Zdjęcia galerii

Ze znacznym opóźnieniem znalazłam informację w „Dzienniku Bałtyckim” o akcji zbierania wspomnień z dziejów Sopotu w latach 1945 – 1948. W związku z problemami zdrowotnymi spieszę podzielić się przeżyciami z tego okresu.
Urodziłam się w 1937 roku w Gdyni, jako córka Adama i Leokadii Parchamowiczów. Po wkroczeniu do Gdyni wojsk hitlerowskich, dzięki temu, że moja matka urodzona była w Stanach Zjednoczonych, mojej rodzinie udało się pozostać w Gdyni do końca 1939 roku, jednak wobec odmowy przyjęcia tzw. III grupy obywatelstwa niemieckiego zmuszono nas do opuszczenia nowo wyposażonego mieszkania. Na spakowanie rzeczy pozostawiono 15 minut. Tak więc moja matka z dwójką małych dzieci, tj. roczną Haliną i ze mną Ireną (autorką wspomnień), z prawem zabrania przez każdą z dorosłych osób jednej walizki, zaszeregowana została do grupy osób przeznaczonych na wywóz do Generalnej Guberni. Załadowano nas wraz z babcią do pociągu zmierzającego na południe Polski. Wysiadłyśmy w Bydgoszczy, ponieważ tam mieszkał brat mojej matki i miała ona nadzieję, że przy rodzinie łatwiej będzie przetrwać ten trudny czas. Stało się jednak inaczej. W Bydgoszczy spędziliśmy całą okupację w niezwykle trudnych warunkach mieszkaniowych Wobec nieugiętej postawy matki, która kategorycznie odmawiała przyjęcia proponowanej przez okupanta grupy narodowościowej cierpieliśmy również głód, ponieważ przyznano nam najniższe racje żywnościowe. Mój ojciec, oficer marynarki handlowej, w dniu wybuchu wojny przebywał na statku płynącym do Szwecji, który został skierowany do Wielkiej Brytanii. Ojciec pozostał tam do końca okupacji gdzie na polskich statkach pod dowództwem brytyjskim brał udział w walkach z flotą niemiecką. Zaraz po wycofaniu się wojsk niemieckich z Bydgoszczy moja matka wraz ze swoim bratem wyruszyła pierwszym pociągiem, który jechał w kierunku Gdańska, aby czynić starania powrotu do swojego mieszkania w Gdyni. Wobec faktu, że nasze mieszkanie w wyniku bombardowania Gdyni uległo znacznemu zniszczeni i nie było możliwości zamieszkania w nim. Z pomocą przyszedł Związek Marynarzy i Portowców, którego działalność reaktywowano zaraz po zakończeniu działań wojennych. Jednym z zadań Związku była pomoc rodzinom marynarzy i dzięki ich wstawiennictwu za zniszczone mieszkanie w Gdyni dnia 14 kwietnia 1945 roku przyznano mojej matce „do tymczasowego użytku” mieszkanie w Sopocie. Po objęciu w posiadanie mieszkania moja matka pojechała do Bydgoszczy, aby sprowadzić do Sopotu swoją rodzinę, tzn. dwie małe córki i matkę. Aby nas bezpiecznie przewieść musiała uzyskać zgodę wydaną przez Urząd Bezpieczeństwa i Porządku Publicznego Zarządu Miasta w Bydgoszczy na nasz przejazd do Sopotu w celu „osiedlenia się”. Z tym określeniem moja matka nie mogła się nigdy pogodzić i przy każdej okazji przypominała, że nie „osiedliła się” lecz wróciła do miejsca, z którego została wyrzucona. Do Sopotu dojechaliśmy i zamieszkaliśmy w przydzielonym mieszkaniu dnia 5 maja 1945 roku. Po dwóch dniach zostałyśmy zapisane do szkoły, która została utworzona w budynku stojącym naprzeciw obecnego Urzędu Miasta. Nie pamiętam, niestety, ówczesnej nazwy tej ulicy, gdyż ulicą Kościuszki nazywano ciąg komunikacyjny, który później nosił nazwę Józefa Stalina. 10 lub 11 maja 1945 roku matka zaprowadziła nas do szkoły i tak zostałam uczennicą klasy I A, i wychowawczynią klasy została pani Hanna Siczkówna. Przez pierwszy tydzień w jednej klasie były dzieci różnych roczników, zarówno siedmioletnie, jak moja siostra Halina oraz młodzież, która przez okres okupacji pozbawiona była edukacji. Po kilku dniach nastąpił podział uczniów według wieku oraz stopnia posiadanej wiedzy. Moja umiejętność czytania i pisania pozwoliła na umieszczenie mnie w drugiej klasie, natomiast moja siostra została w klasie pierwszej. Prawie równocześnie nowo tworzone klasy zostały zlokalizowane w innych budynkach. Powołano Szkołę Podstawową Nr 1 w rozległym budynku przy ul. Kościuszki (później Stalina). Tam zostałam skierowana do klasy II A, której wychowawczynią była moja ulubiona Hanna Siczkówna, natomiast moja siostra Halina trafiła do Szkoły Podstawowej Nr 4, która znajdowała się na zapleczu Szkoły Nr 1. Obie te szkoły korzystały ze wspólnego boiska. Kierownikiem mojej szkoły został pan Węsierski. Jeszcze przed wakacjami pani Hanna Siczkówna zdołała przygotować zespół teatralny, aby m.in. piosenką „Zasiali górale owies” uświetnić zakończenie tego krótkiego roku szkolnego. Dziś nie jestem w stanie odtworzyć w pamięci kiedy i z czego nasze matki uszyły dzieciom stroje ludowe, które prezentowaliśmy podczas występu. Z mojej klasy II A i innych klas równoległych powołany został zastęp zuchów, natomiast dla klas starszych drużyna harcerska. Moją zastępową była Brygida Pietruszka. Po kilku dniach od rozpoczęcia nauki zorganizowano w szkole dożywianie uczniów. Wszyscy po latach wojny byliśmy niedożywieni. Do dziś pamiętam smak chleba i jajecznicy. Były to doznania smakowe, których już nigdy później nie doświadczyłam. Z porcji, które z siostrą otrzymywałyśmy połowę zabierałyśmy do domu dla mamy i babci, co nie oznaczało, że nie miałyśmy ochoty zjeść wszystkiego. Po skończonych zajęciach szkolnych biegałyśmy do piekarni przy ulicy Jana z Kolna, w której sprzedawano po jednym bochenku chleba. Z perspektywy czasu z podziwem wspominam doskonałą organizację życia szkolnego. W tamtych trudnych powojennych latach dzieci i młodzież objęte były szczególną troską. W szkole utworzono gabinet lekarski, w którym wszyscy bez wyjątku byliśmy szczegółowo przebadani. Lekarką w naszej szkole była pani Uszycka. Ponadto o stan czystości głów troszczyła się higienistka, ponieważ wszawica była w tym czasie niemal powszechna. Podczas dużej przerwy wszyscy obowiązkowo piliśmy tran. Ponadto działali w mieście lekarze, do których bez problemu i to nieodpłatnie rodzice mogli zgłaszać się z dziećmi potrzebującymi pomocy. Pamiętam doktora Czesława Pupiałło leczącego mnie przez wiele lat w związku z chorobą płuc spowodowaną wojennym niedożywieniem, doktora Betlejewskiego, wspomnianą wcześniej doktor Wigura – Uszycką szczególnie serdecznie doktora Glazora rezydującego w sopockim Grand Hotelu, gdzie mieszkał i prowadził praktykę lekarską i na długie lata został naszym lekarzem rodzinnym. Ponieważ terytorialnie naszą parafią był kościół pod wezwaniem „Gwiazda Morza” do niego uczęszczaliśmy na niedzielne msze święte. Do dziś pamiętam ile wysiłku nas kosztowało wysłuchiwanie kazań głoszonych przez księdza profesora Łęgę. Słowa tego wybitnego teologa adresowane były do wiernych o określonym poziomie intelektualnym. Pamiętam, że dla nas dzieci były całkowicie niezrozumiałe. Często też chodziliśmy na msze do kościoła Garnizonowego, w którym msze odprawiał ksiądz Matulewicz, niezwykle skromny o fizjonomii świętego Antoniego. Chodził zawsze pochyłom’ z opuszczoną głową. Przy mojej parafii „Gwiazda Morza” w wynajętej salce działała „Krucjata”, do której należały dzieci i młodzież. Tam księża oraz siostry zakonne przygotowywali przedstawienia z okazji świąt kościelnych. Spotkania były na tyle interesujące, że chodziliśmy tam bardzo chętnie. Godnym najwyższego uznania było to, że wszyscy pracujący z dziećmi, zarówno świeccy jak i duchowni organizowali mnóstwo zajęć pozalekcyjnych mających na celu integrowanie dzieci z różnych środowisk i różnych części kraju.
To tyle z moich ciepłych wspomnień pierwszych lat spędzonych w Sopocie po zakończeniu wojny. Wspomnienia dalszych lat, które przeżyłam również w Sopocie, a związanez dorastaniem, młodością i dalszą edukacją to temat na kolejne „wspominki”.