Danuta (z jasną torebką) i Maria (przy barierce u góry) Czarneckie, na drabince Maria Halina Tychoniewicz (z domu Czarnecka) na statku przy molo, Sopot lata 50. XX w.

Zdjęcia galerii

Galeria relacji:

Pochodzenie

Pochodzę z rodziny o głębokich tradycjach patriotycznych. Dziadek ze strony mojego ojca, Antoni Czarnecki był gorącym działaczem polonijnym, zasłużonym na niwie krzewienia polskości pod zaborem niemieckim, czołowym działaczem na Kujawach. Działał również wśród Polonii, która mieszkała i pracowała m.in. na Śląsku, a także w Herne, Bochum, Bremena, Hamburgu, Hannowerze oraz Badenii i Saksonii. W 1909 r.  w Bochum wybrany został członkiem Rady Narodowej Zjednoczenia Zawodowego Polskiego. Był jednym z organizatorów przyjęcia Józefa Piłsudskiego i Ignacego Paderewskiego w odzyskanej wolnej, polskiej Bydgoszczy. Zachował się nekrolog mojego dziadka, który ukazał się 1 lipca 1936 roku w Dzienniku Bydgoskim.

Siostra dziadka Antoniego, Helena Nowalkowska (z d. Czarnecka) została odznaczona Wielkopolskim Krzyżem Powstańczym za walkę w Powstaniu Wielkopolskim.

Brat dziadka Erazm Czarnecki był inżynierem budownictwa po ukończeniu Państwowego Instytutu Technicznego w Poznaniu w 1913 r. Od 1916r. był powołany do resortu budów portów. Brał udział w oswobodzeniu ziemi pomorskiej, aresztowany i więziony w Grudziądzu. Tajnie zorganizował polskich pracowników zatrudnionych w stoczni, warsztatach artylerii oraz w fabryce broni w Gdańsku w Związek Pracowników Polskich, którego był przewodniczącym. W czasie rewolucji organizacja ta oddała duże usługi sprawie polskiej. W 1919 r. został powołany przez delegata Rządu Polskiego admirała Michała Borowskiego celem przygotowania materiału dla obrony praw polskich do Gdańska i ziemi pomorskiej na Konferencję Ambasadorów w Paryżu (dla traktatu Wersalskiego) utworzywszy tzw. Komisję Rejestracyjną, której był przewodniczącym. Był współzałożycielem centralnej organizacji Polaków ziemi gdańskiej „Gmina Polska”, jej sekretarzem generalnym i długoletnim prezesem (do 1935 r.). Równocześnie był posłem polskim ziemi gdańskiej do parlamentu Wolnego Miasta Gdańska (Volksstagu), gdzie zaciekle walczył o prawa Polaków. Był współzałożycielem I Gimnazjum Polskiego w Gdańsku, Towarzystw Ludowych, Gospodarczych, Rolniczych i Sportowych na Ziemi gdańskiej. Zachował się artykuł, który ukazał się po jego śmierci w piśmie „Kaszebe” p.t. „Syn polskiego Gdańska”, opisujący jego dokonania. W rodzinie wiedzieliśmy, że na stryja były kilkakrotnie zamachy jeszcze w Wolnym Mieście Gdańsku i rząd polski wysłał go do Pragi w 1935 roku w misji dyplomatycznej, a następnie w 1938 r. objął w Bratysławie kierownictwo „Przedstawicielstwa Kolei Polskich oraz Portów w Gdańsku i Gdyni”, by Niemcy „ stracili” go z oczu. Tam też Stryjowie przeżyli wojnę. W 1945 r. stryj Erazm zamieszkał z rodziną w Sopocie przy ul.Curie-Skłodowskiej. Potem Stryjenka Jadwiga z córką mieszkały w Sopocie na ul. Mickiewicza. Ciocia pochodziła z Kościerzyny. Biegle władała kilkoma językami. Po śmierci męża była nauczycielką języka niemieckiego i angielskiego m.in. w Technikum Hotelarskim w Sopocie. Erazm zmarł w 1949r., na zawał po aresztowaniu przez UB. Chociaż byłam mała pamiętam pogrzeb — był to ciepły, wrześniowy dzień. Nie mogłam zrozumieć dlaczego mój ukochany stryj leży w jakiejś skrzyni. Był czarny karawan ciągnięty przez czarne konie z baldachimem na masywnych czarnych, kręconych słupach. Była orkiestra dęta, grała marsza pogrzebowego. Szło się za karawanem od kościoła Świętego Jerzego, gdzie odbyła się pogrzebowa Msza Święta, do Cmentarza Katolickiego w Sopocie. Był wielki tłum ludzi-Gdańszczan, Polaków, autochtonów, ale też tych, którzy odbudowywali przemysł okrętowy, którzy walczyli o Polskę. To było niezwykłe przeżycie, bo potem nigdy nie widziałam takiego pogrzebu ani takich tłumów na sopockim cmentarzu. Był to 4 wrzesień 1949r.

Atmosfera domu rodzinnego utrwaliła w moim Tacie, Stefanie Czarneckim, pracowitość, szlachetność i postawę rozumnego, głębokiego patrioty. Jako 17-letni chłopiec przyjechał po maturze do Wolnego Miasta Gdańska. Marzył o budowie okrętów. Dostał się na Politechnikę Gdańską, która oczywiście była wówczas niemiecką uczelnią. Ponieważ jego Tata Antoni Czarnecki już nie żył, stryj Erazm mu ojcował. Po skończeniu studiów na Wydziale Budowy Okrętów w 1938 r. Tata odbywał razem z dwoma innymi Polakami praktykę w niemieckiej Stoczni Gdańskiej. W tym czasie wywiad ujawnił, że w stoczni buduje się okręty podwodne. Wówczas, w lipcu 1939r. Gestapo zaaresztowało tych trzech Polaków jako pierwszych podejrzanych o szpiegostwo. Zwłaszcza, że nazwisko Czarnecki było Niemcom w Gdańsku znane. Młodzi Polacy zostali potem wymienieni po interwencji rządu polskiego za niemieckich zakładników. Wypuszczono ich na granicy z Orłowem z zastrzeżeniem, że nie wolno im przekroczyć granicy Wolnego Miasta Gdańska. Jeden z nich był bliskim krewnym ministra w ówczesnym rządzie i być  może mogło to mieć wpływ na wymianę więźniów. Mój Tato po wojnie próbował odszukać tych kolegów, ale nie odnalazł ich, prawdopodobnie nie przeżyli wojny. W okresie studenckim Tata doświadczył, jako polski student i członek KORABia - Zrzeszenia Studentów Polskich, wiele prowokacji i wrogiego nastawienia ze strony niemieckich kolegów a także bojówkarzy. Jeden z takich incydentów opisał Brunon Zwarra w swojej książce „Gdańsk 1939” wymieniając nazwisko Stefana Czarneckiego. Po wydaleniu z Wolnego Miasta Gdańsk ojciec mój wrócił do swojego rodzinnego domu do Bydgoszczy. W nocy, pierwszego dnia wojny, zjawił się oficer niemiecki dopytując się o mojego ojca. Okazało się, że był to Niemiec, który był kolegą szkolnym Taty, z okresu, gdy jeszcze Bydgoszcz była pod zaborem niemieckim. Przyszedł, by ostrzec, że Niemcy mają poszukiwać Polaków z tzw. „czarnej listy”, na której na pierwszym miejscu był Antoni Czarnecki, nieżyjący już wtedy ojciec mojego Taty oraz łącznie z całą rodziną Czarneckich również mój Tata. Jeśli chcą przeżyć muszą natychmiast uciekać. Cała rodzina, która tam była, tak jak stała, uciekła do Warszawy ratując tym samym życie. Następnego dnia, do mieszkania moich dziadków wtargnęli Niemcy, nie zastali nikogo, wówczas wyrzucili książki z ogromnej biblioteki Dziadka i podpalili je. A piątego września 1939 r. odbyła się egzekucja Polaków wyłapanych z „czarnej listy”, znana historii jako bydgoska krwawa niedziela.

Droga do Sopotu

W Warszawie, na Żoliborzu, mieszkała siostra mojego ojca Maria Halina z rodziną i właśnie do niej uciekł przed Niemcami. W Warszawie studiowała moja mama Regina. Dom, w którym mieszkała razem z jedną ze swoich sióstr, Wandą, został doszczętnie zbombardowany i dziewczyny zamieszkały na Żoliborzu u swojej najstarszej siostry Zofii, w mieszkaniu naprzeciw mieszkania siostry mojego Taty. I tak w Warszawie splotły się losy moich rodziców, zakochali się i się pobrali. Tymczasem mąż siostry mojego ojca- Marii Haliny, Ryszard Żukowski, kartograf, oficer przedwojennego Wojska Polskiego–został zamordowany w Charkowie. Z kolei mężem siostry mojej Mamy-Zofii, był generalny prokurator miasta Warszawy, Edmund Baszkowski, który zginął w Katyniu.  Mój Tata, jako jeden z nielicznych Polaków, który ukończył Wydział Budowy Okrętów, na polecenie rządu polskiego na emigracji miał za zadanie nie brać udziału w żadnych zbrojnych akcjach i przetrwać wojnę, by potem odbudować w wolnej Polsce gospodarkę morską. Natomiast jego dwaj bracia poszli do walki w Powstaniu Warszawskim. Jeden z nich, Zbigniew Czarnecki ( pseudonim porucznik „Bob”), zginął rozszarpany szrapnelem na rękach najmłodszego swego brata, Lecha Czarneckiego, na barykadzie na placu Napoleona.

Ja urodziłam się w 1943 roku. Mama opowiadała nam o wojnie, o powstaniu. Ale zawsze mówiła, że mimo strasznych czasów była nadzieja, chęć życia i wiara, że zmieni się na lepsze. Powstanie upadło. Przez obóz w Pruszkowie wyszliśmy z Warszawy. W listopadzie 1944 roku urodziła się moja siostra Maria. A mój Tata, gdy dotarli do Bydgoszczy, zostawił tu rodzinę i dotarł do Gdańska, by spełniać swoje zadanie. Niemcy się już wycofywali, ale było to przed wejściem Rosjan. Opowiadał, że przeszedł się jeszcze ulicą Długą, która była niezniszczona. Wtedy z garstką starych pracowników stoczni zatapiali sprzęt: dźwigi i doki, by nie zostały wywiezione do Rosji. Po przejściu frontu Tata przyjechał do Sopotu, gdzie miał wybrać sobie dom do zamieszkania. Wybrał dom na ulicy Mickiewicza, który został zaplombowany i pojechał po moją Mamę i dzieci. Gdy przyjechaliśmy już ktoś inny zajął wybrany dom, Tata wówczas znalazł dom na ul. Paderewskiego. Był bez dachu i szyb. Pamiętam, że na murze nad oknami piwnicy były narysowane strzałki, które wskazywały na schron, na ścianach były dziury od kul, które były jeszcze na murach do lat 60-tych XX wieku. Tata wyremontował dach, wstawił szyby i od tego czasu tu mieszkam, chociaż samego przyjazdu nie pamiętam. W domu naprzeciwko mieszkali autochtoni o nazwisku Ptach. Mieli dzieci Krystynę i Henia. Mówili kaleczonym językiem polskim, mnie się wydawało, że po niemiecku i specyficznie wymawiali „r”. Ich mama nosiła włosy upięte do góry, wydawało mi się, że jest to sposób w jaki czesały się  Niemki i wołała „Henrich- komm hier!”. Jako dzieci bawiliśmy się wszyscy razem. W Sopocie urodził się mój najmłodszy brat Piotr. Mój Tata był pierwszym dyrektorem Stoczni Północnej, pracę tę przypłacił zawałem serca. Był jednym z twórców Centralnego Biura Konstrukcji Okrętowych (CBKO nr.1) przy ulicy Jana z Kolna w Gdańsku. Później był dyrektorem Gdańskiej Stoczni Remontowej’ gdzie zorganizował m.in. ”ośrodek Badawczy Doków Pływających”, następnie był dyrektorem technicznym Zjednoczenia Morskich Stoczni Remontowych. Kolejna praca to Polski Rejestr Statków, gdzie również był dyrektorem. Przez wiele lat był redaktorem naczelnym czasopisma „Budownictwo Okrętowe”. Na koniec był szefem Polskiej Misji Morskiej przy polskiej ambasadzie w Kopenhadze, gdzie zmarł nagle w 1975 roku. Miał zamiar napisać książkę, w której chciał opisać zdarzenia przedwojenne, czas okupacji i lata powojenne, by późniejsze pokolenia mogły poznać prawdę o tych trudnych czasach, ale niestety, nie zdążył. Moja Mama po śmierci Taty mieszkała cały czas w Sopocie przy ul. Paderewskiego. Zmarła w 2010 roku. Po wojnie w Sopocie na ul. Podgórnej, późniejszej Świerczewskiego a obecnie Andersa, mieszkała też siostra mojej Mamy- Zofia Baszkowska razem z synem, naszym kuzynem Jackiem- a więc to również Sopocianie. Ciocia była niezwykłą osobą. Gdy jej męża wywieziono do Katynia, pojechała z dzieckiem za nim. Pewien motyw filmu Andrzeja Wajdy o Katyniu oparty jest na jej losach. Jest tam scena z rowerem. Ciocia kupiła rower dla siebie i męża. Przekupiła strażnika rosyjskiego. Spotkała się z mężem i namawiała go do ucieczki. Ale on odpowiedział, że nie może uciec, bo przysięgał Ojczyźnie i nie może jej ani kolegów zawieźć, może wyjść tylko razem z innymi jeńcami. I zginął razem z nimi. Ich syn Jacek był później znanym malarzem. Jego obrazy były bardzo cenione szczególnie za granicą. Poproszony podarował jeden szczególny, specjalnie namalowany i dedykowany Janowi Pawłowi II obraz, który znajduje się obecnie w Muzeum Watykańskim. Ciocia wyszła później drugi raz za mąż i ma jeszcze drugiego syna, Michała Kwiecińskiego, który był m.in. producentem filmu „Katyń”. Przy dyskusjach z Andrzejem Wajdą o filmie opowiedział historię swojej matki i została ona jakby wpleciona w fabułę filmu.

W Sopocie mieszkała z nami również siostra mojego Taty Maria Halina, która później przeprowadziła się na ul Dąbrowskiego. Także w Sopocie na ul. Helskiej mieszkał najmłodszy brat mojego ojca Lech Czarnecki, żołnierz AK, ten, który przeżył Powstanie Warszawskie i obóz w Belgii, dokąd był wywieziony po Powstaniu. Po wyzwoleniu mógł zostać za granicą, ale chciał wrócić. Ukończył studia medyczne, które rozpoczął na tajnych kompletach w Warszawie w czasie okupacji, pracował początkowo w Akademii Medycznej w Gdańsku, był internistą- kardiologiem później był ordynatorem w Szpitalu w Zgorzelcu, współpracował przy reaktywacji i tworzeniu Izb Lekarskich we Wrocławiu. Zmarł w 1997 roku.

Czas wolny, sąsiedzi

Z rodzicami dużo wędrowaliśmy, chodziliśmy „ na wyprawy” piechotą - plażą do Gdyni, albo do Jelitkowa lub na wędrówki po lesie. Kiedyś w Sopocie przy ul. Reja była pętla tramwajowa i tramwajem nr 2 jeździliśmy do Oliwy i do Gdańska. Potem były rowery. Stare, reperowane, ze szprychami, które się przykręcało. Będąc dziećmi wolny czas spędzaliśmy na zabawach, grach w „klasy”, w piłkę, podchodach, później więcej na czytaniu książek. Dzieci mieszkające na naszej ulicy przyjaźniły się, w zabawy włączały się również dzieci z sąsiedniej ulicy, głównie z ul. Podgórnej. Nasi rodzice również się przyjaźnili. Z sąsiadów szczególną postacią była Pani Wacława Fleury pochodząca z Wilna. Jej ojciec był znanym malarzem na Kresach. Pani Fleury była również malarką. Zapamiętałam ją jako osobę niesłychanie dobrą i wszystkim przyjazną. Wyróżniała się wyglądem, bo zwykle chodziła w zielonej harcerskiej pelerynie. Miała psa Orlika. Często kwestowała na jakieś wyższe cele. W czasie „odwilży” przyjechała do niej przyjaciółka z przedwojennych czasów harcerskich – Pani Antoleczka,  wypuszczona z sowieckiego łagru, który cudem przeżyła. Pamiętam, że wyglądała jak bardzo drobna, przygarbiona staruszeczka. Pamiętam również wszystkich sąsiadów, którzy mieszkali na naszej ulicy. Z niektórymi z nich, razem z ich dziećmi chodziliśmy również na wycieczki. Chodziliśmy na Cmentarz Ewangelicki, późniejszy Komunalny, gdzie w tamtych czasach alejki były wysadzane równo przyciętą buczyną lub bukszpanami, na grobach zwykle ogrodzonych żeliwnymi płotkami bogato zdobionymi najczęściej motywami roślinnymi często robiły wrażenie wielkie głazy z wyrytymi gotyckimi napisami.  Najbardziej lubiliśmy wędrówki do lasu do tzw. Gwiazdy (tzw. Wielka Gwiazda- skrzyżowanie szlaków leśnych w sopockich lasach), w zimie na sanki lub narty na tor saneczkowy lub na Łysą Górę. Byliśmy dumni jak najmłodszy nasz brat wygrywał zawody narciarskie na „Łysej”. Jako dzieci czuliśmy się bezpiecznie i jak w rodzinie. Przez dziury w płotach biegaliśmy jedni do drugich, urządzaliśmy z innymi dziećmi przedstawienia, teatrzyki i inscenizowaliśmy bajki, „urządzaliśmy” ogródki i domki. Do dziś pozostały przyjaźnie z tamtych dziecięcych lat, chociaż każdy poszedł swoją drogą i zmieniły się niektóre adresy. Dzieci autochtonów bawiły się razem z nami, chociaż dorośli izolowali się. Życie było beztroskie, chociaż czasem wyczuwaliśmy, że rodzice rozmawiali bardzo poważnie. Towarzyszył nam wtedy jakiś lęk. Zwłaszcza, gdy po wyborach dwaj przyjaciele mojego Taty zostali aresztowani i wywiezieni do Wrocławia. Również aresztowany był nasz Stryj. Mój Tata pracę w stoczni przypłacił zawałem. Ale dzieciństwo rządziło się własnymi prawami.

Miasto, turystyka

Wydawało mi się, że miasto jest pełne ruder i ruin. Były ślady po kulach, odrapane tynki, uszkodzone drzwi, okna z łatanymi szybami. Na ul. Podgórnej, tam gdzie później pobudowano wielorodzinny dom, były doły, a na ich dnie jasny piasek prawie jak na plaży. Starsze dzieci mówiły, że są to leje po bombach, co nie przeszkadzało nam chodzić tam i budować zamki z piasku. Gdy zapadał zmrok przyjeżdżał na rowerze pan z długą szpicą, na końcu której z jednej strony był płomień i kapturek. Pan płomieniem zapalał kolejno wszystkie latarnie gazowe oświetlające ulice, a rano przyjeżdżał je gasić. Lubiliśmy przyglądać się jego pracy. Piękne były te latarnie i piękne, niebieskawe płomienie. Nasza ulica Paderewskiego była brukowana. Tak samo jak i ulica Rokossowskiego (dziś Monte Cassino), gdzie jeździły wozy konne i nieliczne samochody. Tam mój Tata miał wypadek, było już ciemno i zderzył się samochodem z nieoświetloną furmanką, która nagle wyjechała z bocznej ulicy. Skończyło się na zszywaniu czoła Taty, reszta wyszła bez szwanku. Na Łysą Górę prowadziła nas ul. Żeromskiego, która obsadzona była po obu stronach czereśniami. Gdy owoce zaczynały dojrzewać, zjawiał się człowiek z psem, który rozbijał na końcu ulicy namiot i mieszkał tam w lecie sprzedając owoce i pilnując drzew przed złodziejaszkami, głównie przed dzieciarnią. Ulica kończyła się polem, ciągnącym się do lasu, które zazwyczaj obsiane było zbożem. Zrywaliśmy tam maki i chabry, wypatrywaliśmy gniazd skowronków. Później pobudowano tam domy i osiedle Mickiewicza. Na Łysej Górze pasły się krowy, które miała pani Kulasowa mieszkająca przy ul. Podgórnej, od której okoliczni mieszkańcy kupowali świeże mleko. W Sopocie charakterystyczną postacią był, zwłaszcza w sezonie letnim, z nieodłącznym parasolem, kapeluszem i w butach z zakręconymi czubami, nietuzinkowo ubrany, Parasolnik. A punktami charakterystycznymi była plaża i molo, „Złoty Ul”, Grand Hotel i Opera Leśna. „Złoty Ul” był tłumnie nawiedzany szczególnie przez wystrojonych „letników” i ich damy w kapeluszach pokazujących się i bacznie przyglądających się z tarasu przechodniom, jak też śpieszącym się lub powracającym z plaży wczasowiczom. Wielu mieszkańców, głównie „Dolnego” Sopotu, wynajmowało  latem pokoje, my jednak nigdy nie przyjmowaliśmy letników. Rodzice zabierali nas do Grand Hotelu na lody lub na obiad z okazji różnych rodzinnych wydarzeń. Wybieraliśmy zawsze stolik z widokiem na morze. Czuliśmy wówczas, że jest to jakaś szczególnie ważna chwila. Na plażę najczęściej chodziliśmy koło Grand Hotelu, bo było nam tam najbliżej. Był okres, gdy na plażę „grandhotelowską” trzeba było zapłacić wejściówkę, można było wykupić leżaki lub charakterystyczny „kosz”. Później był okres, gdy kosze zniknęły z plaży. Kiedyś plaża sopocka była czysta, oczywiście były muszle, była też trawa morska i morszczyn, ale  piasek był dużo bielszy niż obecnie, ponieważ zazwyczaj wchodząc na plażę zdejmowało się buty, tam się przecież potem leżało! My, dzieciaki z naszej ulicy, często sami chodziliśmy z kocykami na plażę i sami się pilnowaliśmy. Robiliśmy grajdoły, zajmowaliśmy miejsca przy wydmach lub nad samą wodą. Dziś to chyba nie do pomyślenia, żeby dzieci same z Górnego Sopotu chodziły na plażę.

Rozrywka

Moja koleżanka mieszkała blisko morza, a jej ogródek sąsiadował z „Non Stopem”. Na granicy stała komórka, na której usadawiałyśmy się i było to najlepsze miejsce, z którego słuchałyśmy i oglądałyśmy Klenczona i Krajewskiego z zespołem, a także roztańczoną, rozbawioną młodzież. Festiwale Jazzowe to też zawsze było wydarzenie. Pamiętam wesoły, niezwykle barwny, przy głośnych dźwiękach instrumentów, przemarsz zespołów jazzowych przez obecną ul. Monte Cassino w kierunku mola .A w czasie Sopockich Festiwali Piosenki z całą grupą szliśmy przez las i przez płot – myk do środka Opery Leśnej. Potem, niestety, postawiono betonowy płot i poprowadzono drut kolczasty, a siatkę pozostawiono tam, gdzie prawie nic nie było widać. Można było jeszcze wejść na górkę i stamtąd patrzeć, ale nie mieściliśmy się wszyscy, gorzej było słychać. Zresztą takich amatorów darmowego oglądania i słuchania było więcej. Raz, już na studiach…. przeszliśmy przez płot, ja zahaczyłam o drut i podarłam sobie sukienkę no i …złapano mnie, reszta się dostała. Wyprowadzona i strasznie zawstydzona wróciłam do domu. Festiwal obejrzałam w telewizji, patrzę i widzę – siedzą nasi i to w pierwszym rzędzie! Później dzięki mojemu kuzynowi, który był tłumaczem na festiwalu i przynosił nam wejściówki, które dla swoich bliskich otrzymywali piosenkarze nie zawsze z nich korzystając - udawało się nam oglądać festiwale z bliska.

Szkoła

Gdy miałam może 4-5 lat chodziłam za rodzicami i mówiłam, że bardzo chcę iść do szkoły i tam się uczyć. To było moje marzenie. Podczas gdy Mama coś pisała, stawałam przy biurku i pytałam - a co to za literka? Nie dałam Mamie spokojnie pisać. Rodzice pojechali ze mną do jakiejś poradni psychologicznej, bodajże we Wrzeszczu i po testach zgodzono się bym wcześniej poszła do szkoły. Najpierw chodziłam do „czwórki”, a potem, gdy młodsza siostra rozpoczęła naukę, obie byłyśmy uczennicami „jedenastolatki” na ul. Książąt Pomorskich. Tam skończyłam, tak jak i moja siostra i brat, podstawówkę, liceum i zdaliśmy maturę. Moi wszyscy koledzy z klasy to były dzieci urodzone w czasie okupacji. Wszyscy mówili po polsku. Były wśród nas i sieroty. Jedną z dziewczynek wychowywała ciocia. Później, dowiedziałam się, że jej ojciec w czasie okupacji był kurierem, ukrywał się i któregoś dnia zaginął, a później i mama ją osierociła. Były też dzieci z niepełnych rodzin. Doskonale pamiętam dzień, kiedy umarł Stalin. Wszystkie klasy zostały spędzone do auli, by uczcić wydarzenie chwilą ciszy i wysłuchać przemówień. Jedna z koleżanek zaczęła płakać. Część dzieci widząc to nie mogła jednak zachować powagi i powstrzymać się od wybuchu wesołości, którą staraliśmy się ukryć zasłaniając twarze rękoma. W „podstawówce”, na lekcjach wychowawczych, wypytywano nas kto chodzi do kościoła i na lekcje religii, przewodnicząca klasy miała zrobić listę, kto będzie przyjęty do komunii. Pytane dzieci odpowiadały – nie wiem. Jak to nie wiesz?! No…nie wiem. Przychodzili jacyś prelegenci opowiadający o tym, że nie ma Boga, że są to przesądy, jest tylko dobry dziadek Mróz. Organizowano noworoczną zabawę dla dzieci na Grabówku. Wszędzie były tłumy dzieci, które upychano do pociągów, nie było jeszcze wtedy kolejki elektrycznej. Staliśmy na peronach przemarznięci, by potem usłyszeć o dziadku Mrozie i obejrzeć rosyjskie bajki. Miałam to szczęście, że w liceum byłam w bardzo dobrej klasie. Nasza wychowawczyni, Pani lllukiewicz, która uczyła nas łaciny, mówiła, że w szkole nie było takiej klasy, z tak dobrymi ocenami. Zdawałam maturę w 1960 roku. Zdali ją wszyscy. W wyższej klasie był Jan Majder. Ośmielił się powiedzieć, że wybiera się do Seminarium Duchownego. Zostało to ujawnione przez władze szkolne na apelu w auli. Wówczas jedna z koleżanek z mojej klasy wobec całej szkoły wystąpiła w obronie Majdera stwierdzając, że jest przecież wolność. Majdera po maturze powołano do wojska, ale i tak został księdzem i zbudował z wielkimi kłopotami i ogromnym poświęceniem kościół na Przymorzu, którego był proboszczem (zginął później tragicznie w czasie napadu). Ale potem brat tej koleżanki został oblany na maturze z geografii. Podejrzewaliśmy wszyscy, że stało się tak z powodu wystąpienia jego siostry.

Zakupy

Zakupy najlepiej robiło się na ryneczku. Przyjeżdżali tu gospodarze z okolicznych wsi, a nawet spod Wejherowa, czy z Żuław konnymi wozami. Przez ryneczek sączył się mały strumyczek, w którym nie zamarzała woda. Można było kupić świeże warzywa, owoce, drób, jaja, mleko prosto od krowy, śmietanę czy wiejskie masło i sery. Gdy ludzie zajęci byli handlowaniem, konie czasem parskając, spokojnie przeżuwały obok z podwieszonych parcianych worków. Zimą z ich nozdrzy unosiły się kłęby pary. Biegały czworonogi, które nosiły cechy wielu szlachetnych psich ras. Potem wybudowano halę, gdzie były boksy z rozmaitym asortymentem. Moja Mama zaprzyjaźniła się z niektórymi kobietami, które przez lata przyjeżdżały ze swoimi wyrobami i czasami też zabierały ze sobą swoje dzieci. Gdy było zimno, Mama zapraszała je do nas do domu na gorącą herbatę i jakiś poczęstunek. Nawet do dziś mamy kontakt z jedną z tych kobiet, która jest już w bardzo podeszłym wieku i z jej dziećmi i wnukami. A któregoś roku rozebrano halę targową, wybudowano parking i market, który już kilkakrotnie zmieniał wystrój i nazwę. Ostatnio jest tam Alma. 

Pochody

Pamiętam coroczne pierwszomajowe pochody. Zbiórka była najpierw przed szkołą, potem klasami szło się na molo, gdzie zbierały się też inne szkoły. A potem..nie jestem pewna, ale chyba się szło od strony Wyścigów konnych. Trybuny ustawione były przed Liceum nr 2. Najbardziej podobało mi się gdy jechał klub jeździecki. Pamiętam, że zawsze była ładna, ciepła pogoda, a od rana ze specjalnie rozwieszonych w całym mieście głośników rozlegała się głośna muzyka i głos sprawozdawców opisujących uczestników pochodu i sukcesy władzy. Rozdawano parówki, chorągiewki, były pierwsze lody. Na pochody lipcowe nigdy nie chodziłam, chyba nie wiedziałam nawet, że są takie w Sopocie. Wyjeżdżaliśmy zwykle w lipcu do Dębek, które wtedy były prawie nikomu nieznaną wioską z dziką przyrodą, z piękną plażą częściowo ogrodzoną drutami kolczastymi i codziennie bronowaną i patrolowaną przez WOP, by wykryć ewentualnych amatorów ucieczek drogą morską na „zgniły zachód” do Szwecji. Uciekaliśmy przed najazdem tłumów letników i coraz większym oblężeniem sopockich plaż. Dębki były dla nas oazą spokoju i synonimem wolności i przygody. Poza miejscowymi nielicznymi mieszkańcami i pojedynczymi przyjezdnymi rodzinami oraz księżmi z Zakonu Zmartwychwstańców nie było tam ludzi, leśnymi dróżkami przebiegały sarny, kicały zające i inni leśni mieszkańcy. Nie było tam prądu, wodę czerpaliśmy z czystej wówczas Piaśnicy. Mieszkaliśmy początkowo w namiocie, mieliśmy jeszcze pałatkę a stół i ławy robiliśmy z wyrzuconych przez morze desek. Po chleb trzeba było chodzić do oddalonego o kilka kilometrów Żarnowca.

Święta

Zawsze była choinka duża do samego sufitu. Ubieraliśmy ją razem z naszym Tatą. Wcześniej robiliśmy kolorowe papierowe łańcuchy, czerwone serca, malowaliśmy złote i srebrne szyszki, układaliśmy watę, zawieszaliśmy świeczki umieszczane w specjalnych małych świecznikach z ołowianymi obciążnikami w kształcie szyszek, żeby się świeczki nie przechylały, wieszaliśmy czerwone jabłka, cukierki w kolorowych papierkach i pierniczki. Pod choinką zawsze była szopka. Cały dom pachniał Świętami. Mama przygotowywała tradycyjne potrawy. Było dzielenie się opłatkiem i życzenia, wspomnienia o tych, których już nie ma, były kolędy a potem prezenty. Póki byliśmy mali przychodził do nas Święty Mikołaj, oczekiwaliśmy go z niecierpliwością, ale i z tremą. Potem, gdy podrosłyśmy, ale miałyśmy jeszcze małego braciszka, odkryłyśmy, że za tym Św. Mikołajem kryje się ktoś z rodziny lub zaprzyjaźnionych sąsiadów, a nasz Tata występuje w tej samej roli u innych przyjaciół. Prezentami były zawsze książki, najpierw bajki potem Sienkiewicz, Kraszewski, Mickiewicz, Prus i inni klasycy. Dzieci robiły swoim rodzicom własnoręcznie wykonane prezenty. Były też takie zimy, gdy nie było czym ogrzewać domu,, kaloryfery popękały z mrozu, tylko w kuchni, gdzie Mama gotowała było ciepło i tam wtedy wszyscy siedzieliśmy. W czasach, gdy było nam ciężko, dostawaliśmy w prezencie bombkę w kształcie skrzypeczek albo mydełko w kształcie Mikołaja i byłam nadal szczęśliwym dzieckiem. Zawsze spędzaliśmy Święta z całą rodziną, ale często z nami były też osoby samotne: ciocie, przyjaciele rodziny, znajomi.

Komunia

Należeliśmy do Parafii Gwiazda Morza. Na początku lekcje religii odbywały się w kaplicy przy ul. Chopina, zanim dużo później wprowadzono religię do szkół. Przed Komunią był mały egzamin, a ja wszystko poplątałam. Ksiądz powiedział, że się nie uczę i musiałam zdawać poprawkę. Byłam bardzo zawiedziona. Zdałam poprawkę, ale zachorowałam na ospę i byłyśmy przyjęte razem z siostrą. Sukienki do przyjęcia udało się Mamie uszyć dzięki pomocy cioci, siostry Taty. Jej mąż pływał, a ktoś z załogi przywiózł spadochron z delikatnego, białego nylonu. Moja Mama jeździła z nami do Oliwy do pani krawcowej, która była autochtonką i uszyła nam z tego spadochronu śliczne sukienki. Zawsze chodziliśmy na procesję Bożego Ciała, chociaż nigdy nie sypałam kwiatków, kwiatki sypała ubrana w strój krakowski moja młodsza siostra. Procesja szła od kościoła Gwiazdy Morza ulicą Kościuszki do kościoła św. Jerzego i dalej do kościoła Św. Andrzeja Boboli. Kiedyś były tylko te trzy kościoły katolickie w Sopocie. Obecna moja parafia, czyli parafia Św. Bernarda, jest najmłodszą parafią sopocką, a procesje Bożego Ciała mają krótszą trasę. Mój Sakrament Bierzmowania tak jak i mojego rodzeństwa odbył się jeszcze w poprzedniej naszej parafii -Gwiazdy Morza, przybrałam imię Teresa.  Gdy przyjmowaliśmy Sakrament Bierzmowania, mimo trudnych czasów, dzieci były szczególnie odświętnie ubrane.

*Więcej wspomnień rodziny: patrz Encyklopedia Sopocian -  profil Maria Kadłubowska (z domu Czarnecka)