Elżbieta Szulc-Zielińska

Sopot ma swój własny zapach

 

- Zastanawiałam się kogo mogą zainteresować moje osobiste wspomnienia, czy w ogóle warto o nich mówić – przyznaje Elżbieta Szulc-Zielińska. – Ale teraz myślę, że rzeczywiście historia miasta buduje się na przeżyciach sopocian. Dobrze je poznać. Dlatego też niedawno dołączyłam na facebooku do grupy „Dawny Sopot i jego mieszkańcy”. Dzięki temu, że sopociacy wrzucają tam dużo zdjęć, mogę sobie przypomnieć jak wyglądały domy, ulice czasów mojej młodości. Lubię tę podróż w przeszłość, tę melancholię.

Rozumiem skąd ta melancholia. Elżbieta od ponad 30 lat mieszka w Singen w Niemczech, nad jeziorem Bodeńskim. Rozmawiamy więc przez messengera.

Pytam o zdjęcie, które opublikowała na „Dawnym Sopocie”. Słoneczny, letni dzień. Blisko molo stoi mała Ela z babcią, mamą i bratem. Mama i córka w jasnych sukienkach, dzieci w białych podkolanówkach. Ela trzyma rączkę wózeczka dla lalek. – To był chyba rok 1960. Ale nie pamiętam tego dnia. Zdjęcie niedawno dostałam od kuzynki. Zdziwiłam się, bo moi rodzice go nie mieli. Pamiętam za to lalkę, którą woziłam w tym wózku. Miała piękną buźkę i rączki z porcelany. I długie loki, które mogłam czesać. Jako jedyna dziewczynka w rodzinie (miałam dwóch braci) byłam rozpieszczana przez rodziców – dodaje ze śmiechem.

Stukanie w grzejnik wzywa na kawę

- Mój tato, Wacław Zieliński urodził się w 1922 r. w małej wiosce Radogoszcz w Borach Tucholskich. Jego rodzice Bronisława i Józef Zielińscy przed wojną mieszkali we Francji. Dziadek pracował tam jako górnik. W Radogoszczu byli krótko. Zaraz po wojnie przeprowadzili się do Wrzeszcza, gdzie mieszkali do końca życia – opowiada Elżbieta. - Również z Radogoszcza pochodziła moja mama, Halina. Jej rodzice: Władysława i Antoni Koseccy byli bardzo prostymi skromnymi ludźmi, ale mieli złote serce. Bardzo lubiłam spędzane u nich wakacje. Mleko prosto od krowy, masło robione przez babcię, podobnie jak ciemne piwo czekało już na nas, na wnuków. Raz w tygodniu babcia chleb. To był najsmaczniejszy chleb, jaki kiedykolwiek jadłam! Ile bym dzisiaj dała za kawałeczek takiego chlebka…

- Gdy moja mama miała 14 lat, zakochała się moim tacie. Z wzajemnością. To była wielka miłość. Podczas wojny tata walczył na Krecie, w Jugosławii, w Tunezji. Niedługo po wojnie przyjechał, jeszcze jako kawaler do Sopotu za pracą. Tata był kominiarzem. Jakiś czas potem dojechała do niego moja mama. Pobrali się, gdy miała 20 lat, tata 26.  Ślub odbył się w Urzędzie Stanu Cywilnego w Sopocie.

- Mieszkania wtedy stały puste – opowiada dalej Elżbieta. – Na początku rodzice osiedlili się w Górnym Sopocie. Nie mieli jeszcze żadnych mebli, półki w kuchni zrobili sobie ze skrzynek. Potem przenieśli się do domu na ówczesnej u. Gwardii Ludowej, teraz Mokwy. I tam w 1956 r. się urodziłam. Mieszkałam w Sopocie przez pierwsze 20 lat. Do dziś zachowałam sentyment i miłość do mojego miasta. 

Dobrze pamięta rodzinne mieszkanie. – 40 metrów kw., dwa przejściowe pokoiki i kuchenka. Potem rodzice zrobili jeszcze maleńką łazieneczkę. Wcześniej była wspólna z sąsiadami. W domu mieszkały trzy rodziny. My na parterze.

Na grupie „Dawny Sopot…” ktoś opublikował fotografię z Peterem Konfederatem, słynną niegdyś sopocką osobistością, ekscentrykiem znanym z tego, że lubił dziewczyny z długimi włosami (ciągnął je za warkocze) i pisał wiersze na zamówienie. Na tym zdjęciu salutujący Peter z nieodłączną amerykańską flagą stoi przed typowym sopockim domem: przeszklona zabudowana weranda, drewniane zdobienia, łuki nad oknami. To właśnie dom, w którym urodziła się i dorastała Elżbieta.

- Nasze okna wychodziły na drewniane komórki. Trzymaliśmy w nich króliki i węgiel – wspomina sopocianka. - Zadaniem dzieci było codzienne zbieranie zielska dla królików. Ogródek był malutki, tylko parę kwiatków pod oknem… Mam bardzo dobre wspomnienia z tego okresu. Nasza mała uliczka jest bardzo blisko Grand Hotelu i morza. Jako dziecko wychodziłam z domu tylko w stroju kąpielowym, z ręcznikiem zarzuconym na ramię i tak biegłam na plażę. To było moje ulubione miejsce. I do tej pory jest – uwielbiam spacery nad morzem.

Do przedszkola nie chodziłam. Mama była w domu, zajmowała się nami – mną i moim braćmi: starszym o siedem lat Ryszardem i o dwa lata starszym Waldemarem. Na Gwardii żyliśmy jak wielka rodzina. Wszystkie dzieci trzymały się razem. Jak tylko odrobiliśmy lekcje, spotykaliśmy się na ulicy. Graliśmy w palanta, w klasy, skakaliśmy w gumę, bawiliśmy się w chowanego. Najlepsza do tego była pobliska ul. Winieckiego – chowaliśmy się tam za wielkie drzewa.

Pamiętam jak dostarczano nam pod drzwi mleko w butelkach, na ulicę przychodzili Cyganie i sprzedawali patelnie, które chętnie były kupowane przez gospodynie domowe.

Ludzie z naszej ulicy lubili się, pomagali sobie. Moja mama z sąsiadką z góry, panią Józefą Szczypior codziennie razem piły kawę. Jako dziecko, zanim poszłam do szkoły, też z nimi siedziałam, lubiłam dostać chociaż łyczek kawki. Mama i sąsiadka miały swój specjalny sygnał. Gdy kawa już była zaparzona, uderzały w grzejnik. „Aha, kawa gotowa, idziemy do góry!”. Albo odwrotnie.

Świadkowie

Pytam o szkołę.

- Chodziłam do „siódemki” na ul. Bieruta, dziś Haffnera. Nosiliśmy fartuszki z białym kołnierzykiem, na ramieniu obowiązkowo szkolna tarcza. Moją wychowawczynią była pani Wiesława Olbryk. Czy lubiłam szkołę? Tak. Dobrze się uczyłam, byłam lubiana w klasie. Jako pierwszoklasiści na rozpoczęcie szkoły dostaliśmy pączka i kakao.

Kim mała Ela chciała zostać w przyszłości? – Miałam skromne plany. Dostawałam bardzo dobre stopnie, nauczyciele poprosili więc rodziców na rozmowę, uważali, że  powinnam uczyć się wyżej – w liceum. Ale ja miałam inne plany. Byłam wychowywana jako świadek Jehowy i po szkole chciałam zdobyć zawód, a potem więcej czasu poświęcić na służbę mojemu Bogu. I tak zrobiłam. Skończyłam trzyletnią szkołę zawodową we Wrzeszczu, kierunek introligatorstwo. Pomyślałam, że to może być ciekawe - praca z książkami. Po szkole przez pewien czas mogłam więcej głosić ludziom Dobrą Nowinę.

Czy świadkowie Jehowy mieli wtedy w Sopocie swój zbór?

- Nie mieliśmy oficjalnego budynku, w którym moglibyśmy się gromadzić. Spotykaliśmy się w domach prywatnych. W grupkach po około dziesięć osób, umawialiśmy się trzy razy w tygodniu, żeby studiować Pismo. Wcześniej trzeba było się jeszcze przygotować do takiego zebrania. Finansowaliśmy się (i tak jest do tej pory) z własnych dobrowolnych datków. W Niemczech też jesteśmy, na całym świecie zresztą. Nasza strona internetowa: jw.org jest dostępna w 1029 językach. Z tym, że teraz mamy swoje domy na spotkania. Przez pandemię zmieniły się jednak nasze metody głoszenia Dobrej Nowiny – robimy to tylko przez internet, przez pisanie listów, rozmowy telefoniczne.  Proponujemy rozwiązania problemów nie przez ludzkie rządy, a przez Królestwo Boże. Głosimy, że nastąpią lepsze czasy. Sama do tej pory też jestem czynną głosicielką. I to jest najlepsze, co mogło mi się w życiu przytrafić.

Elżbieta podkreśla przy tym: - Z powodu wyznania nigdy nie byłam przez rówieśników szykanowana. Owszem, słyszałam, że zdarzały się takie incydenty, kiedy źle odnoszono się do świadków Jehowy, mnie to jednak nigdy nie dotknęło.

Trubadurzy na plaży

Starszy o siedem lat Ryszard lubił spędzać czas z siostrą. Nie przeszkadzało mu, że to smarkula. Wręcz przeciwnie – był dumny spacerując z nią pod rękę, zagadującym kolegom odpowiadał żartem: „To moja dziewczyna”.

-  Wprowadzał mnie w świat muzyki – uśmiecha się na to wspomnienie Elżbieta. - Lubiliśmy Czerwone Gitary, Trubadurów, Czesława Niemena wręcz kochaliśmy. Brat zabierał mnie pod Non Stop – klub był wtedy przy plaży, między ul. Drzymały a Traugutta. Byłam za młoda żeby wejść do środka, ale brat sadzał mnie na drucianym płocie, żebym wszystko dobrze widziała. A mnie rozsadzała duma, że jestem ze starszym chłopakiem.

Elżbieta opowiada, że muzyków, którzy występowali w Non Stopie czy w Operze Leśnej spotykało się tak zwyczajnie na ulicy. Inaczej niż dziś – bez ochroniarzy, bez armii śledzących każdy krok paparazzich. Artyści nie byli niedostępnymi istotami z innego świata, a zwykłymi ludźmi z talentem. Pytam kogo szczególnie zapamiętała z tamtych lat.

- Kiedyś spotkałam Serweryna Krajewskiego. Uśmiechnął się do mnie, a byłam już wtedy młodą mężatką. Tego się nie da zapomnieć – śmieje się. - Na Bohaterów Monte Cassino minęłam też Niemena w tym jego kapeluszu. Rzucał się w oczy z daleka, ale był jak wszyscy – uśmiechnięty, kontaktowy. W sezonie pod Grandem zawsze czekała grupa młodych ludzi, muzycy podjeżdżali, część z nas rzucała się po autografy. Ja ich akurat nie zbierałam, ale kiedyś założyłam się z koleżankami i kolegami, że przejdę przez słynny hotel na plażę jak światowa turystka i nikt mnie nie wygoni. Udało się. Na plaży siedzieli sobie wszyscy Trubadurzy. Kiwali do nas: „Chodźcie, chodźcie”. Ale mamusia zabroniła mi rozmawiać z obcymi panami, więc nie podeszliśmy.

Do Grand Hotelu rodzice Eli chodzili na potańcówki. – Bardzo lubili tańczyć. Mama miała na takie okazje piękne suknie, w stylu lat 50.-60. Rozkloszowany dół, dopasowana góra, do tego niskie szpileczki. Była bardzo elegancka, lubiłam na nią patrzeć. My, dzieci zostawaliśmy wtedy oczywiście w domu. Ale świetnie dawaliśmy sobie radę. Ach, jeszcze coś mi się przypomniało à propos muzyki – pamiętam letni wieczór, zaczyna się zmierzchać. Nagle słyszę, że ktoś śpiewa pod oknami: „Kto na ławce wyciął serce, i podpisał ‘głupiej Elce’, kto, no powiedz kto…” A ja przecież Elżbieta. To chłopaki z sąsiedztwa śpiewały piosenkę Czerwonych Gitar. „Fajnie” - pomyślałam.

Zakochany fotograf

Zdjęcie, które Elżbieta wstawiła na swoim facebookowym profilu przedstawia piękną, młodą dziewczynę. Długie włosy z przedziałkiem po środku, rozmarzone spojrzenie.

- Fotografię zrobił pewien chłopiec, moja pierwsza wielka miłość – wyjaśnia sopocianka. - Razem chodziliśmy do szkoły zawodowej we Wrzeszczu, on był w klasie elektrycznej. Mieszkał koło Politechniki. Fotografia była jego hobby, udzielał się w kółku fotograficznym. Tak, miałam wtedy długie włosy, ale mini nie nosiłam. Ze względu na moją religię nie ubierałam się ekstrawagancko, raczej skromnie. Ten chłopiec był jeszcze na moim ślubie, w urzędzie stanu cywilnego w Sopocie. Znajomi mi mówili, że płakał. Potem nasz kontakt się urwał, wiadomo. Ale pół roku temu odnalazłam go po latach, choć nie ma go ani na facebooku, ani na Naszej Klasie. Zatęskniłam za przeszłością, ciekawiło mnie co teraz robi. I pewnego dnia, gdy pracowałam akurat na nockę i miałam trochę czasu, tak z głupia frant zajrzałam do internetu. I od razu trafiłam na jego współczesne zdjęcie i telefon. Oczywiście zmienił się przez te wszystkie lata, ale tę pierwszą miłość pozna się nawet po długim czasie. Zadzwoniłam do niego, bardzo się ucieszył.

Czy wciąż fotografuje?

- Nie. Teraz jego pasja to działka, muzyka country i rzeźbienie świątków.

Ale dom Elżbiety przy dawnej Gwardii Ludowej wciąż jest. – Choć bardzo go lubiłam, musieliśmy się przeprowadzić. Akurat kończyłam podstawówkę. Mój najstarszy brat się ożenił, urodziło im się dziecko i w tych dwóch maleńkich pokoikach było nam bardzo trudno. Rodzice zamienili więc to mieszkanko na większe przy ul. Sobieskiego. Teraz mieliśmy cztery pokoje. Jeden dla brata z rodziną, drugi dla naszych rodziców, trzeci dla mnie. W czwartym mieszkała zupełnie obca osoba – takie były czasy. Dzieliliśmy z nią kuchnię i łazienkę, potem rodzice tak przebudowali naszą część, że powstały dwa osobne lokale. Nasza sąsiadka była bardzo miłą, bezkonfliktową kobietą. Gdy u nas odbywały się zebrania świadków Jehowy, ona wycofywała się do siebie, nie chciała przeszkadzać.

Mieszkając na Sobieskiego nadal trzymałam się ze znajomymi z ul. Gwardii. Dalej chodziłam na koncerty do Opery Leśnej. Ciągle miałam tę samą najlepszą przyjaciółkę, Grażynkę. W podstawówce chodziłyśmy do jednej klasy. Dobrze pamiętam jak spałyśmy u niej na werandzie, bo chciałyśmy zobaczyć wschód słońca nad morzem. Półtora roku temu, w październiku przyjechałam do Sopotu, ponieważ umierał mój brat. I zakochałam się w Sopocie na nowo. Nie było turystów, spokój, cisza. Wynajęłam mieszkanie na Helskiej, dwie uliczki od miejsca, gdzie się urodziłam. Byłam sam na sam z moim miastem. Bez rozpraszania się, tylko z własnymi myślami chodziłam po tych uliczkach, po tych wspomnieniach. Od tego momentu coś się we mnie zmieniło - zaczęłam żałować, że wyjechałam do Niemiec. Może sprawiła to śmierć mojego brata, może te jesienne uliczki? Moje córeczki też są zakochane w Sopocie, ale jadą tam, gdy jest dużo turystów – w lipcu, sierpniu. Ja widziałam miasto inne, opustoszałe, spokojne. Po powrocie do Singen, dowiedziałam się, że zmarła też Grażynka,  moja przyjaciółka z dzieciństwa. Gdy kilka miesięcy później znów byłam w rodzinnym mieście, odwiedziłam jej mamę. Mieszka w tym samym domu, gdzie nocowałyśmy na werandzie czekając na letni wschód słońca. Piłam kawę w ich ogrodzie pełnym kwiatów. Czułam się jak przeniesiona w czasie, pięćdziesiąt lat wstecz. Niezwykłe przeżycie.

Dziś takich bułek już nie ma

- Gdy tak wspominamy przeszłość, myślę, że najbardziej mi żal… bułek za 50 groszy. Zna je tylko ktoś, kto żył pięć dekad temu. Można je było kupić w każdym sklepie, u piekarza. Zwykłe bułki były po 30 groszy, te za 50 były trochę większe. I ten ich smak, ten zapach… - rozmarza się Elżbieta. - Długo szukałam podobnego, ale to nie to. Sopot też ma swój własny zapach. Czuję go za każdym razem, kiedy tu wracam. Kiedyś powiedziałam o tym mojej znajomej z Sopotu. A ona: „Tak, masz rację, zawsze to mówiłam, a nikt mi nie wierzył. Tylko ty jedna to zauważyłaś”. To specyficzny zapach związany z wiatrem, z morzem. Ale też nigdzie indziej nad morzem go nie ma. To fascynujące.

Czy myśli o powrocie w rodzinne strony?

- Nie – odpowiada zdecydowanie. – Jestem teraz babcią, tu mam dzieci, wnuki. Ale jak tylko mogę, jadę do Sopotu. To moje miasteczko, moja miłość.

Dlaczego w ogóle wyjechała?

- W Polsce urodziłam troje dzieci. Najstarszy jest syn, Adrian, i dwie córeczki: Alexandra i Ruth. Najmłodsza urodziła się ze straszną wysypką, od początku miała bardzo wrażliwą skórę. Dzień i noc płakała. Lekarze nie wiedzieli co z nią jest. Byli bezradni. Dlatego wyjechaliśmy. W Niemczech na pół roku poszła do kliniki i wtedy dopiero dowiedzieliśmy się, że ma dziedziczną chorobę skóry na tle alergicznym. Do tego bardzo silne alergie pokarmowe i astmę. Pyłki, kurz, środki spożywcze– wszystko ją uczulało.

A co z wybranym zawodem Elżbiety? Czy  pracowała jako introligatorka?

– Nie. Szybko wyszłam za mąż. Mój mąż, Zbigniew pochodził z Tczewa. Ślub wzięliśmy w tym samym Urzędzie Stanu Cywilnego w Sopocie, co moi rodzice.  Mąż miał swoje plany. Oczywiście musiałam się trochę podprządkować. Pracował przy bursztynie - robił biżuterię. Wciągnął mnie w tę pracę. On zajmował się brudną robotą – szlifował i obrabiał bursztyn, ja składałam z koralików naszyjniki, bransoletki. Były odbierane hurtowo, trafiały m.in. do Niemiec. Bursztyn to bardzo wdzięczny surowiec. Ciepły, różnorodny. Podgrzany bardzo ładnie pachnie, używany był jako kadzidło. Ale już się tym nie zajmujemy. W Singen skończyłam szkołę pielęgniarską. Pracuję na psychiatrii, na oddziale zamkniętym. Jest ciężko. Ale jeszcze dziesięć miesięcy i idę na emeryturę.

Jakie mam na nią plany? Chcę więcej czasu poświęcić mojemu Bogu. Pracując nie mam już siły na nic. Oczywiście chodzę na nasze zebrania, głoszę Dobrą Nowinę. Chciałabym jednak zajmować się tym więcej, szerzej. Ludzie teraz  potrzebują, żeby ktoś ich pocieszył.

Tekst: Aleksandra Kozłowska