Kategorie haseł

Zdjęcia galerii

Galeria relacji:
Halina Anflink – biogram
 
Halina Anflink – urodzona 7 kwietnia 1934 roku w Gdyni. Podczas wojny wraz z rodziną wysiedlona na Kujawy. Po wojnie powróciła do Gdańska, a następnie przeprowadziła się do Sopotu, gdzie mieszkała rodzina męża, Andrzeja. Ojciec męża, Stefan Anflink, jako przedstawiciel poznańskiej firmy ubezpieczeniowej Vesta przybył na Pomorze w 1936 roku, w celu nadzorowania filii firmy w Gdyni i Wolnym Mieście Gdańsku. Do Sopotu przeprowadził się z rodziną rok później i zamieszkał wraz z sześciorgiem dzieci przy Nordstraβe (dziś ulicy Powstańców Warszawy). Podczas wojny rodzina musiała opuścić Sopot i przenieść się do Orłowa. Do kurortu powrócili dopiero po wojnie, osiedlając się przy ulicy Czyżewskiego.
 
Transkrypcja relacji Haliny Anflink (wybór)
 
Rodzina
 
Rodzice: Weronika i Stanisław Nagórka poznali się w Gdyni. Małżeństwo to skojarzył wujek. Mama pochodziła z Poznańskiego, z Wolsztyna. W Toruniu pracowała już jako  dorosła. A mój ojciec pochodził z Łomży. Wujek był mężem siostry mojej mamy – nazywał się Jan Kempa. W Toruniu siostra mamy poznała męża. Jako marynarz przeprowadził się na Wybrzeże – przenieśli się do Gdyni. Za nimi przyjechała siostra, czyli moja mama.
 
Wojna
 
W czasie wojny nas, Polaków, wywożono z Gdyni. Czas okupacji spędziliśmy w Aleksandrowie Kujawskim, później w takiej małej mieścinie Służewo. I tam przemieszkaliśmy przez wojnę. Ojca wywieziono do Niemiec, a mama utrzymywała się sama. Znała niemiecki i wykorzystała ten język, bo tam na terenie Kujaw było bardzo trudno z czytaniem i pisaniem. Mama za zgodą Niemców w swoim mieszkaniu prowadziła „biuro”, gdzie pisała podania o kartki i różne rzeczy, prowadziła korespondencję między ludźmi a urzędem. To było źródło dochodu, bo jeden gospodarz przyniósł butelkę mleka, drugi przyniósł pięć jajek, ktoś tam przyniósł woreczek mąki. Był taki okres, że za dużo było tego mleka – trzeba było się dzielić i oddawać sąsiadom. I tak tam przemieszkałyśmy. 
 
Małżeństwo
 
Męża poznałam na molo w Sopocie. Moja koleżanka była fizykoterapeutką w Gdyni i tam przychodził pacjent, którego spotkałyśmy na molo w towarzystwie mojego męża. Mąż wtedy mieszkał w Sopocie. W 1955 roku wyszłam za mąż. 
Spotykaliśmy się różnie, w Gdańsku albo w Sopocie – tu było więcej możliwości. Szło się na molo, gdy było lato, a jak nie lato, to na plażę. W Gdańsku do kina. Kawiarnie nie były tak popularne jak dzisiaj i było ich mało. Poznaliśmy się w lipcu, a następnego roku w kwietniu pobraliśmy się w Sopocie. Od tego momentu zamieszkałam w Sopocie na ulicy Czyżewskiego, w mieszkaniu z teściami. 
To było duże mieszkanie, tu się urodziła moja córka. Potem w 1964 roku dorobiliśmy się mieszkania na Przymorzu. Następnie zmarła teściowa, został teść. Był sam w domu i doszliśmy do wniosku, że przeniesiemy się do Sopotu. To było w 1975 roku. Po roku teść zmarł i zostaliśmy już w Sopocie, sami z synem i z córką.
 
Rodzina Anflinków
 
Rodzina mojego męża, Andrzeja Anflinka, pochodziła z Poznania. Teściowie pobrali się chyba w 1916 roku i mieszkali tam do 1936 roku. Wtedy przybyli do Gdyni. Z Klonówki koło Starogardu pochodzili przodkowie ojca męża. Ojciec teścia był zarządcą majątku w Klonówce. Tam się urodziła szóstka jego synów. Teść miał pięciu braci. Po szkole pobierał nauki kupieckie w Berlinie i przyjechał do Poznania. Był tam przez wiele lat szefem Rolnika. Rolnik w Poznaniu to była instytucja, która zajmowała się skupem zboża dla państwa. 
Wszystkie jego sześcioro dzieci urodziło się w Poznaniu. Najstarsza była Barbara. Wyszła za mąż za Henryka Gutta – jednego z szefów Hartwiga w Gdyni. Potem był Aleksander, który miał 20 lat, kiedy zaginął bez wieści podczas wojny w Warszawie. Następna była Krystyna, która wyszła za mąż po wojnie za Małeckiego, dyrektora PŻM-u w Szczecinie – mieszkali          w Szczecinie. Potem była Danuta – bezdzietna i bez męża, tak samo Maria i Andrzej, mój mąż. Urodził się 5 grudnia 1928 roku.
W 1936 roku przeprowadzili się do Gdyni, gdzie teść dostał zlecenie założenia Vesty. Na wzgórzu Focha wynajmowali domek, który jednak im nie służył. Była wilgoć – widać nie wyschło dobrze i dzieci chorowały. Chyba po roku przeprowadzili się do Sopotu i zamieszkali przy Nordstraβe czyli w tej chwili ulicy Powstańców Warszawy. 
Tam mieszkali do czasów wojny. A w czasie wojny ich wyrzucono. Mieszkali w jakimś obozie w Pucku i następnie w suterenie domu prywatnego pani Orlińskiej w Orłowie na ulicy Przebendowskich.
 
Przedwojenny Sopot
 
Rodzina męża często wspominała przedwojenny Sopot – że odbywały się korsa kwiatowe. Dzisiejszą ulicą Bohaterów Monte Cassino jechały bryczki i pojazdy udekorowane kwiatami. Teściom żal im było tych wszystkich hoteli, które zostały zniszczone w czasie wojny. Były wspomnienia, opowieści. Opowiadali, jak mój mąż dostał po buzi od hitlerowca, bo rozmawiał po polsku w czasie wojny, widać wtedy, kiedy jeszcze mieszkali w Sopocie.
Mieszkali tam w tym czasie, kiedy wizytował Grand Hotel sam Hitler. Policja chodziła wtedy po mieszkaniach, nakazując, że wszystkie okna mają być pozasłaniane, bo będzie Hitler wyjeżdżał. I teściowie śmiali się, że na własne oczy widzieli Hitlera, bo jednak podglądali.
Siostry męża uczęszczały do Gimnazjum Polskiego w Gdańsku, a mąż jeździł do Gdańska na ulicę Wałową do polskiej szkoły.
Teść podczas wojny pracował u Niemca, który był przyjazny Polakom. W porcie miał magazyny i przyjmował towary ze statków. Teść przynosił do domu pomarańcze i banany, bo Niemiec był przyjazny ludziom i w miarę możliwości rozdawał je pracownikom, żeby brali do domu.
 
Po wojnie
 
Po wojnie teściowie nie mogli wrócić do swojego mieszkania – było zajęte przez milicję, bo Grand Hotel był vis-a-vis. Był to dobry punkt obserwacyjny – tak to komentowali. Zdążyli swoje rzeczy przechować u ludzi, którzy nie byli Polakami. Wiele rzeczy podczas wojny przechowali w ogródku, w altance. Liczyli się z tym, że może nastąpić to najgorsze – że ich wyrzucą.
Po wojnie trzeba było szukać czegoś innego. Znaleźli mieszkanie na ulicy Czyżewskiego. Najpierw to było wielkie mieszkanie, ponad 200 metrów – cały parter. Urząd kwaterunkowy powiedział, że część mieszkania trzeba będzie oddać. I podzielili to mieszkanie. Mieli prawo wyboru, albo zatrzymać reprezentacyjną część, z 40-metrowymi salonami, albo część skromniejszą, z kuchnią, spiżarnią i łazienką. Zdecydowali się na tę „gorszą” cześć – wcale nie gorszą, bo spokojniejszą. Przechodziło się jedynie przez wspólny korytarz. A w drugiej części ludzie (dwie rodziny) poprzerabiali werandę na łazienkę i kuchnie. Nam zostało 110 metrów. Póki była wielka rodzina, to było miejsce, gdzie można było pomieszkać. Mieszkało się dobrze. Teraz, kiedy jestem w Sopocie, lubię robić sobie taką rundę – wchodzę ulicą Czyżewskiego, a wychodzę ulicą Obrońców Westerplatte.