Jacek, syn Benedykta

Podhorski-Piotrowski jako wicewojewoda oficjalnie nie mogł ochrzcić syna. Uroczystość odbyła się więc po zmroku, w tajemnicy. 12 lutego 1949 r. jeden z dominikanów z gdańskiego kościoła św. Mikołaja został przywieziony czarnym chevroletem z Gdańska do domu przy Abrahama

Swą opowieść Jacek Podhorski zacznie od historii ojca - Bohdana Podhorskiego-Piotrowskiego (rocznik 1909). Na stole w kuchni rodzinnego domu Podhorskich przy ul. Abrahama w Sopocie piętrzy się sterta dokumentów: oryginały pism, druków urzędowych z lat 40. i 50., legitymacji. Są też czarno-białe fotografie i biało-czerwona opaska z napisem:  „Ministerstwo Administracji Publicznej Grupa Gdańsk”. Z tą właśnie opaską na ramieniu Bohdan Podhorski-Piotrowski pracował przy odgruzowywaniu zniszczonego miasta.

- Przybył tu 30 marca 1945 r. Gdańsk wciąż płonął. Rzeczy działy się straszne - na al. Zwycięstwa wisiały trupy - opowiada Jacek. - Mam nagranie jednej z radiowych audycji, w której tato opowiada: Wjeżdżaliśmy do Gdańska ulicą Kartuską. Dookoła płonęły domy, snuły się dymy…

Krajobraz po wojnie opisywał m.in. Stanisław Strąbski; 2 kwietnia 1945 r. relacjonował dla Polskiej Agencji Prasowej: „Olbrzymia masa domów pali się i żar ich dochodzi do nas, zmieszany z odorem trupów - swądem spalenizny. Droga wiedzie nie po asfalcie czy bruku, lecz po zwałach cegieł. Wjeżdżamy w Długi Rynek (dziś Długi Targ). Resztki Ratusza, resztki Dworu Artusa. Wszędzie płomienie i dymy. Coś chyba zostało z kościoła Mariackiego, ale nie sposób dojrzeć. Tylko szyldy i tabliczki z nazwami ulic nie chcą się palić i głoszą o tym, co było i co w oczach zmienia się w nicość?”

Bohdan Podhorski-Piotrowski przyjechał do Gdańska wraz z 17-osobową grupą operacyjną Ministerstwa Administracji Publicznej, celem było tworzenie struktur administracji wojewódzkiej. Na czele zespołu stał działacz Polonii gdańskiej Kazimierz Banaś-Purwin.

Podhorski-Piotrowski początkowo pracował jako naczelnik wydziału w nowo powstałym Urzędzie Wojewódzkim, później jako wieloletni wicewojewoda do spraw gospodarczych. - Brał czynny udział w odgruzowywaniu miasta, pracował przy melioracji zalanych Żuław. Zaczął spisywać wspomnienia z tego pionierskiego okresu, niestety nie skończył ich – żałuje Jacek.

 

Bohdan i Benedykt

 

Naprawdę nazywał się Benedykt Korwin-Piotrowski. Nazwisko zmienił w 1943 r., po tym jak musiał opuścić Warszawę i ukrywać się w okolicach Sandomierza - jego grupa bojowa AK została rozbita, konspiratorom groziła śmierć. - W czasie okupacji tato najął się jako kierowca ciężarówek w firmie przewozowej - w dzień wozili towary, w nocy w ramach AK przywozili ludzi na akcje zbrojne. Współpracował z batalionem Zośka, zetknął się z Rudym – opowiada Jacek. - W pewnym momencie w mieszkaniu kocioł, ojciec na szczęście został o tym poinformowany i nie wrócił pod swój adres. Policjanci bezskutecznie czekający na jego powrót pobili moją babcię mieszkającą z rodzicami. Tato i mama do Warszawy już nie wrócili, pojechali pod Sandomierz, gdzie mieszkał kuzyn mamy – Zenon Zahorski. Jego nazwisko zainpirowało ojca do zmiany swojego.

Benedykt miał chusteczki monogramem BKP. Nowe miano dopasował więc do wyhaftowanych inicjałów: Bohdan Kazimierz Podhorski. - Ale dla rodziny i przyjaciół na zawsze pozostał „Bieńkiem”. Imieniny też obchodził w marcu, na Benedykta.

Benedykt-Bohdan pochodził z Kresów - spod Brześcia nad Bugiem, z rodziny rolniczej. Do Warszawy przyjechał na studia – skończył prawo na Uniwersytecie Warszawskim. Do wybuchu wojny pracował jako referent w Zakładzie Emerytalnym, potem w Izbie Kontroli. - Mama, Anna była warszawianką z urodzenia, przed wojną też pracowała w ZE. Po przyjeździe do Sopotu, zajmowała się domem.

Pod Sandomierzem Podhorski-Piotrowski nawiązał współpracę z Batalionami Chłopskimi. Jacek pokazuje pismo pułkownika Maślanki, przewodniczącego komisji weryfikacyjnej z 1945 r., który zaświadcza, że obywatel Podhorski „…spełniał swoje obowiązki sumiennie, co dało mu możność przeprowadzania akcji uniezależniania Batalionów Chłopskich od Armii Krajowej oraz wykonywania walki zbrojnej z okupantem przez zorganizowane przeze mnie grupy bojowe. (…) Na przyczółku mostowym Sandomierz, Opatów, Stopnica w momencie utworzenia administracji państwowej polskiej zgłosił się do służby i pełnił ją na tym przyczółku na czasu przeniesienia go do służby w Ministerstwie Administracji Publicznej...”

 

W domu bywał gościem

 

- Ojciec był wicewojewodą do 1950 r., kiedy to zniesiono stanowiska wojewodów - kontynuuje opowieść Jacek. - Gdyby był członkiem PPS lub PPR, już by go nie było - maszyna stalinowskich represji była bezlitosna. Był oczywiście wzywany do Warszawy na przesłuchania, mama już się z nim żegnała. Ale ponieważ należał do Zjednoczonego Stronnictwa Ludowego, uszedł z życiem. Został jednak odsunięty od prac administracyjnych i wszelkiej działalności politycznej łącznie z ZSL, w którego Wojewódzkim Komitecie Gdańskim był członkiem Prezydium.

Dopiero Wojewódzki Zjazd ZSL w Gdańsku w 1957 r. ponownie powołał go do pracy w Wojewódzkim Komitecie powierzając mu funkcję prezesa.

- Gdy tato przestał być wicewojewodą, minister kultury i sztuki powołał go na stanowisko dyrektora świeżo powstałego teatru Wybrzeże. Miesiąc później anulował tę decyzje i powierzył ojcu kierowanie Filharmonią Bałtycką. Popracował tam półtora roku, po czym wrócił do wyuczonego zawodu. Zrobił uprawnienia adwokackie i zaczął w KW ZSL udzielać bezpłatnych porad prawnych rolnikom.

Pracował też jako radca prawny w Gdańskim Przedsiębiorstwie Robót Drogowych. W Wyższej Szkole Handlu Morskiego był asystentem, prowadził zajęcia. Zapalony społecznik, kochał być aktywny. W domu był gościem, rzadko go widywałem.

Bohdan Podhorski-Piotrowski działał też w Wojewódzkim Komitecie Frontu Jedności Narodu, z którego ramienia został posłem na Sejm.

- Pamiętam jak jako dzieciak bawiłem się z kolegami na placu, gdzie dziś jest rondo Niemena. Nagle nad nami leci samolot i rozrzuca jakieś papiery. Podnosimy, a to – ku mojemu zdumieniu - ulotki z moim ojcem! – Jacek pokazuje taką ulotkę z 1957 r. „Głosuj na Bohdana Podhorskiego, działacza ludowego! Głosuj na listę Frontu Jedności Narodu”

 

Tajny chrzest

 

Jacek Podhorski urodził się 11 listopada 1948 r. niedaleko swego domu - przy ul. Abrahama pod numerem 18 mieścił się bowiem szpital położniczy. - Na świat przyjmował mnie dyrektor tej placówki, doktor Władysław Duchniewski. Znany ginekolog i położnik na Wybrzeże przyjechał z Warszawy, razem z żoną Zofią. Tworzył tu wydział zdrowia. Poznali się z moim ojcem, zaprzyjaźnili się. Ciocia Zofia została moją chrzestną matką.

Nie było to proste, bowiem Podhorski-Piotrowski jako wicewojewoda oficjalnie nie mogł ochrzcić syna. Uroczystość odbyła się więc po zmroku, w tajemnicy. 12 lutego 1949 r. jeden z dominikanów z gdańskiego kościoła św. Mikołaja został przywieziony czarnym chevroletem z Gdańska do domu przy Abrahama. Auto pochodziło z przydziałów UNRRY, wicewojewoda miał je dyspozyji wraz z kierowcą. Dominikanin ochrzcił niemowlę i cichcem został odstawiony do gdańskiego klasztoru. – A że zakon dominikanów założył św. Jacek Odrowąż dostałem na imię Jacek. Za moich czasów było to imię rzadkie, byłem jedynym Jackiem w klasie. Nie lubiłem go, ciągle musiałem słuchać: „Jacek-placek na oleju, matka krzyczy: Stój złodzieju!” – śmieje się sopocianin. - Modne były imiona: Wojciech, Krzysztof, Leszek, Zbyszek, Jurek. Jurków było aż czterech w mojej klasie.

I dodaje: - Bardzo lubiłem Władka Duchniewskiego. To właśnie z nim po raz pierwszy jechałem samochodem. Doktor miał „dekawkę” - przedwojenne niemieckie DKW, zabrał mnie nią na wycieczkę do ZOO. Siedziłem u niego na kolanach i kręcąc kierownicą „prowadziłem”.

 

Sztucer i koszykówka

 

Do przedszkola Jacek poszedł już jako 3-latek. Była to mała prywatna placówka – opiekunki zajmowały się grupką maluchów w zwykłych mieszkaniach. Gdy podrósł, ganiał po boisku pobliskiej Wyższej Szkoły Ekonomicznej – można było tam pograć w siatkę i kosza. Później będzie grał w koszykówkę na tyle dobrze, że znajdzie się w uczelnianej reprezentacji WSE – dwa razy trafią na ogólnopolskie mistrzostwa, raz nawet pokonają studentów warszawskiego SGPiS-u (Szkoła Główna Planowania i Statystyki, dziś: Szkoła Główna Handlowa).

Z dzieciństwa zapamiętał też sztucer i dubeltówkę ojca - wzbudzały przerażenie małego Jacka, ale też jednocześnie intrygowały. – Tato był zapalonym myśliwym. Płakałem, gdy przynosił do domu upolowane zające. Wisiały potem tu, na drzwiach kuchennych.

Przy ul. Abrahama rodzice Jacka zamieszkali od razu, gdy przybyli na Wybrzeże. Gdańsk był zniszczony - Urząd Wojewódzki najpierw miał więc siedzibę we Wrzeszczu przy Jaśkowej Dolinie, potem w Sopocie.

Lata szkolne Jacka to słynna „jedynka” - I LO w tzw. podkowie, przy ul. Książąt Pomorskich. - Dyrektorką była wtedy niemniej słynna Emilia Narudzka, ostra jak cholera. Moją wychowawczynią Irena Korsak, nauczycielka rosyjskiego. Do dziś pamiętam rozdanie maturalnych świadectw, w maju 1965 r. Ku mojemu zdziwieniu i zakłopotaniu obok kadry pedagogicznej zobaczyłem mojego ojca. Gdyby jeszcze stał, jak mama z innymi rodzicami… tymczasem on zajmował miejsce oficjalne, eksponowane. Byłem czerwony jak burak, bo nie uprzedził mnie o tym. A chodziło o odsłonięcie tablicy z patronką naszej szkoły - Marią Skłodowskiej-Curie. Ojciec odsłaniał tablicę jako przedstawiciel władz.

 

Ekonomia i Hans Kloss 

 

Jacek poszedł wsześniej do szkoły – w przedszkolu szybko nauczył się czytać. Przeskoczył więc pierwszą klasę, od razu znalazł się w drugie. Na studia – ekonomię i zarządzanie na WSE poszedł więc jako zaledwie 16-latek.

Ojciec zaszczepił w nim aktywność społeczną. Student Podhorski udzielał się więc w ZHP i w Zrzeszeniu Studentów - działał tam w komisji kultury. Redagował studencki magazyn „Bulaj”. Pamięta jak do Sopotu przyjechał Stanisław Mikulski, słynny kapitan Kloss. Studenci zorganizowali z nim spotkanie w klubie Łajba. To było wydarzenie sezonu - zobaczyć legendarnego Klossa na żywo, w mundurze, z twarzą dziwnie ogorzałą – jak się okazało od charakteryzacji. - W 1970 r. z połączenia WSE i Wyższej Szkoły Pedagogicznej stworzono Uniwersytet Gdański – przypomina Jacek. – W dokumentach ojca znalazłem korespondencję na temat interpelacji poselskiej, jaką złożył on już w 1957 r. w sprawie utworzenia tej uczelni. Mam więc wielką satysfakcję, że całe dorosłe życie przepracowałem w tej instytucji, na Wydziale Ekonomicznym (najpierw Zakładzie Ekonomii Politycznej Kapitalizmu, po transformacji w Katedrze Makroekonomii). Wykładałem tam w sumie 44 lata, do do 2014 r.

Na emeryturze też nie siedzi bezczynnie. Już w 1993 r. zrobił kurs przewodnika po Gdańsku, Gdyni i Sopocie - oprowadza grupy zagraniczne przypływające na wielkich wycieczkowcach. - Turyści są zachwyceni Gdańskiem - uśmiecha się Jacek. - Często mi mówią: „Słuchaj, Jack - to najpiękniejsze miasto na naszej trasie”. Za każdym razem mnie to cieszy. A dodatkową radość daje mi świadomość, że w odbudowie Gdańska miał swój wkład także mój ojciec. On też przyczynił się do tego piękna.