Janusz Stefanowicz

Zdjęcia galerii

Między grobami
Na cmentarzu rośnie mnóstwo drzew, gnieżdżą się ptaki. Latem otwieram okna i drzwi biura, a gdy wszyscy pójdą, lubię sobie posiedzieć, poczytać, bo tu dosłownie i w przenośni panuje święty spokój
 
Aleksandra Kozłowska
 
Janusz Paweł Stefanowicz to sopocianin z urodzenia. Przyszedł na świat 15 października 1955 r. w Dworze Stawowie w Sopocie. Zabytkowy pałac z XIX w. po II wojnie był już: siedzibą komendatury Armii Czerwonej w Gdańsku, Domem Dziecka nr 5, Państwowym Pogotowiem Opiekuńczym, Miejskim Szpitalem Położniczo-Ginekologicznym, Szpitalem Gruźlicy i Chorób Płuc, popadającym w ruinę cieniem dawnej świetności. 
Cienie przeszłości towarzyszą też Stefanowiczowi na co dzień – od ponad ośmiu lat jest on bowiem kierownikiem cmentarza katolickiego w Sopocie. Szefując temu kamiennemu archiwum działa otoczony historią i ludźmi, którzy odcisnęli w niej swoje piętno. 
 
„Przyjazny” przybywa nad morze
 
W rodzinie jest pierwszym pokoleniem urodzonym w Sopocie. - Moja mama - Bożenna była kociewianką, pochodziła ze Skórcza. Po wojnie przyjechała ze swoim ojcem Mieczysławem Wardzińskim do Sopotu. Dziadek Mieczek był zastępcą burmistrza, osobą znaną i szanowaną w Skórczu, zasłużonym społecznikiem na Kociewiu. Został usunięty z ruchu ludowego za niewłaściwe poglądy – opowiada Janusz. – Natomiast jego żona, a moja babcia Maria zmarła w czasie wojny w Łowiczu.
Z kolei ojciec Janusza - Czesław urodził się w Wasilewiczach nad Niemnem niedaleko Lidy (na terenie dzisiejszej Białorusi). Przed samą wojną mieszkał w Oraliszkach pod Wilnem, po wojnie przyjechał do Sopotu. Wcześniej osiedliła się tu jego siostra Wanda i brat Leonard, ojciec dołączył do rodzeństwa. - Startowali od zera. Tata mieszkał z siostrą przy ul. Białkowskiego, dziś to Karlikowska: dwa przejściowe pokoje, bez łazienki, wychodek na korytarzu. Ciocia Wanda była wdową katyńską. Jej mąż Tadeusz Kucharczak (prawnik po USB w Wilnie), został zamordowany w Twerze - pochowany jest w Miednoje.
Sam Czesław Stefanowicz w cyklu „Sopocianie” tak opowiadał o sobie: „W wieku 20 lat wstąpiłem do 5 Wileńskiej Brygady Armii Krajowej ,,Łupaszki”. Przyjąłem pseudonim ,,Przyjazny”. Kiedy w 1944 r. rozwiązano naszą brygadę pod Grodnem, otrzymaliśmy prawo wyboru. Kto chciał mógł wracać do domu, a reszta mogła przedostać się małymi grupkami przez linię frontu na zachód do Lasów Augustowskich. Większość żołnierzy wybrała drugą możliwość. Ja również do nich dołączyłem. Wraz z kolegą przekroczyliśmy w nocy granicę, przedzierając się przez linię frontu. Zostaliśmy zatrzymani w miejscowości Skider przez sowiecką milicję porządkową. Tłumaczyliśmy im, że wracamy z robót w Niemczech, a mimo wszystko zostaliśmy aresztowani. Po kilku dniach wywieziono nas pociągiem towarowym do Rosji, do miejscowości Kostroma. Traktując nas jako obywateli radzieckich zamierzono wcielić nas do Armii Radzieckiej. To, że zadeklarowaliśmy się, że jesteśmy Polakami uratowało nas przed pójściem na front jako sowieccy żołnierze. Wróciliśmy do Polski na podstawie porozumienia Mikołajczyka z Sowietami. Trafiliśmy do polskiej jednostki niedaleko Białegostoku. Odbywaliśmy tam szkolenia wojskowe. W międzyczasie wojna się skończyła…”
Nad morze przyjechał mając 26 lat. – Pracował, zrobił maturę, potem zaocznie skończył ekonomię, gdy ja już byłem na świecie – kontynuuje Janusz. - Pamiętam jak się uczył - musiałem wtedy wychodzić z pokoju, żeby miał ciszę. A on leżał na podłodzie, wokół rozłożone książki. Tak najlepiej mu się uczyło. Został magistrem, co bardzo wtedy się podkreślało. Pamiętam jak ktoś do niego dzwonił: „Czy mogę prosić pana magistra?”. 
 
Konie i węgiel
 
Jak wspomina dzieciństwo? - Coraz częściej o nim myślę – przyznaje Janusz. - Bo coraz więcej składowych mojego dorastania przestaje istnieć. Budynki przebudowane albo wyburzone, ludzie z otoczenia: przyjaciele, rodzina, znajomi po kolei odchodzą do wieczności. Po moim urodzeniu mieszkaliśmy na ul. Poznańskiej. Ulica wciąż jest, ale odnowiona, z kostką brukową, latarniami. Dom, w którym mieszkaliśmy też jest odnowiony. Pamiętam kuźnię w sąsiedztwie, kowala Komara. Asystowałem mu przy podkuwaniu końskich kopyt. Przyjmował głównie konie pociągowe – w tamtym czasie węgiel w Sopocie rozwozili węglarze. Koń, wóz, dwóch-trzech facetów, którzy już w trakcie pracy często byli podchmieleni. Koniom na bruku ślizgały się podkowy, węglarze smagali je batem. A wóz był ciężki – tona-dwie. Węgiel zrzucali na podwórko i albo się płaciło za wniesienie do piwnicy, albo samemu trzeba było się natrudzić. 
Czego już nie ma? - Nie ma mojej szkoły podstawowej – nr 6. Tata kiedy jeszcze żył, żartował: „Tam zacząłeś, tam skończysz” – w sensie, że wyląduję na starość w DPS-ie. Szkołę nr 6 niestety zamknięto i na jej miejscu utworzono Dom Pomocy Społecznej. Żałuję. Bo była to najładniej położona szkoła w mieście i okolicy. Mieliśmy łakę, na dużej przerwie niektórzy chodzili do lasu na grzyby. Pasły się krowy, puszczaliśmy latwce, graliśmy w piłkę. 
Gdy zaczęto na „naszej” łące budować osiedle Mickiewicza, koledzy nasypali piasku do silnika spychacza. Była awantura w szkole, dochodzenie.
Mówi, że jako dzieciak nie usiedział spokojnie w miejscu. 
- Przepychałem się, biłem, rozrabiałem. Rodzice nieraz byli wzywani do szkoły. Pamiętam, jak w pierwszej klasie dostałem w dzienniczku uwagę: „Janusz na lekcji handluje znaczkami”. A tymczasem z kolegą po prostu przynieśliśmy nasze klasery i pod ławką (w czasie lekcji) wymienialiśmy się znaczkami pocztowymi.
 
Historia wyniesiona z domu
 
W szkole średniej (chodził do II LO w Sopocie, był pierwszym rocznikiem w klasie matematyczno-fizycznej) myślał o prawie. Ale, że lubił też matematykę i fizykę, wylądował na Politechnice Gdańskiej, na elektronice (kierunek ten ukończył kuzyn Zbyszek, pracował w Unimorze). Na trzecim roku przeniósł się na handel zagraniczny na Uniwersytecie Gdańskim. W sierpniu1980 r. brał udział w strajku stoczniowców – kolportował gazetkę strajkową. Potem zakładał Niezależne Zrzeszenie Studentów na UG - działał wspólnie z m.in.: Maciejem Płażyńskim, Donaldem Tuskiem, Jackiem Kozłowskim, Pawłem Huelle i wieloma osobam, które dziś pełnią ważne funkcje w życiu publicznym. Był szefem NZS na Wydziale Ekonomiki Transportu UG. Udzielał się też jako tłumacz języka angielskiego w Solidarności. Gdyby nie stan wojenny, byłby przedstawiecielem studentów przy MKZ Solidarność. 
Studia prawnicze mają już w jego rodzinie pewną tradycję (starsza córka Elżbieta jest notariuszem). Kierunek ten wybrał starszy brat Czesława, Leonard. Studiował w Wilnie na Uniwersytecie Stefana Batorego. Studiów nie skończył, bo wybuchła wojna. Gdy się skończyła, a on przyjechał do Trójmiasta zatrudnił się w Państwowej Inspekcji Pracy. Najstarszego z rodzeństwa – Romualda (był policjantem), zamordowali Sowieci w Twerze. Pochowany jest w Miednoje. W sumie szóstka rodzeństwa - Czesław, ojciec Janusza był najmłodszy.
Historia, zarówno ta rodzinna, jak i narodowa zawsze była obecna w domu Stefanowiczów. - Jak sięgnę pamięcią, wiedziałem, że w Katyniu polskich żołnierzy wymordowali Sowieci. To z domu wyniosłem miłość do ojczyzny, zainteresowania historyczne i szacunek dla innych ludzi. Kiedy jestem na meczu sportowym lub oglądam jakiś mecz z polską reprezentacją, w chwili, gdy grają hymn, trudno mi śpiewać przez ściśnięte gardło. 
 
Bardzo smutna wigilia
 
Historia otacza go również w pracy. Kierownikiem sopockiego cmentarza katolickiego jest od sierpnia 2010 r. Wcześniej prowadził firmę szkoleniową – uczył technik sprzedaży, kontaktów z klientem, itp. Potem duże firmy zdominowały rynek, jego przeżywała trudności. A że znał proboszcza Gwiazdy Morza, parafii, która zarządza cmentarzem, dostał propozycję kierowania tą nekropolią.
- Cmentarz ma swój klimat – mówi Stefanowicz. – Pięknie położony na zalesionym wzgórzu, naprzeciw cmentarza komunalnego, zwanego wcześniej ewangelickim jest miejscem spotkań rodzinnych. Wiele osób wyjechało z Sopotu, ale mają tu przecież swoich bliskich. 1 listopada całe wzgórze aż płonie od zniczy.  
Dla kierownika kilka grobów ma szczególne znaczenie. - Wśród nich chłopaków zabitych w wydarzeniach grudniowych w 1970 r.: Waldemara Zajczonki i Bogdana Sypki – mówi. - Byłem w I klasie ogólniaka, gdy to się stało. Z kolegami chcieliśmy iść podpalić Komitet Miejski partii w Sopocie. Matki się dowiedziały, wzięły nas za uszy i do domu, bo byłaby bieda. 
Do szkoły Janusza chodził Mirosław Piepka, scenarzysta (wspólnie z Michałem S. Pruskim) i producent (razem z Kazimierzem Beerem) „Czarnego czwartku” w reżyserii Krzysztofa Krauze. – Ojciec Mirka był gawędziarzem i pisarzem kaszubskim, często odwiedzał naszą „szóstkę” – dodaje Stefanowicz.
I wspomina: - Pamiętam wigilię w 1970 r., kiedy mamie łzy z oczu spływały. Talerz dla niespodziewanego gościa czy wędrowca miał wtedy szczególną wymowę. To były bardzo smutne święta.
 
Święty spokój
 
Wraca do ważnych dla niego osób pochowanych na tym cmentarzu. 
- To Jan Samsonowicz zabity na ulicy w 1983 r., bracia Christowie – byli u Łupaszki działając w Trójmieście, Weronika, matka Czesława Miłosza. Moi rodzice? Leżą po drugiej stronie – na cmentarzu komunalnym, w  kwaterze AK. Ojciec zresztą odpowiadał za tę kwaterę - przez wiele lat był w zarządzie koła Światowego Związku Żołnierzy Armii Krajowej w Sopocie. Z kolei dziadkowie ze strony mamy leżą w  Skórczu, pradziadkowie też. Dziadkowie ze strony taty są pochowani w Podbrzeziu pod Wilnem. Tam zresztą starszy brat taty - Ludek został, tam mieszkają jego dzieci. Byłem u nich w 2017 r. Chcę się jeszcze wybrać do Miednoje, gdzie leży Romek, starszy brat ojca i jego szwagier Tadeusz. 
I dodaje: - W Sopocie na boisku przy I LO rosną dęby katyńskie. Jest też tablica upamiętniająca Romualda Stefanowicza,Tadeusza Kucharczaka i Jesipowicza. Byłem jej pomysłodawcą, wykonanie sfinansowały rodziny zamordowanych.
Janusz odwiedził też Wasilewicze nad Niemnem, miejsce urodzenia swego taty. - Wziąłem stamtąd garść ziemi, którą włożyłem do grobu ojca. Dołożyłem też woreczek z ziemią z Oraliszek pod Wilnem, gdzie tata mieszkał. To było dla mnie bardzo ważne – taka symboliczna klamra spinająca jego życie.
Czy praca na cmentarzu, ciągłe towarzystwo śmierci, ma wpływ na jego stosunek do życia? 
- Na pewno z racji wieku każdy rok ma dla mnie teraz większe znaczenie. Tym bardziej, że odchodzą już ludzie z mojego rocznika. W zeszłym roku pochowałem kolegę z klasy, urodził się w Grodnie. Ale znajduję tu też ukojenie. Na cmentarzu rośnie mnóstwo drzew, gnieżdżą się w nich ptaki. Latem otwieram okna i drzwi biura, a gdy wszyscy pójdą, lubię sobie posiedzieć, poczytać, bo tu dosłownie i w przenośni panuje święty spokój. 
 
„Płoną góry, płoną lasy…”
 
Poza pracą liczy się dla niego muzyka. I sport - w młodości grał w siatkówkę. Ale muzyka przede wszystkim - ma paręset płyt; wśród nich: klasyka, muzyka źródeł, klasyka polskiego rocka. – Mieszkając w Sopocie ocierałem się przecież o Niemena, Skaldów, Nalepę. Jerzy Kossela, lider Czerwonych Gitar przychodził do dziewczyny, która mieszkała na mojej ulicy. Na tzw. Jordanku był klub „U Jurasa” - prowadził go właśnie Kossela. Przez płot podsłuchiwaliśmy koncerty odbywające się w Non Stopie. Na początku klub działał w Grand Hotelu, ale wtedy byłem jeszcze za młody żeby mnie wpuścili. Dyskotekę prowadził legendarny  Franciszek Walicki, w latach 1962-63 jej gospodarzem był Krzysztof Klenczon. Potem Non Stop przeniósł się na plac obok plaży, między ulicami Drzymały i Traugutta, następnie w pobliże przystanku SKM Sopot-Wyścigi. Można było stać na stacji i podglądać występy. 
Najbardziej cenił Czerwone Gitary, SBB – przyjeżdżali tu bardzo często, tak samo Niemen. - Pamiętam jak biegaliśmy pod Grand zbierać autografy piosenkarzy – gwiazd sopockiego festiwalu. Zbieraliśmy longplaye – miałem adapter Bambino, który przerobiłem na stereo, a tego nie miał wtedy nikt! Koledzy przychodzili więc do mnie na odsłuchiwanie. 
Zrządzeniem losu rozmowę przerywa nam pukanie. Do biura wchodzi mężczyzna w polarze z logo chóru „Zawiszy Czarnego”. – Szukamy grobu Staszka. Pokaże nam pan, gdzie leży?
Chodzi o Stanisława Wawrykiewicza, pieśniarza i autora piosenek z gatunku „kraina łagodności”, jednego z założycieli Wałów Jagiellońskich. On i Janusz mieszkali na tej samej ulicy.
Wawrykiewicz zmarł w lutym 2018 r., jego grób odwiedza wielu fanów muzyki. 
Stefanowicz dzwoni po jednego z pracowników, a sam wraca do wspomnień: - Sopot lat 60., 70. tętnił życiem. Panował klimat cyganerii. Na monciaku można było spotkać gwiazdy estrady, filmu, w tłumie wczasowiczów przechadzali się aktorzy: Kobuszewski, Gołas, Fedorowicz, który studiował sztukę w Sopocie... Latem, w ciągu dnia trudno było kupić chleb czy bułki, bo „stonka” wszystko wykupiła rano. Działało kino letnie na kortach, koncerty odbywały się w Operze Leśnej, w Teatrze Letnim, był Non Stop, oczywiście. Wydarzeń muzycznych nie brakowało. Kto pragnął mocniejszych wrażeń mógł zagrać w którymś z nielegalnych kasyn. Ludzie z głębi Polski, słysząc, że mieszkam w Sopocie, nieodmiennie reagowali z zazdrością: „O! Mieszkasz w Sopocie!”. Moda była iście szalona. Miałem dwóch kolegów z klasy, którzy szyli spodnie dzwony. Sam też sobie takie u jednego z nich zamówiłem. Wcześniej z kolei nosiłem się jak bikiniarz: przykrótkie rurki, do tego skarpetki kanarkowe, czerwone albo niebieskie i zamszowe buty, tzw. cichobiegi.  
Dziś Janusz żyje spokojniej, mniej kolorowo. Wciąż lubi chodzić na molo, aż do samego końca. I do lasu w Górnym Sopocie. Wśród ciszy, drzew odpoczywa i rozmyśla.