Zdjęcia galerii

       Moja historia to opowieść mojej prababci i cioci o moim prapradziadku Józefie Ullerze, ich wspomnienia z dzieciństwa i wczesnych lat młodości, kiedy to po tym, jak w czasie wojny zostali wygnani z Sopotu, wyrzuceni z własnego mieszkania wrócili tu z powrotem.                                                                                                                              

       Moja rodzina od 100 lat mieszka w Sopocie. Mój prapradziadek, urodził się w Mrzezinie koło Pucka. Pradziadek ukończył 7-letnią szkołę powszechną w Pierwoszynie, potem ciężko pracował w gospodarstwie. W 1913 r. poślubił moja praprababcię, Martę z domu Grubba i w lipcu 1914 r. przeprowadzili się do  Sopotu. Urodziła im się szóstka dzieci – Augustyn, Helena, Paula, Jan, Jadwiga i Wanda – moja prababcia. Najstarszy syn, Augustyn zginął w 1940 r. w obozie koncentracyjnym w Neuengamme.

        Po przeprowadzce do Sopotu prapradziadek zaczął pracę na Poczcie Polskiej w Gdańsku jako starszy ekspedient. Pracował tam do wybuchu II wojny światowej. Brał w tym czasie czynny udział w walce o sprawę polską w Wolnym Mieście Gdańsku.   W dniu 23 sierpnia 1939 r. w jego domu przeprowadzono rewizję. Tylko dzięki temu, że dziadek w tym dniu pracował na poczcie i  nie było go w domu uniknął aresztowania. Po służbie nie wrócił już do domu, tylko ukrywał się u krewnych i znajomych w Orłowie, Żelistrzewie i Redzie do marca 1945 roku. Za jego głowę wyznaczono nagrodę w wysokości 10 tys. marek. Cała rodzina została wyrzucona z mieszkania bez możliwości wzięcia jakichkolwiek przedmiotów, nawet rzeczy osobistych. Praprababcię oraz starsze dzieci wywieziono na roboty przymusowe do Niemiec. Dom, do którego wrócili po kilu latach tułaczki, był zupełnie pusty. Sąsiedzi,  którzy znali ich jeszcze sprzed wojny pomogli im się urządzić na nowo. Podarowali im pościel, meble i inne przedmioty codzienne użytku. Do Sopotu przyjechało wielu ludzi z Kresów i pozajmowało mieszkania pozostawione przez Niemców. Nie było niczego, aby urządzić mieszkania. Z dawnych niemieckich schronów ludzie zabierali nawet zniszczone materace. Przysyłano paczki z organizacji UNRRA, w których była żywność i ubrania. Powstawało wiele nowych miejsc pracy. Ludzie chętnie je zajmowali, gdyż tylko ci, którzy pracowali, dostawali kartki na chleb.

        W Sopocie powstawało wiele nowych towarzystw i organizacji. W sierpniu 1945 r. założono Klub Literacki, prowadzony przez Eugenię Kochanowską; organizowano wycieczki literackie, wieczory dobrej książki, spotkania z literatami i autorami m.in. Janem Parandowskim, Ewą Szelburg-Zarembiną, Konstantym I. Gałczyńskim.

        Siostra prababci, Jadwiga założyła 1945 r. Drużynę Harcerek Morskich. Prapradziadek Józef krótko po powrocie do Sopotu aktywnie udzielał się w pracach społecznych założył Stronnictwo Ludowe, gdzie od 1947 r. był prezesem. Działał w wielu organizacjach był członkiem Komisji Weryfikacyjnej miasta Sopotu dla obywateli byłego Wolnego Miasta Gdańska i Rzeszy Niemieckiej narodowości polskiej, był przez długie lata radnym w MRN, należał do Polonii Gdańskiej. Od 1 maja 1945 zaczął pracować w ZOM-ie jako kierownik zewnętrzny. Pracę podjęły również jego dwie córki, starsza z nich Helena również w ZOM-ie, a młodsza, Jadwiga w Dyrekcji Lasów Państwowych. Najmłodsza z rodzeństwa Wanda w tym samym roku zaczęła popołudniami uczęszczać do Szkoły Administracyjno-Handlowej, a rano pracowała jako goniec w sopockim ZOM-ie.

          W tym czasie Sopot odradzał się po wojnie, przybywało mieszkańców, których w dwa lata po wyzwoleniu było już 40 tysięcy. W 1946 r. mianowano pierwszego prezydenta Sopotu - został nim Antoni Turek, nauczyciel. W 1948 r. zapadły pierwsze decyzje, aby uczynić Sopot  miejscowością  uzdrowiskową.

           Prapradziadek za swoja działalność został wyróżniony wieloma odznaczeniami- „Brązowym Krzyżem Zasługi”, „Złotym Krzyżem Wojackim”, „Krzyżem Kawalerskim Orderu Odrodzenia Polski”, „Odznaką 1000 lecia” i wieloma innymi medalami. Część tych odznaczeń moja prababcia przekazała Towarzystwu Przyjaciół Sopotu do izby historii miasta ( przyszłego muzeum).

           W 1963 r. pradziadkowie obchodzili Złote Gody. Prapradziadek zmarł w październiku 1975 r. w wieku 86 lat.

          Jestem szczęśliwa, że mogłam poznać historię jego życzcie ia i jestem dumna, że był moim prapradziadkiem. Szkoda, że nie mogłam porozmawiać z nim osobiście, bo na pewno opowiedziałby mi jeszcze wiele ciekawych historii.

* Praca konkursowa - Natalia Leżuchowska