się, był aresztowany – babcia Jadzia interweniowała u Bieruta. Wyszedł.

Jan (Waldemar) Hejber skończył Wyższą Szkołę Ekonomiczną w Sopocie, był jednym z założycieli Pol Service – firma zajmowała się czyszczeniem tankowców. Potem przedsiębiorstwo upaństwowiono. Jan mimo „kuszących” propozycji nie zapisał się do partii i któregoś lata - żeby mieć dach nad głową - pracował jako kierownik ośrodka wypoczynkowego na Kaszubach.

- Rodzice rozwiedli się, gdy miałem 7 lat - wspomina Jerzy. - Nigdy jednak od żadnego z nich nie usłyszałem złego słowa na siebie. Mama - też po WSE - pracowała w biurze projektowym budownictwa morskiego. Brała prace zlecone - ojciec potrafił zalegać alimentami. Nie miała lekko. 

 

Autostop

 

Jako szesnastolatek ruszył w Polskę z książeczką autostopu. Latem przez dwa miesiące nie było go w domu. - To była wolność – uśmiecha się.

Gdy skończył 18 lat, spędził pierwsze wakacje w „demoludach”, oczywiście stopem. Przejechał Bułgarię, Rumunię, Węgry. Z namiotem, a raczej namiocikiem, tak był malutki. Na kempingu w Budapeszcie pod jego nieobecność wichura zwaliła olbrzymią topole na ten jego płócienny domek. Wszyscy wokół myśleli, że już po „tym sympatycznym chłopaku”. Zaopiekowali się nim turyści z Włoch. Zakumplowali się, na drugi rok zaprosili Jerzego do siebie. W czasie studiów (historia na Uniwersytecie Gdańskim, na jednym roku z m.in. Aleksandrem Hallem) dalej poznawał Europę, żył podróżami.

Ale największa podróż była dopiero przed nim.

- Jakoś w 1975 czy 76 roku poznałem w Żaku Amerykanina, Davida Shinera. Przyjechał do Gdańska z teatrem studenckim. Siedzimy, gadamy, w pewnej chwili zadaję mu najbanalniejsze pytanie świata: „Jak mu się podoba w Polsce?” Odpowiedział, że nie wie, bo niewiele poza hotelem poznał. Zaproponowałem mu więc gościnę.

David mieszkał u Jerzego z miesiąc. Po tym miesiącu miał już dużo więcej do powiedzenia o Polsce i Polakach. Był nawet na pogotowiu, po tym jak mu po konsumpcji alpagi bąbel na szyi wyskoczył. Gdy David wrócił do Stanów, do Denver, przysłał Jerzemu zaproszenie.

- Popłynąłem więc „Batorym” do Montrealu, stamtąd autobusem ruszyłem do Denver. Dwa dni spędziłem u Davida, potem już sam sobie radziłem. Mój gospodarz pracował jako pomocnik kucharza w Josephina’s Restaurant w Denver (lokal działa zresztą do dziś), wynajmował jakieś skromne lokum. W wolnym czasie stał na głównej ulicy jako mim. Zacząłem pracować w tej samej knajpie - najpierw na zmywaku, po paru tygodniach jako pomocnik kucharza, po paru miesiącach jako „head pizza cook” w nowej filii Josephina’s w Palm Springs w Kalifornii. Nawet udawało mi się coś odłożyć.

 

Fińska książka o Wałęsie

 

- Któregoś dnia David wyznał, że marzy o koledżu dla mimów. A że nie miał pieniędzy na opłacenie nauki, spytał czy bym mu nie pożyczył - opowiada dalej Jerzy - No to mu pożyczyłem. Skończył tę wymarzoną szkołę, a dziś jest jednym z czołowych postaci w Cirque de Soleil. Zawsze podaję jego przykład moim studentom - że jak się chce, to można.

Po powrocie do Polski w 1978 r. Jerzy dostał „propozycję współpracy”. Odmówił, więc mimo oficjalnego braku bezrobocia w PRL nie mógł dostać zatrudnienia zgodnego z wykształceniem. Zatrudnił się zatem w legendarnej sopockiej Teatralnej na Monciaku, na intratnym stanowisku barmana. Znowu jednak pojawili się smutni panowie z „propozycją współpracy”, a on znów jej nie przyjął. Za pieniądze zarobione w Teatralnej opłacił studia podyplomowe z zakresu organizacji turystyki i rekreacji na WSWF (dzisiejsza AWF). Z podyplomowymi papierami krótko współpracował z Orbisem. Bo oto przyszedł rok 1980, zaczęły się strajki, turystów coraz mniej. Za to rozpoczął się najazd korespondentów zagranicznych z całego świata.

- Na zasadzie „wolnego strzelca” zostałem tłumaczem w agencji Interpress. Dziennikarze pisali o Stoczni, Solidarności, robili wywiady ze strajkującymi, z przedstawicielami władzy. Poznałem fińskiego dziennikarza Matti`ego Saari – rozmawiał m.in. z Lechem Wałęsą, ja tłumaczyłem. Przy drinku w winiarni Winifera zaproponowałem Matti`emu  napisanie książki o Lechu Wałęsie.

I napisali. Na starej maszynie jeszcze po ojcu Jerzy wystukiwał kolejne rozdziały, fragmenty tekstu zawoził do Warszawy. - Na rogu spotykałem się z facetem z fińskiej ambasady, przekazywałem mu materiał. Wtedy w Polsce taka książka przez władze byłaby raczej niemile widziana.

„Minun Puolani” („Moja Polska”) została opublikowana w Helsinkach, w 1981 r. Po fińsku oczywiście. – Nigdy nie została przetłumaczona ani na angielski, ani na polski. To niezły paradoks, że nie mogę przeczytać własnego dzieła – śmieje się Jerzy.

 

Limuzyna i fotografia

 

Za pieniądze z książki po raz drugi pojechał do Stanów. Trafił do San Francisco, gdzie postanowił studiować fotografię na Academy of Art University. Nauka porywająca, ale czasami lekko nie było. Żeby opłacić studia woził klientów zakontraktowaną limuzyną. A że nie otwierał drzwi zbyt szeroko, czasowo stracił kontrakt i poznał smak bezdomności – spał w samochodzie  nie rezygnując z nauki. Akademię ukończył w 1989 r. i dziś z dumą sięga po dyplom wiszący na ścianie Sopockiej Szkoły Fotografii WFH.

Z dyplomem i pomysłem na przyszłość wrócił do Polski.

- Jeszcze w trakcie studiów poszedłem na drinka z jednym z wykładowców, Michaelem. Pytam go co powinienem zrobić po studiach. A on odpowiada, że mam trzy możliwości: pójść na staż do któregoś ze znanych fotografów w San Francisco, a po ok. dwóch latach zacząć działać samodzielnie, zainwestować potężne pieniądze we własną wielką kampanię reklamową i tak pozyskać klientów, albo znaleźć sobie jakąś niszę, działalność, w której będę pierwszy. Na staż

z moimi 36 latami czułem się za stary, wielkich pieniędzy na promocję nie miałem, pozostawała nisza.

I tak powstał pomysł na szkołę fotografii w rodzinnym mieście Jerzego. Wcześniej jeszcze prowadził zajęcia w gdańskim studiu fotografii artystycznej Stefana Figlarowicza, jako „fotograf z Ameryki” udzielał wywiadów świeżo powstałym niezależnym radiom i telewizji, oswajał się z polskim raczkującym kapitalizmem. W 1991 r. zarejestrował firmę pod nazwą Warsztaty Fotograficzne Hejber, zimą 1992 r. ruszyły pierwsze zajęcia. Program był rozpisany na trzy miesiące, ale działalność szybko nabierała wiatru w żagle. Wtedy taka prywatna szkoła fotografii była nowością.

- Później razem z Tomaszem Maryksem przekształciliśmy Warsztaty Fotograficzne Hejber w 2-letnią Niepubliczną Policealną Sopocką Szkołę Fotografii WFH. Do dziś, w ciągu 30 lat działalności przewinęło się przez WFH kilka tysięcy ludzi. Jedni robią większą karierę, inni mniejszą. Ale mam tę satysfakcję, że dzięki nam inaczej patrzą na świat.

 

Szpulowce

 

A świat wciąż ciekawi Jerzego. Wciąż podróżuje, wprawdzie już nie stopem, a własnym samochodem. Mówi, że miesięcznie robi 4-6 tys. km – jeździ po Europie w poszukiwaniu magnetofonów szpulowych z lat 70., 80. Kursuje między Niemcami, Danią, Holandią, Francją. W Polsce amatorów stylowej techniki i audiofili nie brakuje. – Winyle to już banał, teraz liczą się szpulowce. Są ludzie, którzy zawsze chcieli mieć taki sprzęt, ale w PRL był dla nich nie osiągalny. Teraz już ich stać, więc spełniam marzenia ich młodości. I to jest fajne, prawda ?

 

 

 

 

 

Zawód: fotograf

 

Rodzinna legenda mówi, że my, Hejberowie pochodzimy z Inflantów, czyli dzisiejszej Estonii. Zabawne, że gdy będąc w Stanach siedziałem w jakimś barze i gadałem z dziewczyną, ona w pewnym momencie spytała skąd mam taki akcent. A ja: „Zgadnij”. Spojrzała na mnie uważnie i mówi: „Jesteś z Estonii. Byłam tam, Estończycy wyglądają jak ty”. A tymczasem ja czuję się sopocianinem.

 

Tekst: Aleksandra Kozłowska

 

Przeglądamy albumy z fotografiami Jerzego: „Life4sale” i „Keep of the Grass”. Większość zdjęć jest czarno-biała, zrobiona na ulicy, w przestrzeni publicznej. Pozornie zwyczajne sceny nabierają uniwersalnego wydźwięku, gdy przeczytamy tytuły. Taki choćby kawiarniany ogródek w Monte Carlo, rok 1986. Na pierwszym planie dwie blondynki-bliźniaczki, w głębi przy stoliku para w średnim wieku. Ona zwrócona bokiem do widza, on - w dużych ciemnych okularach patrzy wprost na blondynki. Podpis: „Pokusa”.

- Tak naprawdę nie wiemy czy ten gość jest z tamtą kobietą, czy w ogóle ją zna. Może po prostu usiedli przy jednym stoliku. Ale ja to odczytuję jako obraz starego, znudzonego sobą małżeństwa. I widzę  głodne spojrzenie mężczyzny omiatające bliźniaczki. Dwie blondynki na raz to przecież marzenie każdego faceta – śmieje się Jerzy Hejber, fotograf, założyciel Sopockiej Szkoły Fotografii WFH. – Dla mnie takie jest właśnie znaczenie tej sceny.

Z kolei „Egzystencja” to sfotografowane z góry ruchome schody. Jedni jadą w górę, inni w dół – jak to w życiu.

„Zioło” to natomiast publiczność zebrana na koncercie Rolling Stonesów w 1978 r. Samego zespołu nie widać, tylko bawiących się ludzi. I to nieźle się bawiących - na pierwszym planie jedna z par przypala właśnie jointa.

Sporo zdjęć pokazuje San Francisco, gdzie Jerzy studiował fotografię: dzielnice latynoskie, barwne typy, fryzury i ciuchy z przełomu lat 70. i 80. Jest też Europa. Uliczny koncert w Lizbonie (znów ujęcie z góry) - saksofonista otoczony mamami z maluchami w wózkach, zupełnie jakby grał specjalnie dla nich.

- Oczywiście słuchaczy było znacznie więcej - mówi Hejber. - Ale ja chciałem złapać coś niebanalnego. Trochę poczekałem i… nagle jest: muzyk i dzieciaki, nic więcej. O to właśnie chodziło. Albo to zdjęcie zrobione w Colosseum: z prawej fragment samochodu z reklamą Coca-Coli, z lewej dwóch Japończyków z komórkami w dłoniach, w tle słynna budowla. Tytuł: „Podbój”. Gdyby nie ci Japończycy, którzy w pewnym momencie weszli w kadr, fotografia nie miałaby żadnego wyrazu.

 

Saga rodu Hejberów

 

Jerzy mieszka w Sopocie (z przerwą na Stany) od urodzenia. Urodził się co prawda w Gdyni (rocznik 1953), ale zaraz po opuszczeniu porodówki, znalazł się w Sopocie, w rodzinnym domu przy ul. Haffnera. - Moi rodzice: Waldemar vel Jan i Irena oraz dziadkowie ze strony mamy: Olga i Aleksander Oleszkiewiczowie przyjechali tu w 1945 r. Przed wojną dziadek był komendantem straży pożarnej w Baranowiczach, na dzisiejszej Białorusi. Z kolei Hejberowie: babcia Jadwiga i dziadek Józef mieli w centrum Wilna dom i duży zakład mleczarski z siecią punktów sprzedaży, gdzie chodziło się na śmietankę z ciasteczkiem. Dziadek dostarczał nabiał specjalnie chłodzonymi wagonami aż do Odessy. Gdy w 1931 r. zmarł, firmę przejęła babcia. Jakiś czas temu odwiedziłem cmentarz na Rossie - na grobie dziadka Hejbera stoi wielki, granitowy krzyż. Rodzinna legenda mówi, że my, Hejberowie pochodzimy z Inflantów, czyli dzisiejszej Estonii. Zabawne, że gdy będąc w Stanach siedziałem w jakimś barze i gadałem z dziewczyną obok, ona w pewnym momencie spytała skąd mam taki akcent. A ja: „Zgadnij”. Spojrzała na mnie uważnie i mówi: „Jesteś z Estonii. Byłam tam, Estończycy wyglądają jak ty”. A tymczasem ja czuję się sopocianinem. Dziesięć lat mieszkałem w San Francisco, uważam je za drugie najlepsze miejsce do mieszkania na świecie. Bo pierwszy jest Sopot.

 

Waldemar staje się Janem

 

Gdy Jerzemu udało się uzyskać rekompensatę za utracone zabużańskie mienie, przeznaczył je na renowację rodzinnego sopockiego domu. Jego atrakcją jest oryginalna, tak typowa dla kurortu weranda.

- Kiedy byłem dzieckiem, o sprawach przedwojennych w domu się za wiele nie mówiło. Może żebyśmy nie mieli kłopotów w szkole? Ojciec działał przecież w AK, w Brygadzie Wileńskiej. Był specjalistą od podrabiania dokumentów. Zacierając ślady mamę odmłodził, siebie postarzył. Zmienił też imię - urodził się jako Waldemar, zmarł jako Jan. Po przyjeździe do Sopotu ukrywał się, był aresztowany – babcia Jadzia interweniowała u Bieruta. Wyszedł.

Jan (Waldemar) Hejber skończył Wyższą Szkołę Ekonomiczną w Sopocie, był jednym z założycieli Pol Service – firma zajmowała się czyszczeniem tankowców. Potem przedsiębiorstwo upaństwowiono. Jan mimo „kuszących” propozycji nie zapisał się do partii i któregoś lata - żeby mieć dach nad głową - pracował jako kierownik ośrodka wypoczynkowego na Kaszubach.

- Rodzice rozwiedli się, gdy miałem 7 lat - wspomina Jerzy. - Nigdy jednak od żadnego z nich nie usłyszałem złego słowa na siebie. Mama - też po WSE - pracowała w biurze projektowym budownictwa morskiego. Brała prace zlecone - ojciec potrafił zalegać alimentami. Nie miała lekko. 

 

Autostop

 

Jako szesnastolatek ruszył w Polskę z książeczką autostopu. Latem przez dwa miesiące nie było go w domu. - To była wolność – uśmiecha się.

Gdy skończył 18 lat, spędził pierwsze wakacje w „demoludach”, oczywiście stopem. Przejechał Bułgarię, Rumunię, Węgry. Z namiotem, a raczej namiocikiem, tak był malutki. Na kempingu w Budapeszcie pod jego nieobecność wichura zwaliła olbrzymią topole na ten jego płócienny domek. Wszyscy wokół myśleli, że już po „tym sympatycznym chłopaku”. Zaopiekowali się nim turyści z Włoch. Zakumplowali się, na drugi rok zaprosili Jerzego do siebie. W czasie studiów (historia na Uniwersytecie Gdańskim, na jednym roku z m.in. Aleksandrem Hallem) dalej poznawał Europę, żył podróżami.

Ale największa podróż była dopiero przed nim.

- Jakoś w 1975 czy 76 roku poznałem w Żaku Amerykanina, Davida Shinera. Przyjechał do Gdańska z teatrem studenckim. Siedzimy, gadamy, w pewnej chwili zadaję mu najbanalniejsze pytanie świata: „Jak mu się podoba w Polsce?” Odpowiedział, że nie wie, bo niewiele poza hotelem poznał. Zaproponowałem mu więc gościnę.

David mieszkał u Jerzego z miesiąc. Po tym miesiącu miał już dużo więcej do powiedzenia o Polsce i Polakach. Był nawet na pogotowiu, po tym jak mu po konsumpcji alpagi bąbel na szyi wyskoczył. Gdy David wrócił do Stanów, do Denver, przysłał Jerzemu zaproszenie.

- Popłynąłem więc „Batorym” do Montrealu, stamtąd autobusem ruszyłem do Denver. Dwa dni spędziłem u Davida, potem już sam sobie radziłem. Mój gospodarz pracował jako pomocnik kucharza w Josephina’s Restaurant w Denver (lokal działa zresztą do dziś), wynajmował jakieś skromne lokum. W wolnym czasie stał na głównej ulicy jako mim. Zacząłem pracować w tej samej knajpie - najpierw na zmywaku, po paru tygodniach jako pomocnik kucharza, po paru miesiącach jako „head pizza cook” w nowej filii Josephina’s w Palm Springs w Kalifornii. Nawet udawało mi się coś odłożyć.

 

Fińska książka o Wałęsie

 

- Któregoś dnia David wyznał, że marzy o koledżu dla mimów. A że nie miał pieniędzy na opłacenie nauki, spytał czy bym mu nie pożyczył - opowiada dalej Jerzy - No to mu pożyczyłem. Skończył tę wymarzoną szkołę, a dziś jest jednym z czołowych postaci w Cirque de Soleil. Zawsze podaję jego przykład moim studentom - że jak się chce, to można.

Po powrocie do Polski w 1978 r. Jerzy dostał „propozycję współpracy”. Odmówił, więc mimo oficjalnego braku bezrobocia w PRL nie mógł dostać zatrudnienia zgodnego z wykształceniem. Zatrudnił się zatem w legendarnej sopockiej Teatralnej na Monciaku, na intratnym stanowisku barmana. Znowu jednak pojawili się smutni panowie z „propozycją współpracy”, a on znów jej nie przyjął. Za pieniądze zarobione w Teatralnej opłacił studia podyplomowe z zakresu organizacji turystyki i rekreacji na WSWF (dzisiejsza AWF). Z podyplomowymi papierami krótko współpracował z Orbisem. Bo oto przyszedł rok 1980, zaczęły się strajki, turystów coraz mniej. Za to rozpoczął się najazd korespondentów zagranicznych z całego świata.

- Na zasadzie „wolnego strzelca” zostałem tłumaczem w agencji Interpress. Dziennikarze pisali o Stoczni, Solidarności, robili wywiady ze strajkującymi, z przedstawicielami władzy. Poznałem fińskiego dziennikarza Matti`ego Saari – rozmawiał m.in. z Lechem Wałęsą, ja tłumaczyłem. Przy drinku w winiarni Winifera zaproponowałem Matti`emu  napisanie książki o Lechu Wałęsie.

I napisali. Na starej maszynie jeszcze po ojcu Jerzy wystukiwał kolejne rozdziały, fragmenty tekstu zawoził do Warszawy. - Na rogu spotykałem się z facetem z fińskiej ambasady, przekazywałem mu materiał. Wtedy w Polsce taka książka przez władze byłaby raczej niemile widziana.

„Minun Puolani” („Moja Polska”) została opublikowana w Helsinkach, w 1981 r. Po fińsku oczywiście. – Nigdy nie została przetłumaczona ani na angielski, ani na polski. To niezły paradoks, że nie mogę przeczytać własnego dzieła – śmieje się Jerzy.

 

Limuzyna i fotografia

 

Za pieniądze z książki po raz drugi pojechał do Stanów. Trafił do San Francisco, gdzie postanowił studiować fotografię na Academy of Art University. Nauka porywająca, ale czasami lekko nie było. Żeby opłacić studia woził klientów zakontraktowaną limuzyną. A że nie otwierał drzwi zbyt szeroko, czasowo stracił kontrakt i poznał smak bezdomności – spał w samochodzie  nie rezygnując z nauki. Akademię ukończył w 1989 r. i dziś z dumą sięga po dyplom wiszący na ścianie Sopockiej Szkoły Fotografii WFH.

Z dyplomem i pomysłem na przyszłość wrócił do Polski.

- Jeszcze w trakcie studiów poszedłem na drinka z jednym z wykładowców, Michaelem. Pytam go co powinienem zrobić po studiach. A on odpowiada, że mam trzy możliwości: pójść na staż do któregoś ze znanych fotografów w San Francisco, a po ok. dwóch latach zacząć działać samodzielnie, zainwestować potężne pieniądze we własną wielką kampanię reklamową i tak pozyskać klientów, albo znaleźć sobie jakąś niszę, działalność, w której będę pierwszy. Na staż

z moimi 36 latami czułem się za stary, wielkich pieniędzy na promocję nie miałem, pozostawała nisza.

I tak powstał pomysł na szkołę fotografii w rodzinnym mieście Jerzego. Wcześniej jeszcze prowadził zajęcia w gdańskim studiu fotografii artystycznej Stefana Figlarowicza, jako „fotograf z Ameryki” udzielał wywiadów świeżo powstałym niezależnym radiom i telewizji, oswajał się z polskim raczkującym kapitalizmem. W 1991 r. zarejestrował firmę pod nazwą Warsztaty Fotograficzne Hejber, zimą 1992 r. ruszyły pierwsze zajęcia. Program był rozpisany na trzy miesiące, ale działalność szybko nabierała wiatru w żagle. Wtedy taka prywatna szkoła fotografii była nowością.

- Później razem z Tomaszem Maryksem przekształciliśmy Warsztaty Fotograficzne Hejber w 2-letnią Niepubliczną Policealną Sopocką Szkołę Fotografii WFH. Do dziś, w ciągu 30 lat działalności przewinęło się przez WFH kilka tysięcy ludzi. Jedni robią większą karierę, inni mniejszą. Ale mam tę satysfakcję, że dzięki nam inaczej patrzą na świat.

 

Szpulowce

 

A świat wciąż ciekawi Jerzego. Wciąż podróżuje, wprawdzie już nie stopem, a własnym samochodem. Mówi, że miesięcznie robi 4-6 tys. km – jeździ po Europie w poszukiwaniu magnetofonów szpulowych z lat 70., 80. Kursuje między Niemcami, Danią, Holandią, Francją. W Polsce amatorów stylowej techniki i audiofili nie brakuje. – Winyle to już banał, teraz liczą się szpulowce. Są ludzie, którzy zawsze chcieli mieć taki sprzęt, ale w PRL był dla nich nie osiągalny. Teraz już ich stać, więc spełniam marzenia ich młodości. I to jest fajne, prawda ?

 

 

 

 

 

Zawód: fotograf

 

Rodzinna legenda mówi, że my, Hejberowie pochodzimy z Inflantów, czyli dzisiejszej Estonii. Zabawne, że gdy będąc w Stanach siedziałem w jakimś barze i gadałem z dziewczyną, ona w pewnym momencie spytała skąd mam taki akcent. A ja: „Zgadnij”. Spojrzała na mnie uważnie i mówi: „Jesteś z Estonii. Byłam tam, Estończycy wyglądają jak ty”. A tymczasem ja czuję się sopocianinem.

 

Tekst: Aleksandra Kozłowska

 

Przeglądamy albumy z fotografiami Jerzego: „Life4sale” i „Keep of the Grass”. Większość zdjęć jest czarno-biała, zrobiona na ulicy, w przestrzeni publicznej. Pozornie zwyczajne sceny nabierają uniwersalnego wydźwięku, gdy przeczytamy tytuły. Taki choćby kawiarniany ogródek w Monte Carlo, rok 1986. Na pierwszym planie dwie blondynki-bliźniaczki, w głębi przy stoliku para w średnim wieku. Ona zwrócona bokiem do widza, on - w dużych ciemnych okularach patrzy wprost na blondynki. Podpis: „Pokusa”.

- Tak naprawdę nie wiemy czy ten gość jest z tamtą kobietą, czy w ogóle ją zna. Może po prostu usiedli przy jednym stoliku. Ale ja to odczytuję jako obraz starego, znudzonego sobą małżeństwa. I widzę  głodne spojrzenie mężczyzny omiatające bliźniaczki. Dwie blondynki na raz to przecież marzenie każdego faceta – śmieje się Jerzy Hejber, fotograf, założyciel Sopockiej Szkoły Fotografii WFH. – Dla mnie takie jest właśnie znaczenie tej sceny.

Z kolei „Egzystencja” to sfotografowane z góry ruchome schody. Jedni jadą w górę, inni w dół – jak to w życiu.

„Zioło” to natomiast publiczność zebrana na koncercie Rolling Stonesów w 1978 r. Samego zespołu nie widać, tylko bawiących się ludzi. I to nieźle się bawiących - na pierwszym planie jedna z par przypala właśnie jointa.

Sporo zdjęć pokazuje San Francisco, gdzie Jerzy studiował fotografię: dzielnice latynoskie, barwne typy, fryzury i ciuchy z przełomu lat 70. i 80. Jest też Europa. Uliczny koncert w Lizbonie (znów ujęcie z góry) - saksofonista otoczony mamami z maluchami w wózkach, zupełnie jakby grał specjalnie dla nich.

- Oczywiście słuchaczy było znacznie więcej - mówi Hejber. - Ale ja chciałem złapać coś niebanalnego. Trochę poczekałem i… nagle jest: muzyk i dzieciaki, nic więcej. O to właśnie chodziło. Albo to zdjęcie zrobione w Colosseum: z prawej fragment samochodu z reklamą Coca-Coli, z lewej dwóch Japończyków z komórkami w dłoniach, w tle słynna budowla. Tytuł: „Podbój”. Gdyby nie ci Japończycy, którzy w pewnym momencie weszli w kadr, fotografia nie miałaby żadnego wyrazu.

 

Saga rodu Hejberów

 

Jerzy mieszka w Sopocie (z przerwą na Stany) od urodzenia. Urodził się co prawda w Gdyni (rocznik 1953), ale zaraz po opuszczeniu porodówki, znalazł się w Sopocie, w rodzinnym domu przy ul. Haffnera. - Moi rodzice: Waldemar vel Jan i Irena oraz dziadkowie ze strony mamy: Olga i Aleksander Oleszkiewiczowie przyjechali tu w 1945 r. Przed wojną dziadek był komendantem straży pożarnej w Baranowiczach, na dzisiejszej Białorusi. Z kolei Hejberowie: babcia Jadwiga i dziadek Józef mieli w centrum Wilna dom i duży zakład mleczarski z siecią punktów sprzedaży, gdzie chodziło się na śmietankę z ciasteczkiem. Dziadek dostarczał nabiał specjalnie chłodzonymi wagonami aż do Odessy. Gdy w 1931 r. zmarł, firmę przejęła babcia. Jakiś czas temu odwiedziłem cmentarz na Rossie - na grobie dziadka Hejbera stoi wielki, granitowy krzyż. Rodzinna legenda mówi, że my, Hejberowie pochodzimy z Inflantów, czyli dzisiejszej Estonii. Zabawne, że gdy będąc w Stanach siedziałem w jakimś barze i gadałem z dziewczyną obok, ona w pewnym momencie spytała skąd mam taki akcent. A ja: „Zgadnij”. Spojrzała na mnie uważnie i mówi: „Jesteś z Estonii. Byłam tam, Estończycy wyglądają jak ty”. A tymczasem ja czuję się sopocianinem. Dziesięć lat mieszkałem w San Francisco, uważam je za drugie najlepsze miejsce do mieszkania na świecie. Bo pierwszy jest Sopot.

 

Waldemar staje się Janem

 

Gdy Jerzemu udało się uzyskać rekompensatę za utracone zabużańskie mienie, przeznaczył je na renowację rodzinnego sopockiego domu. Jego atrakcją jest oryginalna, tak typowa dla kurortu weranda.

- Kiedy byłem dzieckiem, o sprawach przedwojennych w domu się za wiele nie mówiło. Może żebyśmy nie mieli kłopotów w szkole? Ojciec działał przecież w AK, w Brygadzie Wileńskiej. Był specjalistą od podrabiania dokumentów. Zacierając ślady mamę odmłodził, siebie postarzył. Zmienił też imię - urodził się jako Waldemar, zmarł jako Jan. Po przyjeździe do Sopotu ukrywał się, był aresztowany – babcia Jadzia interweniowała u Bieruta. Wyszedł.

Jan (Waldemar) Hejber skończył Wyższą Szkołę Ekonomiczną w Sopocie, był jednym z założycieli Pol Service – firma zajmowała się czyszczeniem tankowców. Potem przedsiębiorstwo upaństwowiono. Jan mimo „kuszących” propozycji nie zapisał się do partii i któregoś lata - żeby mieć dach nad głową - pracował jako kierownik ośrodka wypoczynkowego na Kaszubach.

- Rodzice rozwiedli się, gdy miałem 7 lat - wspomina Jerzy. - Nigdy jednak od żadnego z nich nie usłyszałem złego słowa na siebie. Mama - też po WSE - pracowała w biurze projektowym budownictwa morskiego. Brała prace zlecone - ojciec potrafił zalegać alimentami. Nie miała lekko. 

 

Autostop

 

Jako szesnastolatek ruszył w Polskę z książeczką autostopu. Latem przez dwa miesiące nie było go w domu. - To była wolność – uśmiecha się.

Gdy skończył 18 lat, spędził pierwsze wakacje w „demoludach”, oczywiście stopem. Przejechał Bułgarię, Rumunię, Węgry. Z namiotem, a raczej namiocikiem, tak był malutki. Na kempingu w Budapeszcie pod jego nieobecność wichura zwaliła olbrzymią topole na ten jego płócienny domek. Wszyscy wokół myśleli, że już po „tym sympatycznym chłopaku”. Zaopiekowali się nim turyści z Włoch. Zakumplowali się, na drugi rok zaprosili Jerzego do siebie. W czasie studiów (historia na Uniwersytecie Gdańskim, na jednym roku z m.in. Aleksandrem Hallem) dalej poznawał Europę, żył podróżami.

Ale największa podróż była dopiero przed nim.

- Jakoś w 1975 czy 76 roku poznałem w Żaku Amerykanina, Davida Shinera. Przyjechał do Gdańska z teatrem studenckim. Siedzimy, gadamy, w pewnej chwili zadaję mu najbanalniejsze pytanie świata: „Jak mu się podoba w Polsce?” Odpowiedział, że nie wie, bo niewiele poza hotelem poznał. Zaproponowałem mu więc gościnę.

David mieszkał u Jerzego z miesiąc. Po tym miesiącu miał już dużo więcej do powiedzenia o Polsce i Polakach. Był nawet na pogotowiu, po tym jak mu po konsumpcji alpagi bąbel na szyi wyskoczył. Gdy David wrócił do Stanów, do Denver, przysłał Jerzemu zaproszenie.

- Popłynąłem więc „Batorym” do Montrealu, stamtąd autobusem ruszyłem do Denver. Dwa dni spędziłem u Davida, potem już sam sobie radziłem. Mój gospodarz pracował jako pomocnik kucharza w Josephina’s Restaurant w Denver (lokal działa zresztą do dziś), wynajmował jakieś skromne lokum. W wolnym czasie stał na głównej ulicy jako mim. Zacząłem pracować w tej samej knajpie - najpierw na zmywaku, po paru tygodniach jako pomocnik kucharza, po paru miesiącach jako „head pizza cook” w nowej filii Josephina’s w Palm Springs w Kalifornii. Nawet udawało mi się coś odłożyć.

 

Fińska książka o Wałęsie

 

- Któregoś dnia David wyznał, że marzy o koledżu dla mimów. A że nie miał pieniędzy na opłacenie nauki, spytał czy bym mu nie pożyczył - opowiada dalej Jerzy - No to mu pożyczyłem. Skończył tę wymarzoną szkołę, a dziś jest jednym z czołowych postaci w Cirque de Soleil. Zawsze podaję jego przykład moim studentom - że jak się chce, to można.

Po powrocie do Polski w 1978 r. Jerzy dostał „propozycję współpracy”. Odmówił, więc mimo oficjalnego braku bezrobocia w PRL nie mógł dostać zatrudnienia zgodnego z wykształceniem. Zatrudnił się zatem w legendarnej sopockiej Teatralnej na Monciaku, na intratnym stanowisku barmana. Znowu jednak pojawili się smutni panowie z „propozycją współpracy”, a on znów jej nie przyjął. Za pieniądze zarobione w Teatralnej opłacił studia podyplomowe z zakresu organizacji turystyki i rekreacji na WSWF (dzisiejsza AWF). Z podyplomowymi papierami krótko współpracował z Orbisem. Bo oto przyszedł rok 1980, zaczęły się strajki, turystów coraz mniej. Za to rozpoczął się najazd korespondentów zagranicznych z całego świata.

- Na zasadzie „wolnego strzelca” zostałem tłumaczem w agencji Interpress. Dziennikarze pisali o Stoczni, Solidarności, robili wywiady ze strajkującymi, z przedstawicielami władzy. Poznałem fińskiego dziennikarza Matti`ego Saari – rozmawiał m.in. z Lechem Wałęsą, ja tłumaczyłem. Przy drinku w winiarni Winifera zaproponowałem Matti`emu  napisanie książki o Lechu Wałęsie.

I napisali. Na starej maszynie jeszcze po ojcu Jerzy wystukiwał kolejne rozdziały, fragmenty tekstu zawoził do Warszawy. - Na rogu spotykałem się z facetem z fińskiej ambasady, przekazywałem mu materiał. Wtedy w Polsce taka książka przez władze byłaby raczej niemile widziana.

„Minun Puolani” („Moja Polska”) została opublikowana w Helsinkach, w 1981 r. Po fińsku oczywiście. – Nigdy nie została przetłumaczona ani na angielski, ani na polski. To niezły paradoks, że nie mogę przeczytać własnego dzieła – śmieje się Jerzy.

 

Limuzyna i fotografia

 

Za pieniądze z książki po raz drugi pojechał do Stanów. Trafił do San Francisco, gdzie postanowił studiować fotografię na Academy of Art University. Nauka porywająca, ale czasami lekko nie było. Żeby opłacić studia woził klientów zakontraktowaną limuzyną. A że nie otwierał drzwi zbyt szeroko, czasowo stracił kontrakt i poznał smak bezdomności – spał w samochodzie  nie rezygnując z nauki. Akademię ukończył w 1989 r. i dziś z dumą sięga po dyplom wiszący na ścianie Sopockiej Szkoły Fotografii WFH.

Z dyplomem i pomysłem na przyszłość wrócił do Polski.

- Jeszcze w trakcie studiów poszedłem na drinka z jednym z wykładowców, Michaelem. Pytam go co powinienem zrobić po studiach. A on odpowiada, że mam trzy możliwości: pójść na staż do któregoś ze znanych fotografów w San Francisco, a po ok. dwóch latach zacząć działać samodzielnie, zainwestować potężne pieniądze we własną wielką kampanię reklamową i tak pozyskać klientów, albo znaleźć sobie jakąś niszę, działalność, w której będę pierwszy. Na staż

z moimi 36 latami czułem się za stary, wielkich pieniędzy na promocję nie miałem, pozostawała nisza.

I tak powstał pomysł na szkołę fotografii w rodzinnym mieście Jerzego. Wcześniej jeszcze prowadził zajęcia w gdańskim studiu fotografii artystycznej Stefana Figlarowicza, jako „fotograf z Ameryki” udzielał wywiadów świeżo powstałym niezależnym radiom i telewizji, oswajał się z polskim raczkującym kapitalizmem. W 1991 r. zarejestrował firmę pod nazwą Warsztaty Fotograficzne Hejber, zimą 1992 r. ruszyły pierwsze zajęcia. Program był rozpisany na trzy miesiące, ale działalność szybko nabierała wiatru w żagle. Wtedy taka prywatna szkoła fotografii była nowością.

- Później razem z Tomaszem Maryksem przekształciliśmy Warsztaty Fotograficzne Hejber w 2-letnią Niepubliczną Policealną Sopocką Szkołę Fotografii WFH. Do dziś, w ciągu 30 lat działalności przewinęło się przez WFH kilka tysięcy ludzi. Jedni robią większą karierę, inni mniejszą. Ale mam tę satysfakcję, że dzięki nam inaczej patrzą na świat.

 

Szpulowce

 

A świat wciąż ciekawi Jerzego. Wciąż podróżuje, wprawdzie już nie stopem, a własnym samochodem. Mówi, że miesięcznie robi 4-6 tys. km – jeździ po Europie w poszukiwaniu magnetofonów szpulowych z lat 70., 80. Kursuje między Niemcami, Danią, Holandią, Francją. W Polsce amatorów stylowej techniki i audiofili nie brakuje. – Winyle to już banał, teraz liczą się szpulowce. Są ludzie, którzy zawsze chcieli mieć taki sprzęt, ale w PRL był dla nich nie osiągalny. Teraz już ich stać, więc spełniam marzenia ich młodości. I to jest fajne, prawda ?

 

 

 

 

 

Zawód: fotograf

 

Rodzinna legenda mówi, że my, Hejberowie pochodzimy z Inflantów, czyli dzisiejszej Estonii. Zabawne, że gdy będąc w Stanach siedziałem w jakimś barze i gadałem z dziewczyną, ona w pewnym momencie spytała skąd mam taki akcent. A ja: „Zgadnij”. Spojrzała na mnie uważnie i mówi: „Jesteś z Estonii. Byłam tam, Estończycy wyglądają jak ty”. A tymczasem ja czuję się sopocianinem.

 

Tekst: Aleksandra Kozłowska

 

Przeglądamy albumy z fotografiami Jerzego: „Life4sale” i „Keep of the Grass”. Większość zdjęć jest czarno-biała, zrobiona na ulicy, w przestrzeni publicznej. Pozornie zwyczajne sceny nabierają uniwersalnego wydźwięku, gdy przeczytamy tytuły. Taki choćby kawiarniany ogródek w Monte Carlo, rok 1986. Na pierwszym planie dwie blondynki-bliźniaczki, w głębi przy stoliku para w średnim wieku. Ona zwrócona bokiem do widza, on - w dużych ciemnych okularach patrzy wprost na blondynki. Podpis: „Pokusa”.

- Tak naprawdę nie wiemy czy ten gość jest z tamtą kobietą, czy w ogóle ją zna. Może po prostu usiedli przy jednym stoliku. Ale ja to odczytuję jako obraz starego, znudzonego sobą małżeństwa. I widzę  głodne spojrzenie mężczyzny omiatające bliźniaczki. Dwie blondynki na raz to przecież marzenie każdego faceta – śmieje się Jerzy Hejber, fotograf, założyciel Sopockiej Szkoły Fotografii WFH. – Dla mnie takie jest właśnie znaczenie tej sceny.

Z kolei „Egzystencja” to sfotografowane z góry ruchome schody. Jedni jadą w górę, inni w dół – jak to w życiu.

„Zioło” to natomiast publiczność zebrana na koncercie Rolling Stonesów w 1978 r. Samego zespołu nie widać, tylko bawiących się ludzi. I to nieźle się bawiących - na pierwszym planie jedna z par przypala właśnie jointa.

Sporo zdjęć pokazuje San Francisco, gdzie Jerzy studiował fotografię: dzielnice latynoskie, barwne typy, fryzury i ciuchy z przełomu lat 70. i 80. Jest też Europa. Uliczny koncert w Lizbonie (znów ujęcie z góry) - saksofonista otoczony mamami z maluchami w wózkach, zupełnie jakby grał specjalnie dla nich.

- Oczywiście słuchaczy było znacznie więcej - mówi Hejber. - Ale ja chciałem złapać coś niebanalnego. Trochę poczekałem i… nagle jest: muzyk i dzieciaki, nic więcej. O to właśnie chodziło. Albo to zdjęcie zrobione w Colosseum: z prawej fragment samochodu z reklamą Coca-Coli, z lewej dwóch Japończyków z komórkami w dłoniach, w tle słynna budowla. Tytuł: „Podbój”. Gdyby nie ci Japończycy, którzy w pewnym momencie weszli w kadr, fotografia nie miałaby żadnego wyrazu.

 

Saga rodu Hejberów

 

Jerzy mieszka w Sopocie (z przerwą na Stany) od urodzenia. Urodził się co prawda w Gdyni (rocznik 1953), ale zaraz po opuszczeniu porodówki, znalazł się w Sopocie, w rodzinnym domu przy ul. Haffnera. - Moi rodzice: Waldemar vel Jan i Irena oraz dziadkowie ze strony mamy: Olga i Aleksander Oleszkiewiczowie przyjechali tu w 1945 r. Przed wojną dziadek był komendantem straży pożarnej w Baranowiczach, na dzisiejszej Białorusi. Z kolei Hejberowie: babcia Jadwiga i dziadek Józef mieli w centrum Wilna dom i duży zakład mleczarski z siecią punktów sprzedaży, gdzie chodziło się na śmietankę z ciasteczkiem. Dziadek dostarczał nabiał specjalnie chłodzonymi wagonami aż do Odessy. Gdy w 1931 r. zmarł, firmę przejęła babcia. Jakiś czas temu odwiedziłem cmentarz na Rossie - na grobie dziadka Hejbera stoi wielki, granitowy krzyż. Rodzinna legenda mówi, że my, Hejberowie pochodzimy z Inflantów, czyli dzisiejszej Estonii. Zabawne, że gdy będąc w Stanach siedziałem w jakimś barze i gadałem z dziewczyną obok, ona w pewnym momencie spytała skąd mam taki akcent. A ja: „Zgadnij”. Spojrzała na mnie uważnie i mówi: „Jesteś z Estonii. Byłam tam, Estończycy wyglądają jak ty”. A tymczasem ja czuję się sopocianinem. Dziesięć lat mieszkałem w San Francisco, uważam je za drugie najlepsze miejsce do mieszkania na świecie. Bo pierwszy jest Sopot.

 

Waldemar staje się Janem

 

Gdy Jerzemu udało się uzyskać rekompensatę za utracone zabużańskie mienie, przeznaczył je na renowację rodzinnego sopockiego domu. Jego atrakcją jest oryginalna, tak typowa dla kurortu weranda.

- Kiedy byłem dzieckiem, o sprawach przedwojennych w domu się za wiele nie mówiło. Może żebyśmy nie mieli kłopotów w szkole? Ojciec działał przecież w AK, w Brygadzie Wileńskiej. Był specjalistą od podrabiania dokumentów. Zacierając ślady mamę odmłodził, siebie postarzył. Zmienił też imię - urodził się jako Waldemar, zmarł jako Jan. Po przyjeździe do Sopotu ukrywał się, był aresztowany – babcia Jadzia interweniowała u Bieruta. Wyszedł.

Jan (Waldemar) Hejber skończył Wyższą Szkołę Ekonomiczną w Sopocie, był jednym z założycieli Pol Service – firma zajmowała się czyszczeniem tankowców. Potem przedsiębiorstwo upaństwowiono. Jan mimo „kuszących” propozycji nie zapisał się do partii i któregoś lata - żeby mieć dach nad głową - pracował jako kierownik ośrodka wypoczynkowego na Kaszubach.

- Rodzice rozwiedli się, gdy miałem 7 lat - wspomina Jerzy. - Nigdy jednak od żadnego z nich nie usłyszałem złego słowa na siebie. Mama - też po WSE - pracowała w biurze projektowym budownictwa morskiego. Brała prace zlecone - ojciec potrafił zalegać alimentami. Nie miała lekko. 

 

Autostop

 

Jako szesnastolatek ruszył w Polskę z książeczką autostopu. Latem przez dwa miesiące nie było go w domu. - To była wolność – uśmiecha się.

Gdy skończył 18 lat, spędził pierwsze wakacje w „demoludach”, oczywiście stopem. Przejechał Bułgarię, Rumunię, Węgry. Z namiotem, a raczej namiocikiem, tak był malutki. Na kempingu w Budapeszcie pod jego nieobecność wichura zwaliła olbrzymią topole na ten jego płócienny domek. Wszyscy wokół myśleli, że już po „tym sympatycznym chłopaku”. Zaopiekowali się nim turyści z Włoch. Zakumplowali się, na drugi rok zaprosili Jerzego do siebie. W czasie studiów (historia na Uniwersytecie Gdańskim, na jednym roku z m.in. Aleksandrem Hallem) dalej poznawał Europę, żył podróżami.

Ale największa podróż była dopiero przed nim.

- Jakoś w 1975 czy 76 roku poznałem w Żaku Amerykanina, Davida Shinera. Przyjechał do Gdańska z teatrem studenckim. Siedzimy, gadamy, w pewnej chwili zadaję mu najbanalniejsze pytanie świata: „Jak mu się podoba w Polsce?” Odpowiedział, że nie wie, bo niewiele poza hotelem poznał. Zaproponowałem mu więc gościnę.

David mieszkał u Jerzego z miesiąc. Po tym miesiącu miał już dużo więcej do powiedzenia o Polsce i Polakach. Był nawet na pogotowiu, po tym jak mu po konsumpcji alpagi bąbel na szyi wyskoczył. Gdy David wrócił do Stanów, do Denver, przysłał Jerzemu zaproszenie.

- Popłynąłem więc „Batorym” do Montrealu, stamtąd autobusem ruszyłem do Denver. Dwa dni spędziłem u Davida, potem już sam sobie radziłem. Mój gospodarz pracował jako pomocnik kucharza w Josephina’s Restaurant w Denver (lokal działa zresztą do dziś), wynajmował jakieś skromne lokum. W wolnym czasie stał na głównej ulicy jako mim. Zacząłem pracować w tej samej knajpie - najpierw na zmywaku, po paru tygodniach jako pomocnik kucharza, po paru miesiącach jako „head pizza cook” w nowej filii Josephina’s w Palm Springs w Kalifornii. Nawet udawało mi się coś odłożyć.

 

Fińska książka o Wałęsie

 

- Któregoś dnia David wyznał, że marzy o koledżu dla mimów. A że nie miał pieniędzy na opłacenie nauki, spytał czy bym mu nie pożyczył - opowiada dalej Jerzy - No to mu pożyczyłem. Skończył tę wymarzoną szkołę, a dziś jest jednym z czołowych postaci w Cirque de Soleil. Zawsze podaję jego przykład moim studentom - że jak się chce, to można.

Po powrocie do Polski w 1978 r. Jerzy dostał „propozycję współpracy”. Odmówił, więc mimo oficjalnego braku bezrobocia w PRL nie mógł dostać zatrudnienia zgodnego z wykształceniem. Zatrudnił się zatem w legendarnej sopockiej Teatralnej na Monciaku, na intratnym stanowisku barmana. Znowu jednak pojawili się smutni panowie z „propozycją współpracy”, a on znów jej nie przyjął. Za pieniądze zarobione w Teatralnej opłacił studia podyplomowe z zakresu organizacji turystyki i rekreacji na WSWF (dzisiejsza AWF). Z podyplomowymi papierami krótko współpracował z Orbisem. Bo oto przyszedł rok 1980, zaczęły się strajki, turystów coraz mniej. Za to rozpoczął się najazd korespondentów zagranicznych z całego świata.

- Na zasadzie „wolnego strzelca” zostałem tłumaczem w agencji Interpress. Dziennikarze pisali o Stoczni, Solidarności, robili wywiady ze strajkującymi, z przedstawicielami władzy. Poznałem fińskiego dziennikarza Matti`ego Saari – rozmawiał m.in. z Lechem Wałęsą, ja tłumaczyłem. Przy drinku w winiarni Winifera zaproponowałem Matti`emu  napisanie książki o Lechu Wałęsie.

I napisali. Na starej maszynie jeszcze po ojcu Jerzy wystukiwał kolejne rozdziały, fragmenty tekstu zawoził do Warszawy. - Na rogu spotykałem się z facetem z fińskiej ambasady, przekazywałem mu materiał. Wtedy w Polsce taka książka przez władze byłaby raczej niemile widziana.

„Minun Puolani” („Moja Polska”) została opublikowana w Helsinkach, w 1981 r. Po fińsku oczywiście. – Nigdy nie została przetłumaczona ani na angielski, ani na polski. To niezły paradoks, że nie mogę przeczytać własnego dzieła – śmieje się Jerzy.

 

Limuzyna i fotografia

 

Za pieniądze z książki po raz drugi pojechał do Stanów. Trafił do San Francisco, gdzie postanowił studiować fotografię na Academy of Art University. Nauka porywająca, ale czasami lekko nie było. Żeby opłacić studia woził klientów zakontraktowaną limuzyną. A że nie otwierał drzwi zbyt szeroko, czasowo stracił kontrakt i poznał smak bezdomności – spał w samochodzie  nie rezygnując z nauki. Akademię ukończył w 1989 r. i dziś z dumą sięga po dyplom wiszący na ścianie Sopockiej Szkoły Fotografii WFH.

Z dyplomem i pomysłem na przyszłość wrócił do Polski.

- Jeszcze w trakcie studiów poszedłem na drinka z jednym z wykładowców, Michaelem. Pytam go co powinienem zrobić po studiach. A on odpowiada, że mam trzy możliwości: pójść na staż do któregoś ze znanych fotografów w San Francisco, a po ok. dwóch latach zacząć działać samodzielnie, zainwestować potężne pieniądze we własną wielką kampanię reklamową i tak pozyskać klientów, albo znaleźć sobie jakąś niszę, działalność, w której będę pierwszy. Na staż

z moimi 36 latami czułem się za stary, wielkich pieniędzy na promocję nie miałem, pozostawała nisza.

I tak powstał pomysł na szkołę fotografii w rodzinnym mieście Jerzego. Wcześniej jeszcze prowadził zajęcia w gdańskim studiu fotografii artystycznej Stefana Figlarowicza, jako „fotograf z Ameryki” udzielał wywiadów świeżo powstałym niezależnym radiom i telewizji, oswajał się z polskim raczkującym kapitalizmem. W 1991 r. zarejestrował firmę pod nazwą Warsztaty Fotograficzne Hejber, zimą 1992 r. ruszyły pierwsze zajęcia. Program był rozpisany na trzy miesiące, ale działalność szybko nabierała wiatru w żagle. Wtedy taka prywatna szkoła fotografii była nowością.

- Później razem z Tomaszem Maryksem przekształciliśmy Warsztaty Fotograficzne Hejber w 2-letnią Niepubliczną Policealną Sopocką Szkołę Fotografii WFH. Do dziś, w ciągu 30 lat działalności przewinęło się przez WFH kilka tysięcy ludzi. Jedni robią większą karierę, inni mniejszą. Ale mam tę satysfakcję, że dzięki nam inaczej patrzą na świat.

 

Szpulowce

 

A świat wciąż ciekawi Jerzego. Wciąż podróżuje, wprawdzie już nie stopem, a własnym samochodem. Mówi, że miesięcznie robi 4-6 tys. km – jeździ po Europie w poszukiwaniu magnetofonów szpulowych z lat 70., 80. Kursuje między Niemcami, Danią, Holandią, Francją. W Polsce amatorów stylowej techniki i audiofili nie brakuje. – Winyle to już banał, teraz liczą się szpulowce. Są ludzie, którzy zawsze chcieli mieć taki sprzęt, ale w PRL był dla nich nie osiągalny. Teraz już ich stać, więc spełniam marzenia ich młodości. I to jest fajne, prawda ?