Zdjęcia galerii

Galeria relacji:

Urodziłam się w Sopocie, akurat wtedy działał tu jeszcze (a działał tylko przez trzy lata) szpital położniczy. Od urodzenia mieszkałam na Monte Cassino i do dziś mieszka tam moja mama. Nigdzie się nie przeprowadzaliśmy, ponieważ mama twierdziła, że wszędzie ma blisko – po zakupy codzienne, odzieżowe, obuwnicze, gospodarcze, do restauracji, kawiarni, kina, teatru, na spacer i na plażę. Od dzieciństwa moje kroki rozpoczynały się właśnie tam.

Przedszkole pani Bruno
Chodziłam do przedszkola przy ul. Grunwaldzkiej, które prowadziła pani Bruno. Dziś na parterze tego domu jest sklep warzywniczy, zakład optyczny i jeszcze jakiś sklepik. Od godziny 9 do 13 trwały zajęcia. Było to prywatne przedszkole, więc tam było tylko kilkanaścioro dzieci. To były takie czasy, że nie mieliśmy zabawek! Bawiliśmy się kartonowymi biletami kolejowymi. W ramach zajęcia czasu pani między innymi dawała nam kupkę kaszy gryczanej i trzeba było rozdzielać czarne ziarenka od dobrych. Przy czym muszę podkreślić, że mówiliśmy wyłącznie po angielsku. Cztery godziny dziennie tylko po angielsku. Chodziłam tam od czwartego do szóstego roku życia. Pani Bruno była oczywiście Polką, ale wydaje mi się, że czas wojny i po wojnie mieszkała w Anglii. Pamiętam, że każde dziecko lunch przynosiło z sobą. Więc mama robiła kanapeczki i jakiś owoc się brało. I o 11 pani mówiła – wash your hands please! I każdy szedł sobie myć rączki. Pamiętam też stamtąd frazę – Can I go to the WC? Moja mama była przedsiębiorcza i gdzie była jakaś nowość to mama była na tak. Ojciec pływał, więc to nie były raczej jego decyzje, żebym poszła do takiego czy innego przedszkola, na balet czy do szkoły muzycznej. Takie decyzje podejmowała mama – pewnie jakoś konsultowała się z tatą, ale to musiało trwać miesiącami, bo przecież wtedy jedyna drogą komunikacji były listy. Przedszkole było płatne, ale myślę, że zdrowy rozsądek sprawił, że mnie tam rodzice posłali. Pani grała też na pianinie, uczyła nas śpiewać piosenki angielskie. Były plansze z obrazkami – living room, czy jakieś owoce, zakupy, breakfast. Nie wiem jak to pani robiła, ale między sobą mówiliśmy po angielsku. Ja teraz uczę angielskiego i dla mnie ogromną korzyścią było to, że od dzieciństwa mówiłam i słuchałam tego języka. W ten sposób nigdy nie miałam problemów z poprawną fonetyką czy mówieniem. Przychodziło mi to bardzo łatwo. Na początku mama mnie prowadzała do przedszkola, a potem już sama chodziłam, choć na Monte Cassino jeździły wtedy jeszcze samochody. Szłam koło Algi, potem przechodziłam przez Grunwaldzką i już byłam. Któregoś dnia, do dziś to pamiętam, postanowiłam zrobić coś innego niż pójść do przedszkola i znalazłam się przy ówczesnym barze mlecznym u góry Monciaka. Wtedy się wystraszyłam, że jestem nie tam gdzie trzeba i szybko pobiegłam do przedszkola. Po przedszkolu mama się mną zajmowała. Ale też po południu chodziłam dwa razy w tygodniu na balet do pani Staniewskiej. Zajęcia odbywały się w szkole nr 10. Wtedy pani, która była w domu do pomocy przychodziła po mnie, bo zimą to już było ciemno. U pani Staniewskiej były dziewczynki, ale też i chłopcy. To było dla rozrywki, lubiłam te zajęcia. Nie byłam dzieckiem, które dużo czasu spędzało na podwórku. Młodzież w naszym domu była starsza ode mnie o 3 do 5 lat i każdy miał swoje zajęcia. Bywałam na podwórku, ale rzadko. Piękne jest to, że po tylu latach i w sytuacji, kiedy prawie wszyscy z naszego domu, z którymi wtedy się przyjaźniłam mieszkają za granicą, nadal jesteśmy w kontakcie i zawsze się widujemy, kiedy przyjeżdżają do Sopotu.
Szkoła podstawowa i muzyczna
Kiedy zaczęłam chodzić do szkoły podstawowej, jednocześnie zaczęłam się uczyć w szkole muzycznej. Rozpoczęłam w klasie skrzypiec, ale nie bardzo lubiłam ten instrument. Pamiętam, któregoś dnia tato ze mną ćwiczył i naprawdę miałam bardzo dosyć i powiedziałam – to ja tacie zagram ze słuchu. Zagrałam jakąś melodyjkę, i wtedy tato skapitulował i powiedział, to starczy ćwiczenia na dziś. Później mama przeniosła mnie do klasy fortepianu. Moją rejonową szkołą była „dziesiątka”, ale moja klasa miała chodzić na godziny popołudniowe i w związku z tym mama mnie przeniosła do „jedynki”. I wtedy mogłam chodzić do szkoły muzycznej po lekcjach w szkole podstawowej. Szkołę podstawową muzyczną skończyłam normalnie, a średnią w ramach ogniska muzycznego. Miałam swoje skrzypce, a później rodzice kupili też pianino z berlińskiej firmy Carl Ecker z 1902 roku dla mnie. Sąsiadka obok grała też na fortepianie, ona chodziła do szkoły muzycznej do Gdańska na ul. Gnilną. Ja z nią chodziłam na koncerty, na przedstawienia operowe i bardzo mi to pomagało w odkrywaniu muzyki klasycznej. Te koncerty mnie bardzo zachęciły do nauki gry na fortepianie. I tak jak najpierw się nie przykładałam, to później już grałam poważny repertuar i występowałam na różnych popisach. Ćwiczyłam po parę godzin dziennie. Miałam bardzo dobrą profesor od fortepianu.
Szkoła muzyczna mieściła się na Obrońców Westerplatte. W klasie, podczas zajęć z umuzykalnienia czy audycji muzycznych siedzieliśmy w dwuosobowych ławkach. Myślę, że w moim roczniku było około 15 osób. Tam była też świetlica. Czasem brałam sobie lekcje z tej pierwszej szkoły i odrabiałam, kiedy trzeba było czekać na zajęcia. Albo się po prostu siedziało i odpoczywało. Pracował w szkole pan woźny Miklewski. Można było sobie u niego kupić ciasto, które piekła jego żona i herbatę. Ja zawsze brałam na kredyt, a mama przychodziła raz w miesiącu uregulować. Szkoła mieściła się w pięknej willi poniemieckiej. Pamiętam, że miała piękne schody. Oczywiście w środku została przebudowana. Zrobiono wiele klas, bardzo małych, tak by tylko pianino się zmieściło, stolik z krzesłem, i by można było grać. Szkoła muzyczna organizowała nam też różne wycieczki – raz byliśmy w Poznaniu i Gnieźnie. Poszliśmy wtedy do opery poznańskiej na „Straszny Dwór”. Pamiętam, zwiedzaliśmy także wtedy również Biskupin. Innym razem pojechaliśmy do Warszawy. Widzieliśmy wtedy Żelazową Wolę i Grunwald. Takie wyjazdy zawsze były połączone z wyjściami na koncerty.
W „jedynce” nasz pan matematyk sprowadzał różne filmy i prowadził klub filmowy. Chodziłam tam czasami, oglądałam wtedy po raz pierwszy na przykład „Szatana z siódmej klasy”. Telewizja w tamtych czasach nie była dostępna w każdym domu. U nas w domu telewizor pojawił się, kiedy miałam 10 lat i był dla nas, jako dzieci, ściśle reglamentowany. Stąd był czas na inne zajęcia.
Na 1 maja byłam w o tyle komfortowej sytuacji, że mówiłam, że idę na pochód z muzyczną, a w muzycznej, że idę z podstawową. W szkole średniej – chodziłam do liceum do Gdyni. Wtedy chyba tylko raz byłam na gdyńskim pochodzie.
Rozrywka
Molo to była oczywiście dla mnie rutyna – 3 minuty od domu. Ale ja kocham całe miasto. Kiedy wyjechałam na dwa lata – jako dorosła osoba – do Ameryki, Sopot po nocach mi się śnił. Spacerowałam sobie w tych snach po różnych ulicach. W V – VI klasie, gdy przyjeżdżała do mnie kuzynka latem, biegałyśmy na 17 godzinę na molo, kiedy w muszli koncertowej były koncerty. My nie wchodziłyśmy przez bramkę, ale słuchałyśmy i oglądałyśmy występy z tarasów – bez biletu. Ponieważ codziennie powtarzano ten sam koncert (w połączeniu z pokazami mody i rodzajem kabaretu), po jakimś czasie znałyśmy cały repertuar na pamięć. A jednak, codziennie tam biegałyśmy. Pamiętam śpiewał wtedy w muszli pan Bogdan Olewicz. Zawsze też się chodziło do Parku Północnego na spacery i do Meduzy – częściej niż do Południowego. Z chodzeniem na plażę miałam różne okresy – raz na tą, raz na inną. Plaża tzw. Grandowska była płatna, płaciło się chyba złotówkę. Za plażę na Łazienkach Północnych i Południowych też. Dalej była tzw. plaża dzika – pod Jelitkowo i pod Kamienny Potok. Te plaże oddzielano siatką, która szła w morze. Ale mój brat był na tyle oszczędny, że nie chciał płacić ze swojej tygodniówki wstępu na plażę, ale szedł na dziką, a potem sobie przepływał. Nie było jednak żadnych osobnych miejsc wydzielonych dla gości hotelowych, tak jak usiłuje się to robić dziś. Każdy mógł wejść na plażę przed Grand Hotelem. Moim ulubionym miejscem na plaży i w Sopocie było solarium. Do dziś je wspominamy z zagorzałymi fankami tego miejsca i zastanawiamy się komu to przeszkadzało… Moja mama chodziła jeszcze jak działało solarium w Łazienkach Południowych. Ja jako dziecko zostawałam na kocyku – co pół godzinki wyglądała do mnie mama. Lampa była jedna – słońce! Panie opalały się tam w stroju Ewy. Trzeba było coś za wejście zapłacić. Ja natomiast chodziłam później na solarium, które było w Łazienkach Północnych. Wtedy Łazienki były bardziej rozbudowane. Solarium było na dachu kawiarni Północna. Były tam drewniane „łóżeczka” z podwyższeniem na głowę. Też się za wstęp płaciło. Tam toczyło się życie towarzyskie – spotkania koleżanek, ploteczki, kawka, herbatka, czasem ciemne piwo z colą. Panie sprzedawały, kupowały ciuchy, prawie jak komis (ciekawe, kto dziś wie co to był komis). Spotykała się tam żeńska śmietanka towarzyska. To było sympatyczne i fajne, chodziłam tam pod koniec lat siedemdziesiątych i na początku osiemdziesiątych. Plaża i woda były wtedy tak brudne i zanieczyszczone, że właściwie nieużywalne. Ostrzegano wtedy, że jest zakaz kąpieli, nie wiem czemu, pewnie jakieś bakterie. Więc chodziłam do czy też na solarium, bo uwielbiam słońce. Z czasem plaże zaczęły znów funkcjonować, a solarium bezceremonialnie i ku zawodowi jego wielbicielek – zlikwidowano. Pracowała w solarium tylko jedna pani, która kasowała za wstęp, układała wszystkie deski w porządku po opalanku, obsługiwała prysznice, robiła kawki, herbatki itp.
Chodziłam też do Opery Leśnej, pamiętam festiwal w 1962 lub może ‘63 roku. Byłam na koncercie z moją kuzynką i to na tym koncercie Tamara Miansarowa wylansowała piosenkę „Pust’ wsiegda budiet sonce”. Co najmniej raz w sezonie do Opery Leśnej trzeba było pójść. Myśmy zawsze kupowali bilety na imprezy, ale wielu ludzi słuchało koncertów zza płotu Opery Leśnej – też fajnie! Kiedy chadzałam do Opery Leśnej na imprezy, nawet do głowy mi nie przyszło, że Opera będzie na przełomie lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku także moim miejscem pracy. Pracowałam wówczas w charakterze Product Manager w BART i byłam odpowiedzialna za produkcję koncertu Grand Prix w czasie sopockiego festiwalu. Wbrew pozorom, przygotowania do festiwalu trwały prawie cały rok. Hipodrom odkryłam dopiero w późnych latach osiemdziesiątych. Wyprowadziłam się od rodziców na ulicę Słowackiego i teraz z okna mojego mieszkania mogę słuchać wszystkie koncerty, które odbywają się na hipodromie – np. Eros Ramazzotti, wcześniej Tina Turner. Pamiętam natomiast dobrze korty – tam było kino letnie. Moi rodzice chodzili do tego kina latem bardzo często, a ja z kolei do teatru letniego. Dziś w miejscu teatralnego namiotu jest Hotel Haffner. Grały tam różne zespoły, bajki przedstawiano – „Królewnę Śnieżkę” pamiętam. Teatry z Warszawy przyjeżdżały – pamiętam z Ćwiklińską sztukę „Drzewa umierają stojąc”. Chodziłam też do Non-Stopu – moje czasy to te, gdy znajdował się w miejscu dzisiejszego rynku. To była ostatnia lokalizacja, nie było to już tak kultowe miejsce, jak w czasach, gdy Non-Stop był nad morzem. Ale koncerty były świetne – grali Niebiesko-Czarni, Czerwone Gitary, Skaldowie czy Niemen – za parę złotych się wchodziło i tańczyło, nie trzeba było wydać sporej kasy, żeby posłuchać zespołów na topie. Było bardzo głośno, choć dziś pewnie ówczesne nagłośnienie nie zrobiłoby na nikim większego wrażenia.
Za czasów studenckich mawialiśmy, że bilans musi wyjść na zero i trzeba wyrównać poziomy, w związku z tym po obejrzeniu jakiejś sztuki, żeby wyjść na zero chadzaliśmy czasami do Złotego Ula czy Espresso pod Łysą Górą na piwo.

Monte Cassino
Zakupy z mamą robiłyśmy głównie na Monte Cassino – można tam było absolutnie wszystko załatwić – od podstawowych zakupów spożywczych, po odzieżowe, a również były kina i teatr. Dlatego moja mama nigdy nie chciała się stamtąd wyprowadzić. Na parterze naszego domu był sklep Telimena z konfekcją damską, w pawilonie obok, którego dziś nie ma, na jego miejscu jest knajpa Pinokio, był warzywniak, mleczarnia czyli sklep spożywczy – z pieczywem, nabiałem itp., dalej był sklep AGD z sitkami, garnkami itd., czyli sprzętem gospodarstwa domowego, za nim był sklep tekstylny z materiałami kupowanymi na metry. Potem był warzywniak i dalej już brama – wejście na tzw. Zacisze. Kiedy byłam dzieckiem, w tamtym podwórku był pan, który prowadził sklepik z fotografiami znanych aktorów, zespołów – Brigitte Bardot, Klaudia Cardinale, Yves Montand, Roger Moor czyli Simon Temper, Richard Chamberlane czyli Doktor Kilder, The Beatles razem i osobno i wiele, wiele innych. Pamiętam, że jedno zdjęcia kosztowało 2 złote. Ale wracając do Monciaka. Można też było robić zakupy w Delikatesach, albo u tzw. bauera. Jeszcze był mięsny naprzeciwko moich okien, gdzie od 5 rano były kolejki. W piekarni u Mieczkowskiego było bardzo dobre pieczywo. To był malusieńki sklepiczek za dawną Cepelią, ale dziś już zupełnie nie ma tej topografii. Na Monciaku był też sklep rybny, tu gdzie dziś KFC, więc nie trzeba było chodzić do rybaków, tylko kupowało się ryby w tym sklepie. Wiem, że moi sąsiedzi i znajomi chadzali czasem po rybę do rybaków, ale w moim domu tej tradycji jakoś nie było. Wejście do mojego domu mieściło się między Telimeną a sklepem z cukierkami. Za sklepem z cukierkami był fryzjer, sklep Herbapolu i, funkcjonująca do dziś, kwiaciarnia. Był też inny sklepik z cukierkami na Monciaku, pomiędzy dawnym dużym fotografem a Stefanką. Sklepik ten prowadziły dwie starsze panie. Miały nawet cukierki własnego wyrobu. Ułożone były one w różnych słojach. Więc jak szłam do szkoły muzycznej to czasami tam wstępowałam. Różne słodycze tam były. Słyszałam po latach, że te panie zostały zamordowane, ktoś na nie napadł. Był też na Monciaku sklep Bata. Mieścił się między bramą na Zacisze a fotografem. Kiedy byłam dzieckiem w witrynach fotografa wystawiano zdjęcia artystów występujących w festiwalach sopockich.
Pamiętam na Monte Cassino polewaczki. To były takie samochody, które rozpylały wodę. Ale to wcale nie była taka mgiełka, tylko normalnie woda leciała strumieniem, „wypluwana” przed samochodem. Jeździły po Monciaku, kiedy był upał. To było kapitalne – powietrze było jak po deszczu, wszystko odświeżone. A kiedy był prawdziwy deszcz, na Monciak były wystawiane kwiaty doniczkowe z wszystkich sklepów.
Lubiłam okres letni. Pamiętam z tarasu Algi muzyka głośno grała: Tom Jones, Cliff Richards, Engelbert Humpertink…. Na taras Algi chodziło się na deserki, kawki czy fajfy. Nad Monciakiem latem wieszane były różne ozdoby – czasami kule, innego roku rodzaj proporców. Była to inicjatywa miasta na okres letni. Nie było wtedy mody na ogródki, więc Monte Cassino było szersze. Ludzi kiedyś było o wiele więcej niż dziś. Jak szłam do domu to musiałam się przemykać.

Pierwsza Komunia i pani Gąskiewicz
Pierwszą Komunię miałam w Sopocie u Jerzego – to była moja parafia. Było to w pierwszej połowie lat sześćdziesiątych ubiegłego wieku. Pamiętam komunię i moje przyjęcie komunijne – odbyło się w domu. Sukienka była szyta przez krawcową, bo moja mama zawsze się ubierała u krawcowej. Rzadko kupowała coś gotowego. Miałam długą sukienkę z białej koronki. Szłam w tej sukience w procesji i niosłam poduszkę z koroną cierniową – mam takie zdjęcie. Na przyjęciu było około 20 osób. A dużą część przyjęcia przygotowała pani Gąskiewicz. Była to bardzo słynna pani w Sopocie, która mieszkała na Obrońców Westerplatte. Najpierw prowadziła na Haffnera, blisko Monte Cassino restauracyjkę „Moja Maleńka”. Pysznie gotowała. Kiedy byłam dzieckiem, czasem z mamą chodziłyśmy do niej na obiady. Nauczyłam się tam jeść ozorki, które pani Gąskiewicz przygotowywała wspaniale. A później pani Gąskiewicz prowadziła pensjonat naprzeciwko szkoły muzycznej. Stołowali się u niej artyści, różne znane nazwiska z ówczesnej sceny i polskiego show-biznesu. I właśnie ta pani Gąskiewicz na komunię przygotowała dla nas obiad. Później wyjechała do Paryża i zupełnie przypadkiem trafiła do Maisons-Laffitte i tam gotowała dla Giedroycia i mieszkającego w jego domu malarza Józefa Czapskiego. Mój chrzestny dał mi w prezencie na komunię zegarek z NRD, chrzestna Trylogię, która do dziś stoi u mnie na półce, a ciocia dała mi książę o malarstwie, dzięki której dużo się dowiedziałam na temat malarzy i malarstwa polskiego z początku ubiegłego wieku. Moja sąsiadka, która miała ogród w Orłowie przyniosła mi naręcze białego bzu – był piękny. Pamiętam do dziś.
Procesje kiedyś na Boże Ciało były osobno – każda parafia miała swoją. Dziś w Sopocie jest jedna. Chodziło się z Jerzego Chmielewskiego, Bieruta, czasem procesja wracała Monciakiem do góry, a czasem jeszcze szła ul. Grunwaldzką i Chopina. Różne były trasy, mam zdjęcia z mojego okna i raz idzie procesja w górę, a na innym zdjęciu idzie w dół Monte Cassino.

Komunikacja
Ja miałam wszystko tak blisko, że nie odczuwałam potrzeby korzystania z komunikacji. Jeśli czasem jeździłam do szkoły podstawowej, wsiadałam w trolejbus. Ale w obrębie Sopotu nie potrzebowałam komunikacji. Na przykład do Oliwy jechał sprzed Grand Hotelu autobus 122 i zawsze do Zoo w Oliwie nim jeździliśmy – przynajmniej raz w sezonie. Później, kiedy jeździłam do liceum do Gdyni to kolejką.

Mieszkanie
Moja mama pochodzi z okolic Łodzi, a do Sopotu, a właściwie do Gdańska, została zaproszona w 1947 lub ‘48 roku przez kuzyna na wakacje. Ale wakacje się zmieniły w całe życie i mama mieszka w Sopocie do dziś. Mama pracowała jako manicurzystka i w Sopocie zaczęła pracować najpierw dla pani Zakrzewskiej, która wtedy miała swój gabinet kosmetyczny na parterze naszego domu na Monte Cassino. Pani Zakrzewska była kosmetyczką i jak zobaczyła, jak mama zrobiła jej manicure w ramach testu praktycznego na przyjęcie do pracy, powiedziała, że nawet w Warszawie nie zrobiono jej manicure tak wspaniale i w ten sposób mama dostała u niej pracę. Kiedy mama zaczęła pracować u pani Zakrzewskiej, ta zaproponowała mamie wynajęcie pokoju w jej mieszkaniu, które znajdowało się na pierwszym piętrze. Żal jej było, że mama musi codziennie dojeżdżać z gdańskich Siedlec do pracy. To był zaczątek naszego mieszkania na Monciaku.

Mój ojciec pochodził z okolic Torunia. Przyjechał tutaj po wojnie i uczył się w Gdyni PCWM – szkole kształcącej ówczesną polską kadrę morską. Ojciec na początku lat pięćdziesiątych pływał w żegludze przybrzeżnej – Gdańsk, Sopot, Gdynia, Hel, Jastarnia. A mama przeniosła się z czasem do zakładu kosmetycznego „Uroda” na ul. 10 Lutego w Gdyni. Zakład ten miał swoją delegaturę na lato w Jastarni i mama większość czasu tam spędzała. Któregoś razu na statku „Julia”, podczas podróży z Sopotu do Jastarni (czyli z domu do pracy) mama poznała mojego ojca. Historia ich poznania się jest bardzo romantyczna i mama opowiadała ją wielokrotnie. Dzięki temu rejsowi do Jastarni rok później był ślub. Kiedy się poznali było lato 1953 roku. Moja mama z tatą zamieszkali po ślubie we wrześniu 1954 roku na Monte Cassino, na razie w tym jednym pokoju, wynajmowanym przez mamę – ze wspólną kuchnią, łazienką i korytarzem. W drugim pokoju mieszkała pani Zakrzewska z matką, panią Żyszczewską i synem Wojtkiem (mężem p. Zakrzewskiej, primo voto p. Lewoniewskiej, był jeden ze znanych braci lotników Lewoniewskich, a ulica ich imienia przebiega nad torami na Zaspie) w trzecim państwo Baziukowie, a w czwartym rezydowało UB … Tak to było – słynne sopockie spółki. Tak było przez pierwsze lata mojego życia. Później, kiedy mój brat miał przyjść na świat, zwolnił się jeden pokój i rodzice zamieszkali w dwóch pokojach, po drobnej przebudowie utworzono osobne dwie kuchnie i łazienki, a przedpokój nadal do wspólnego użytkowania. W pozostałych dwóch pokojach do dziś mieszka inna rodzina. I tak już chyba będzie. W mojej głowie jest jeszcze wiele sopockich wspomnień, ale reszta może przy innej okazji.