Jagoda Kościk

Zdjęcia galerii

Drzewko Szczęścia
Raz po spektaklu przychodzi do nas zapłakana babcia i pyta czy na pewno w obsadzie był jej wnuczek. Mówię, że tak, że pięknie zaśpiewał partię Szambelana. A babcia: „Ale na pewno, pani Bombel, to był on?” I dalej płacze. W końcu wyjaśnia, że to ze wzruszenia, bo w domu chłopca trudno zrozumieć – tak sepleni. A tu zaśpiewał tak pięknie, że wszystkim po plecach ciarki biegały
 
Aleksandra Kozłowska
W pewnym niezwykłym lesie, gdzie uwijają się Trele, małe zielone duszki rośnie drzewo zwane Baabus Musicalis. Opiekuje się nim wróżka Aba Baba. Dba by nikt drzewa nie dotykał, pilnuje jego pory kwitnienia. Bo kwiaty Baabusa mają niespotykane działanie – kto je znajdzie i zatknie sobie np. za kapelusz albo włoży w butonierkę, od razu zacznie śpiewać, i to do rymu. Profesora Żążelkę, który ze swoją klasą wybrał się na wycieczkę do lasu ta nagła umiejętność przeraża. No bo kto to widział, by poważny, dorosły profesor wyśpiewywał wszystko jak jakiś skowronek zamiast po profesorsku wykładać?
Bakcyl śpiewania dopada też uczniów Żążelki, grupę kłusowników pod wodzą Prezesa, Leśniczego… Rymy i rytmy sprawiają, że po początkowym zawstydzeniu i konfuzji, „dotknięci” magią Baabusa zaczynają inaczej patrzeć na świat. Otwierają się, rozluźniają, czują radość.
Tak można by w skrócie przedstawić ideę spektaklu „Drzewko Aby Baby” Sopockiego Teatru Muzycznego. Teatr nazywa się… Baabus Musicalis i robi właśnie to, co kwiaty bajkowego drzewa – szerzy muzykę, śpiew i taniec. Przede wszystkim wśród dzieci – bo to one są aktorami, ale trudno uwierzyć by i dorosłym nie drgnęły stopy rwąc się do tańca, albo głos nie wyrywał się z gardła próbując włączyć się w poszczególne partie wyśpiewywane na scenie.
 
Czterolatka z młotkiem na dachu
 
STM Baabus Musicalis to dziecko (a może raczej drzewko) trzech nader twórczych kobiet: Jadwigi Kościk (powszechnie zwanej Jagodą, występującej też pod artystycznym pseudonimem Jagoda Jagson), Magdaleny Adamowskiej, znanej szerzej jako Bombel i Izy Sokołowskiej-Boulton. Iza, była tancerka przez kilka lat zmagająca się z nowotworem, dziś nie zajmuje się już teatrem – pracuje jako zastępczyni kierownika baletu w Operze Bałtyckiej. 
Na pomysł wpadła Jagoda: - Jestem mamą, dziś moja Laura ma 10 lat. W 2014 r., kiedy założyłyśmy teatr miałam wrażenie, że jest za mało kreatywnych zajęć dla dzieci. Wyżywałyśmy się w domu – sama wychowałam się na „Bajkach-grajkach”: „Kopciuszku”, „Czerwonym Kapturku”, „Śpiącej Królewnie”, no i moim ulubionym „Drzewku Aby Baby”. Znałam słowa każdej bajki, uwielbiałam je odgrywać. Razem z kilkuletnią wówczas Laurą robiłyśmy to samo: śpiewałyśmy i tańczyłyśmy do bajek. W końcu stwierdziłam, że możemy to przecież robić na większą skalę. Mówię więc do Izy i Bąbla, że musimy to zrobić. A one: „Super! Zróbmy to!”. Iza miała już wtedy synka, znajomi też pozakładali rodziny. Na początku w teatrze było ośmioro dzieci, teraz mamy osiemdziesiąt (w tym moją Laurę). W „Drzewku Aby Baby” występuje trzydziestka.
Jagoda, absolwentka Sopockiej Szkoły Muzycznej i Akademii Muzycznej w Gdańsku (kierunki: wokalistyka jazzowa oraz animacja kultura z arteterapią) w Baabusie odpowiada za reżyserię, przygotowanie aktorskie i wokalne oraz produkcję, pomaga też Magdzie przy kostiumach.
Magda, która od dawna zajmowała się projektowaniem wnętrz, w STM opracowuje scenografię i kostiumy. – Jestem też pomagierem do wszystkiego. Marzy mi się większa scena. Tu nie mamy zapadni, ani boków sceny, z których można wyjechać z większą scenografią. 
Czy będąc dzieckiem bawiła się w teatr? – Nie. Od zawsze budowałam. Od najmłodszych lat pamiętam siebie z młotkiem. Babcia wspominała, że dziadek już jako 4-latkę zagonił mnie na dach żebym wbijała gwoździe – śmieje się. 
Sztuka pochłania dziewczyny po uszy, przed premierą praca rozciąga się na całą dobę. Ze sceny (mieści się w Teatrze na Plaży) korzystają na zasadzie rezydencji od miasta, działają na zasadzie darowizn. 
Dzięki współpracy z Sopotem STM ma też akompaniatora. Miasto od lat sprowadza repatriantów z Kazachstanu. Gdy okazało się, że jedna z repatriantek - pani Tamara umie grać na pianinie, pracę znalazła właśnie w Muzycznym. 
 
Możdżer rapuje, L.U.C. uczy beatboxu
 
Tak jak sobie wymarzyła Jagoda, muzyczny teatr w Sopocie realizuje przede wszystkim spektakle oparte na Bajkach Grajkach. „Drzewko Aby Baby”, słuchowisko Mirosława Łebkowskiego i Stanisława Wernera wydane przez Tonpress w 1986 r. po latach przypomniały Polskie Nagrania właśnie w ramach Bajek Grajek. 
Rodzicom wychowanym na winylach łezka zakręci się w oku na wspomnienie choćby słynnej partii Czarownicy z „Jasia i Małgosi” Jana Brzechwy: „…Jestem groźna czarownica, Cha-cha! Zna mnie cała okolica, Cha-cha! Kiedy dnieje, kogut pieje, Ja się śmieję. Ucha-cha! Mam ja wilka na posługi, Cha-cha! Czy to słoty, czy szarugi, Cha-cha! Wicher wieje, z nieba leje, Ja się śmieję. Ucha-cha!...” 
Tej bajki Jagoda i Magda jeszcze nie wystawiły, ale „Kopciuszka” (również Brzechwy) owszem. Narrację… wyrapował Leszek Możdżer. – Do każdego spektaklu staramy się zaprosić jakiegoś znanego artystę – mówi Jagoda. – Był więc Możdżer, był u nas też L.U.C. – zagrał tytułowego Bazyliszka w „Bazyliszku”. Podczas prób uczył dzieci beatboxu. Z kolei w przedstawieniu „Baśń o Bolku i Lolku: królowa Zima” narratorem był Mirosław Baka.
Ryszard Ronczewski zagrał zaś samego Oza w musicalu pt. „Wielka podróż Dorotki” opartego na powieści L.F Bauma „Czarnoksiężnik z krainy Oz”.
Niezwykłe jest to, że dawne bajki do dziś są zaskakująco aktualne. Trudno nie docenić (i nie zgodzić się) z ekologicznym przekazem „Drzewka Aby Baby” i jego przesłaniem, że śpiew i muzyka zmieniają ludzi na lepsze.  
 
Wspaniały Szambelan
 
Młodzi aktorzy występujący w „Drzewku Aby Baby” robią wrażenie z kilku powodów, a są to m.in.: 
- świetne opanowanie roli (a role są naprawdę długie),
- naturalna gra daleka od drewnianej sztywności, jaką pamięta się choćby ze szkolnych akademii, 
- wspieranie się i dyskretne podpowiadanie, gdy ktoś zapomni swojej kwestii,
- widoczna radość z bycia na scenie.
Pytam jak pracuje się z dziećmi, tym nieraz trudnym do opanowania żywiołem.
Jagoda: - Dla nich to zabawa. Inaczej wchodzą w rolę niż dorośli aktorzy, dużo opowiadamy im o postaciach, by zrozumiały ich psychologię i zachowanie. 
Magda: – Widać, że są szczęśliwe na scenie. Nie zawsze od razu rzuca się to w oczy – bywa, że przez kilka pierwszych tygodni dziecko zachowuje się jak nieśmiała myszka. Proponujemy więc: a może chcesz zagrać tę rolę? Albo tamtą? Chociaż spróbuj… I w końcu jakaś klapka się otwiera, coś w dziecku przeskakuje i nieśmiała myszka znika. Pojawia się pełnokrwisty aktor. Absolutnie powala nas na łopatki: piękna dykcja, taniec, śpiew.
Od początku założeniem twórczyń muzycznego teatru był brak jakichkolwiek castingów. Do zespołu może dołączyć każde dziecko w wieku od lat 4 do 19 (funkcjonuje podział na grupy wiekowe: 4-8 lat, 8-11 i 11-19). 
Jagoda: - Przyjmujemy wszystkie dzieci, bez względu na to czy nieśmiałe, czy z wadą wymowy. 
Magda: - Raz po spektaklu przychodzi do nas zapłakana babcia i pyta czy na pewno w obsadzie był jej wnuczek. Mówię, że tak, że pięknie zaśpiewał partię Szambelana w „Baśni o Bolku i Lolku: Królowa Zima”. A babcia: „Ale na pewno, pani Bombel, to był on?” I dalej płacze. W końcu wyjaśnia, że to ze wzruszenia, bo w domu chłopca trudno zrozumieć – tak sepleni. A tu zaśpiewał tak pięknie, że wszystkim po plecach ciarki biegały. 
Jagoda: - Takie rzeczy dodają nam skrzydeł. 
Magda: - Bo drugie nasze założenie brzmi: jesteśmy jak rodzina. Każda premiera to święto całego teatru.
 
Pomyłka to prezent
 
Ponieważ teatr działa w Sopocie, zdecydowana większość aktorów pochodzi właśnie stąd. Ale miejsce zamieszkania również nie jest barierą – w obsadzie są także dzieciaki z Gdańska i Gdyni. 
Pracy mają sporo – próby odbywają się codziennie po dwie godziny, przed premierą bywa, że trzeba odbyć nawet dwanaście dodatkowych.  
Co jest w tym wszystkim najtrudniejsze? Może nastolatki, które żyć nie mogą bez fejsa i Instagrama, lajków potrzebują jak tlenu? – E, niekoniecznie – odpowiada Jagoda. – Owszem, ważna jest dla nich kwestia zaistnienia w necie, ale nie pozwalamy na gwiazdorzenie. Wiedzą, że jestem cięta na takie akcje. Że jestem tu sierżantem – dodaje żartem. - Tu każdy ma swoją szansę. Nie ma tak, że do danej roli jest przypisana tylko jedna i ta sama osoba. Obsada się zmienia. Czasem zdarza się, że osobom, które zdają sobie sprawę, że są dobre, trudno przychodzi oddać rolę komuś innemu. Ale takie mamy zasady.
Trema, ten nieodłączny element publicznych wystąpień częściej dopada Jagodę i Magdę niż dzieci. A jeśli już jej ofiarą padają aktorzy, to zwykle wtedy, gdy na widowni zasiądzie klasa któregoś z nich. Wówczas zdarza się, że nagle z głowy wylatują wszystkie słowa, że staje się ona pusta niczym balonik. Ale drużyna potrafi sobie z tym poradzić – w rolę suflera wcielają się inni aktorzy, ratują „zatkanego” z opresji. 
- Za to je właśnie najbardziej podziwiam – mówi Magda. - Że potrafią wyjść na scenę, grać w niełatwych warunkach, bo i gorąco, i uwierające mikroporty, do tego peruki…  A przy tym jeszcze podpowiedzą koledze czy koleżance. Pokonują moment „zawieszenia się” i jadą dalej. Ja bym w takiej sytuacji po prostu zwinęła majdan i do widzenia. 
Dlatego założycielki Baabusa powtarzają aktorom: każda wasza pomyłka to dla nas prezent, bo to dowód, że myślicie. 
A dowodem na to, że teatr to prawdziwa pasja Jagoda i Magdy jest fakt, że w 2018 r. powołały Międzynarodowy Festiwal Teatrów Dziecięcych ICTF Sopot. Pierwsza edycja odbyła się w dniach 10-15 czerwca; w jury zasiedli: Magdalena Grzebałkowska, Joanna Czajkowska i Leszek Możdżer. – Późno ruszyłyśmy z organizacją imprezy, więc mimo zainteresowania z Szanghaju i RPA, mogłyśmy zaprosić tylko grupy z Polski, w sumie pięć – opowiada Jagoda. – W przyszłorocznej odsłonie festiwalu wezmą udział także zagraniczne teatry. Idea? 
Łączyć międzykulturowość, pozbywać się barier językowych i kulturowych. I nie chodzi tu o wejście w szranki, to po prostu festiwal dziecięcej twórczości, nie wyścig. 
Zgodnie z tym założeniem Sopot na kilka dni staje się miastem dzieci. Są gry miejskie powiązane tematycznie z miastem, kwitnie życie morskie: katamarany, SUP-y, elementy żeglarstwa. Dla dzieci z głębi Polski, które wcześniej nie widziały morza to super atrakcja. No i oczywiście spektakle – co dzień po dwa. Do tego koncerty muzyki klasycznej, ogniska na Grodzisku. Na każde wydarzenie zapraszane są wszystkie sopockie szkoły. 
 
Kolejarze z Wilna
 
Patrząc na historię znajomości Jagody i Magdy można zauważyć, że ich spotkanie było nieuniknione, mimo że tylko Jagoda mieszka w Sopocie od urodzenia. Ich rodziny przywiodły nad morze podobne szlaki. - Moi pradziadkowie: Adela i Józef Minkiewicz trafili tu w 1945 r. Wcześniej mieszkali w Wilnie. Po przyjeździe Józef zaczął pracę w Polskich Kolejach Państwowych. Przyjechali tu razem z córkami, ciocią Ireną i moją Babcią Stasią. Stasia z dziedkiem Władysławem potem mieli synów: Tomka i mojego tatę Andrzeja, tata ma córkę: mnie – dzieli się genealogią Jagoda.
Z Wilna do Sopotu w 1945 r. (to przecież klasyczna, powojenna droga wielu Wilniuków) zjechali też pradziadkowie Magdy – państwo Marianna i Witold Bieńkuńscy. Razem z nimi przybyły ich córki, czyli babcia Irena i ciocia Janina.
Pradziadek Bieńkuński był kolejarzem, w tym zawodzie pracował zarówno w rodzinnym mieście, jak i po przyjeździe nad morze. Co ciekawe, kolejarzem w Wilnie był również pradziadek Jagody. W Sopocie zaś został zawiadowcą stacji. Wielce prawdopodobne, że panowie musieli się znać. 
- Z kolei mój dziadek Bogdan przybył tu z Krakowa i zaczął pracę w gdańskiej stoczni – mówi Magda. - W stoczni pracował również… dziadek Jagody. 
A założycielki Baabusa poznały się w Sopocie, przez wspólnych znajomych. Obie kochają to miasto, choć Magda przyznaje, że przeżyła też poważny romans z Gdańskiem. – To dziadkowie zainicjowali tę miłość – uśmiecha się Adamowska. - Babcia zawsze wspominała Wilno, dziadek Kraków. Gdańsk stał się dla nich miejscem, które pomogło im uporać się z tą tęsknotą. Opowiadali mi historie, całkiem inne od tych obowiązujących oficjalnie. Szybko więc wiedziałam, że to nie Niemcy zniszczyli Gdańsk. Dziadek przyjechał tu jeszcze przed radzieckim „wyzwoleniem” – uciekał z Krakowa, gdzie był na robotach przymusowych. W Gdańsku jako młody chłopak został zaprzęgnięty do służb oczyszczania miasta. Z innym pracownikami wyciągał z zalanych piwnic i bunkrów pod Halą Targową martwych ludzi zatopionych przez armię radziecką. Przyjaźnił się wtedy z ówczesnym dyrektorem muzeum w Malborku, tam też poznał moją babcię. Przyjaźnił się też ze Zbyszkiem Kosycarzem, razem robili zdjęcia powojennego Gdańska i Malborka. Kilka zdjęć dziadka wziął do albumu „Koniec i początek. Gdańsk 1945-1955” Stefan Figlarowicz, fotograf i wieloletni szef Gdańskiej Galerii Fotografii. A gdy wyszedł album „Był sobie Gdańsk” Donalda Tuska poczułam się rozłożona na łopatki - opowieści dziadków przełożyły się na obrazy. 
Dziś, od lat 5 Magda mieszka w Sopocie. 
 
Herbata u Ronczewskich
Obie mówią, że nie kochałyby tak Sopotu, gdyby nie ludzie. A szczególnie Jolanta (z domu Horno-Popławska) i Ryszard Ronczewscy. Ona – była dyrektor Sopockiej Szkoły Muzycznej I st., on znany aktor teatralny i filmowy. 
Jagoda: - Ta szkoła jest mi bardzo bliska mojemu sercu, bo tu się przecież uczyłam. Tu też poznałam panią Jolę. Miałam z nią lekcje audycji muzycznych, była moim guru, jeśli chodzi o słuchanie muzyki. To ona nauczyła mnie słuchać muzyki klasycznej. Zawsze mówiła, że jestem człowiekim pasji. Wierzyła we mnie. Do dziś, gdy mam jakiś problem, dzwonię do niej i pytam: „Pani Jolu, co by pani zrobiła na moim miejscu?”
- Państwo Ronczewscy to nasze absolutne autorytety – podkreśla Magda. - Gdy wszystko wokół nas zmęczy, idziemy do nich na herbatę czy kawę, oni poopowiadają nam mądrych rzeczy i wszystko wraca do równowagi. Są nieprawdopodobni, wciąż w sobie zakochani. Każda chwila z nimi spędzona jest niezwykła. Nie wiem jak sobie poradzimy, gdy ich zabraknie. 
Na razie Magdzie brakuje kilku ulubionych sopockich miejsc: Bookarni, Spółdzielni Literackiej, gdzie można było znaleźć cudowny luz, małą przerwę w ciągu dnia: kawa, książka, gazeta… Odnalazła się, gdy powstał ich teatr. – W klubie Atelier mamy „swój” kawałek tarasu z widokiem na morze. Najlepszy jest, rzecz jasna, po sezonie. 
Jagoda poza tarasem uwielbia plażę i las. Ważne jednak kiedy. Plażę od 6 do 7.30 rano, las od 8 do 10. Wtedy właśnie biega tam z psem. 
Bieganie bardzo się zresztą przydaje jako sposób na stres. A jest się czym tremować, bo 10 listopada odbędzie się ósma już premiera teatru Baabus Musicalis – „Polka Niepodległa” na podstawie książki Anny Dziewitt-Meller. W ten sposób STM uczci stulecie praw kobiet w Polsce. Wśród bohaterek spektaklu znajdą się m.in.: Maria Skłodowska-Curie, Simona Kossak, Krystyna Krahelska, Zofia Stryjeńska. 
W grudniu kolejne premiery: „Calineczki” i… debiutanckiej płyty Jagody Jagson „Zima B”. Poza Jagodą śpiewają na niej także dzieci z Baabusa. Nie mogło być przecież inaczej.