Domicela Wardynszkiewicz, Sopot 1946 r.

Kategorie haseł

medycyna
(3)

Zdjęcia galerii

Droga do Sopotu

Znalazłam się w Sopocie w lipcu 1945 roku. Rodzice byli tutaj repatriowani z Wilna. Ale mnie wojna z nimi rozdzieliła. Wychowywałam się w Warszawie u cioci - siostry mojej matki. Ostatnią wiadomość od rodziców miałam z lutego 1944 roku. Wiedziałam, że żyją, ale nasz dom w Wilnie został zbombardowany. Później Wilno przechodziło z rąk do rąk, nie wiedziałam co się z nimi działo.

Byłam w Warszawie do 2 października. Przeżyłam powstanie jako cywil na ulicy Złotej, czyli na Śródmieściu, gdzie przenieśliśmy się z Woli. Po kapitulacji część mieszkańców wychodziła przez Pruszków, a część przez Ursus. Ja wychodziłam przez Ursus. Wywieziono nas do Niemiec, do Lipska, stamtąd mieliśmy jechać podobno do Hanoweru. Hanower został zbombardowany, więc znów do pociągu nas wsadzono i z Lipska trafiliśmy do obozu pracy w Sulau. pamiętam po drodze Drezno, Wrocław. Po miesiącu ciężkiej pracy potraktowano mnie jako dziecko, miałam 17 lat. Dzieci zawieziono do Sosnowca, gdzie mieliśmy pracować w rodzinach. Pomagałam w domu, sprzątałam, myłam schody. Tam pierwszy raz od 1 sierpnia spałam w nocnej koszuli. W czasie powstania na Woli nasze mieszkanie od razu zostało zniszczone. A w obozie to wiadomo na sienniku jakim się spało. Sosnowiec został wyswobodzony chyba w lutym. Ale nawet nie wiedziałam co z moją ciocią z Warszawy, bo zostałam z nią rozdzielona w obozie w Sulau. Zdecydowałam dostać się do Buska Zdrój, bo pamiętałam że tam mam daleką kuzynkę . Poza tym dowiedziałam się, że tam już są Polacy. Poszłam na piechotę, całe nogi miałam zakrwawione… I tam dotarła do nas wiadomość, że ciocia wróciła do Warszawy. Więc ja też tam pojechałam. W Warszawie natomiast dowiedziałam się, że moi rodzice i brat żyją. Ale spotkałam się z nimi dopiero w Sopocie – oni dotarli tutaj z Wilna, a ja z Warszawy.

Przed powstaniem w Warszawie skończyłam trzecią klasę gimnazjum na tajnych kompletach. Tutaj więc zaczęłam się dalej uczyć. W roku 1945/1946 napisałam tzw. małą maturę. Najpierw uczyliśmy się na Alei Niepodległości, a później na Książąt Pomorskich. Pamiętam, jak się szkoła przenosiła, to wszyscy ławki nosiliśmy. Później po skończeniu szkoły w Sopocie zdawałam na farmację w Gdańsku. Na studiach była niesamowita rozpiętość wieku. Ja miałam 20 lat, gdy zaczęłam studiować, a kolega 36 czy 37.

Sopocki „szpital”

Mieszkałam z rodzicami na ulicy, która nazywała się Fornalskiej, a później Chodowieckiego, w okolicy cmentarza. 13 lutego 1946 roku poczułam straszny ból brzucha. Rodzice wiedzieli, że na Abrahama jest szpital. Wzięli sanki, bo to była zima, olbrzymi śnieg. Postawili wiklinowy pleciony fotel na tych sankach i tak zwieźli mnie do szpitala. Szpital to była po prostu willa na ul,Abrahama Dużo mi zostało w pamięci. Na dole była duża sala, pewnie to był kiedyś salon tej willi. Ja leżałam na łóżku i przyszedł pan doktor. – Nie boli? To może nie będziemy operować? – uśmiechał się do mnie. Do był doktor Edward Drescher. On miał wtedy 36 lat, a ja 18 lat. To była fantastyczna postać. Wędrowałam na górę po schodach do salki operacyjnej. Pamiętam na nos założyli mi maskę, eter kapał, kazali policzyć. Cała załoga to były dwie osoby. Doktor i pielęgniarka… Zbudziłam się na dole. Jest pani po operacji - powiedziała mi pielęgniarka. Ale jak tu się znalazłam – zapytałam zdziwiona. Pan doktor panią operował i potem zniósł na rękach! A w czasie operacji były problemy. Światło zgasło i szycie było przy lampie karbidowej!

Pamiętam na sali po operacji obok płakał jakiś noworodek, bo była kobieta po porodzie, a dalej leżała kobieta z Kaszub, której maszyna rolnicza obcięła nogę. W nocy ruch się zrobił. Chyba milicja przywiozła młodą kobietę, która topiła się w morzu z powodu nieszczęśliwej miłości.

Ja byłam operowana na wyrostek ropny. Szpital chyba nie posiadał penicyliny. Wtedy się robiło tzw. autohemoterapię. Brało się krew z żyły i wbijało do mięśnia. Organizm wytwarzał przeciwciała. Tak leczono wtedy stany zapalne. U mnie to zadziałało.

Doktor Drescher, mimo młodego wieku, już był autorytetem. W 1947 roku zdawałam na farmację, musiałam pokazać brzuch. Lekarka zdziwiła się – a co to za blizna? Co to za operacja? Odpowiadam, że wyrostka. Niemożliwe! To nie jest cięcie do wyrostka! A kto panią operował? – Doktor Drescher, odpowiedziałam. A! Jak doktor Drescher to na pewno wiedział, co robi! Widocznie miał intuicję i doświadczenie, że wiedział jak mnie ciąć. Bardzo ciekawa sylwetka!

Jeżeli chodzi o sopockie szpitale to osiem lat później byłam w tym samym szpitalu przed urodzeniem syna. Miałam wysokie ciśnienie i mnie tam położono. Zapamiętałam wtedy stamtąd doktora Duchniewskiego. Ale urodziłam w innym szpitalu, na Obrońców Westerplatte. Wspominam bardzo miło cały personel. Natomiast jeszcze dwa lata później, w 1956 roku, urodziłam córkę, tam gdzie był szpital gruźliczy.

Doktor Kosko

Od 1963 roku pracowałam w szpitalu reumatologicznym. Pamiętam jednak jak tutaj doktor Kosko po wojnie wszystko organizowała. Moja koleżanka z Akademii magister Bojarska zaczęła się zajmować na prośbę doktor Kosko tutejszą apteką. Znajdowała się w parterowym pawilonie, który jednak ma poddasze. I właśnie na tym poddaszu doktor zaproponowała zorganizować aptekę. Miała niesamowite pomysły. Pamiętam doktor Kosko miała różnych gości, też z zagranicy, których czasami oprowadzała po szpitalu. I przychodziła pokazać jaka jest ładna nasza apteka. A to było na poddaszu, gdzie poprzednio szczury biegały i wszędzie pełno pajęczyn…

Sopot

Dobrze się tutaj czuliśmy, po tej zawierusze wojennej. Ta piękna plaża. Czyste morze, piaseczek, meduzy. Człowiek był młody. W Sopocie byliśmy bardzo szczęśliwi, że jesteśmy w Polsce, że możemy po polsku rozmawiać. Tutaj było dużo osób z Wilna, częściowo ze Lwowa. Było między nami dużo empatii, serdeczności. Stosunki były przyjacielskie. Kierowniczka apteki na Akademii w Gdańsku, gdzie na początku pracowałam też była z Wilna. Profesorowie do nas przychodzili, na herbatkę, ale też się poradzić. To była fantastyczna współpraca.

Dla mnie Sopot to było spotkanie z rodzicami. To już były lata jak żeśmy się nie widzieli. Kolejna radość – szkoła. Wcześniej w kompletach to nie była normalna szkoła – każdy przedmiot w innym mieszkaniu. W grupkach ok. sześciu osób. Mojego wujka kuzynka uczyła np. francuskiego. Był kolega Adaś, o którym później się dowiedziałam, że był Żydem, synem profesora z Uniwersytetu Warszawskiego. Ale nie znam żadnych nazwisk, nauczycieli też nie. Nie wiem, jaki był ich los. Więc tu w Sopocie to była radość, że nie ma tego lęku, że można nieść tornister bez strachu, a nie jak w czasie wojny.

Poza tym Sopot nie był zniszczony. A Warszawa to przecież była ruina. Dla mnie to było niesamowite, że nie chodzę po gruzach. Przecież jak wróciłam z Sosnowca do Warszawy to tam wszystko było zrujnowane. Oczywiście były w Sopocie kłopoty z jedzeniem, mieszkanie było bardzo skromne, ale to nie było ważne. Mieliśmy polską szkołę. To była radość. Wiele lat miałam lęk, gdy słyszałam lecący samolot. Kuliłam się cała. Bo przez dwa miesiące w czasie powstania ciągle słyszałam te odgłosy. Ciągle pamiętam z powstania dźwięk tzw. krowy – szafy. Ja do dziś słyszę charakterystyczny zgrzyt, a potem pociski wylatujące. Mimo, że mnie te odgłosy prześladowały, to tutaj było poczucie stabilizacji.

Małżeństwo

Historia poznania z mężem wiąże się z tym, że uczyłam się w Warszawie na kompletach. Przyszła tam do naszej grupki nowa koleżanka Ala. Straszna tragedia ją spotkała - wiosną 1944 roku wpadła w Warszawie pod tramwaj. Obcięło jej dwie nogi. Na jej pogrzebie zobaczyłam wtedy pierwszy raz w życiu mojego przyszłego męża Mieczysława, który był bratem Ali. I na pogrzebie poznałam ich nazwisko, które zapamiętałam. A tutaj już w Sopocie mój brat, chodził do klasy z moim przyszłym mężem. Kiedyś brat był chory i pożyczył zeszyt od niego. Ja patrzę na ten zeszyt – Wardynszkiewicz – takie niespotykane nazwisko. Ale jak tu zapytać, to takie niezręczne, czy jego siostra zginęła w Warszawie? Okazało się, że to on. I tak się zaczęło…

Ślub odbył się 18 kwietnia 1953 roku. Pracowałam wtedy w aptece na ul. Dębinki. Ale żadna koleżanka nie była z Sopotu. Pytają się, gdzie ten ślub? A ja mówię – na cmentarzu. Bo tam była kaplica, która została rozbudowana na kościół, to była parafia ulicy Chodowieckiego. Pamiętam jakaś taksówka była wynajęta. A przed samochodem leżała podkowa. Bo ulicami jeździły wtedy wozy konne. Ktoś tą podkowę podniósł i nam wręczył. Na nasze pięćdziesięciolecie ślubu mąż ją wymalował na złotą i wisi u nas w przedpokoju. Miałam sukienkę, oczywiście krótką i na to żakiecik. Ciocia żony mojego brata parała się szyciem. Udało jej się kupić wełenkę i z tego zrobiła mi strój. A mąż był w butach, pożyczonych od mojego brata, który brał ślub rok wcześniej.

Byliśmy młodzi, stęsknieni spotkań, życia koleżeńskiego. W czasie wojny w każdej chwili Niemcy mogli wpaść i wywieść na roboty. A tutaj wreszcie swobodnie, głośno można było rozmawiać, śpiewać. Dużo było tych spotkań, na przykład na plaży. Też uczestniczyliśmy w zabawach organizowanych przez sopocką uczelnię w auli przy dzisiejszej Al. Armii Krajowej. Obok była sala gimnastyczna tam chodziliśmy na siatkówkę i inne gry. Do Grand Hotelu chodziliśmy na słynne fajfy. Płaciło się za wstęp i potem tańczyło.

Od kiedy tylko tutaj zamieszkaliśmy to mimo, że mieliśmy maleńkie mieszkanko przyjeżdżała do nas rodzina. Pamiętam, że już w 1946 roku. W ogródku stał malutki domek i tam materace sobie goście rozkładali i ile osób się zmieściło, to tak tam spali. Było wesoło. I oczywiście plażowanie! Chociaż nazwa Sopot to dużo im nie mówiła, szczególnie dla tej rodziny z Lublina, liczyło się jednak, że przyjechali nad morze. To nie było dla nas uciążliwe. Cieszyliśmy się, że jesteśmy razem. Jeździliśmy też pokazywać spalony Gdańsk.

Transport

Na studia jeździłam towarowymi pociągami. Pod ścianą stały ławeczki. Nie pamiętam, czy był jakiś rozkład. Człowiek był młody i to było nieistotne. Ale też już organizowano komunikację miejską. Pamiętam wojskowe samochody – takie ciężarówki wojskowe, amerykańskie Dodge, które miały doczepione metalowe drabinki i po niej się wchodziło na platformę, gdzie były ustawione ławeczki. Tak się jechało do Gdańska.

W 1947 roku moja mama była operowana w Gdańsku. Chciałam dla niej ugotować rosół. Poszłam na targ. Trzeba było kupić żywego kurczaka i go uśmiercić. Ale to nie wchodziło w rachubę. Nie pamiętam, gdzie ten ryneczek był, chyba gdzieś za strażą pożarną. Kupiłam więc kurczaka, udało mi się, że go już na miejscu załatwili. Ale co tu zrobić z pierzem? Chyba przy pomocy sąsiadki udało się w końcu rosół zrobić. Szczęśliwa, że wiozę mamie rosół wsiadałam na tą ciężarówkę do Gdańska. Trzeba było wejść po stopniach drabinki. To była zima, one były oblodzone. I tak wspinając się na ten wóz połowa rosołu się wylała. Żal mi było bardzo tej zupy.

Opowiada Mieczysław Wardynszkiewicz

Mój ojciec został zamordowany w obozie koncentracyjnym już w 1940 roku. Starszy brat walczył jako powstaniec w Warszawie i został zabrany do obozu koncentracyjnego w Oświęcimiu a następnie do budowy podziemnej fabryki broni w Czechosłowacji. Po wyzwoleniu wyszedł bardzo osłabiony. W Warszawie wszystko straciliśmy. Mieszkanie zostało całkowicie spalone. Mieliśmy tylko to, co na sobie. Mama przyjechała do Sopotu szukać jakiegoś mieszkania. Było nas troje: mama, ja i młodsza siostra, brat jeszcze nie wrócił z obozu. Tutaj,w Sopocie był już kuzyn też z Warszawy. Moja mama zatrzymała się na ulicy Ostatniej, przemianowanej na Lutyków, a później na Mazowiecką. To były malutkie domki, nieskanalizowane. Mama zamieszkała z dwoma Niemkami. Nie wiemy co one przeszły, ale cieszyły się, że mama się do nich wprowadziła. Musiały mieć ciężkie przeżycia. Drzwi ich pokoju były zniszczone, część dolna była wybita jakby butem. One nam nic nie opowiedziały, ale może się tam chroniły przez radzieckimi żołnierzami. Były w każdym razie szczęśliwe, że nie mieszkają same. Mieliśmy jeden pokój na dole, wspólną kuchnię z nimi, one miały pokoik na górze. Ja przyjechałem do Sopotu w lipcu 1945 roku. Zaraz zapisałem się do Gimnazjum im. Bolesława Chrobrego, by kontynuować opóźnioną naukę.

Głód często do nas zaglądał. Kolegi ojciec pracował w Gdańsku w Amadzie. Dostarczał nam coś czasami. Jakiś okropny tłuszcz, ale człowiek był szczęśliwy, że miał czym chleb posmarować. To były takie granulki, jak zestalony olej. Nad morze chodziło się do rybaków, na istniejącą do dziś przystań, po dorsze lub flądry. Chodziłem na obiady na stołówkę w szkole ul. Chrobrego. Głównie to były produkty ze Stanów Zjednoczonych w puszkach np. „Horse meat” to było wspaniałe jedzenie! Mieliśmy ogród, więc tam kiedyś mama nazbierała malin. Sprzedała je na rynku i przyniosła nam kawałek kiełbasy. To był cud! Kawałek kiełbasy.

Były też problemy z odzieżą. Po wojnie, po przyjeździe do Sopotu nosiłem taką jakby obcisłą marynarkę po czołgiście niemieckim.

W zakładzie balneologicznym była po wojnie łaźnia publiczna. Nie mieliśmy w domu łazienki, tylko z miednicy się korzystało, więc się tam chodziło. Wchodziło się przez ten odnowiony okrągły hol i dalej były prysznice. Za opłatą można było się umyć. Chodziłem na narty. Zjeżdżało się z Łysej Góry, Tam obok był tor saneczkowy. Na początku toru była drewniana konstrukcja pozwalająca na nabranie wstępnej prędkości. Tor kończył się nad jeziorkiem.

Po drugiej stronie Łysej Góry była dosyć duża skocznia narciarska. Próbowałem tam skakać. Można było skoczyć około 20 metrów.

Dużo się wędrowało po tych pięknych lasach i okolicach. Organizowaliśmy wycieczki rowerowe. W gimnazjum mieliśmy zgraną paczkę przyjaciół i razem jeździliśmy po okolicach. Miałem taki poniemiecki rower, z kierownicą skierowaną w dół, jak taki byk. Jeździliśmy aż na Hel. Nocowaliśmy w stodołach. To było bardzo przyjemne.

Przed gimnazjum na Książąt Pomorskich, tam gdzie obecnie jest zadrzewiony skwerek, było boisko do siatkówki, gdzie często graliśmy. Byłem zapalonym graczem.