Daniela Jankowska

Zdjęcia galerii

Galeria relacji:

Daniela Jankowska *
Powitanie z Wybrzeżem było mało sympatyczne. Ostatni etap podróży w nieznane, rozpoczętej trzy dni wcześniej w podwarszawskim Pruszkowie, zakończył się na obozowej rampie w Stutthofie. Był 31 sierpień 1944 roku. W kilkutysięcznym transporcie cywilnej ludności Warszawy przybyły nad morze dwie panie Jankowskie: 55-letnia Janina i 20-letnia Daniela. Po „powitalnej” selekcji i dwutygodniowej kwarantannie trafiły do baraków Nowego Obozu otrzymując dwa kolejne numery: matka – 87116, a jej córka – 87117.
Pobyt w obozie trwał aż do jego ewakuacji. Wymarsz kobiecej kolumny wraz z Danką i jej mamą nastąpił rankiem 26 stycznia 1945 roku. Więźniowie brnęli w głębokim śniegu przy kilkunastostopniowym mrozie. Drugiej czy trzeciej nocy w dramatycznych okolicznościach, niezauważone przez niemiecką eskortę, odłączyły się od maszerującej kolumny więźniów. Wycieńczone trafiły do pobliskiej wioski – były to Cedry Małe. Kilka kolejnych dni spędziły w piwnicy jednego z gospodarstw za cichym przyzwoleniem jego niemieckiego właściciela. Dzięki pomocy udzielonej przez zatrudnionych tam przymusowych robotników – Polaka spod Wilna i Ukraińca – doszły do pełni sił. Trzeciego dnia do Cedrów przyjechało Gestapo. W pośpiechu wyekspediowano Dankę z jej mamą w drogę do Gdańska. W razie kontroli miały podawać się za Polki pracujące na robotach w elbląskich zakładach Schichau-Werke, które w wyniku zajęcia tego miasta przez Rosjan uciekały w popłochu tracąc po drodze dokumenty wraz z walizką i całym swoim rzekomym dobytkiem. Na drogę wyekwipowane zostały w cywilne ciuchy, dostały chleb i słoninę.
Kolejnymi etapami wybrzeżowej odysei obu pań Jankowskich był gdański Arbeitsamt, następnie miesięczny pobyt w obozie pracy w Oliwie, kilkanaście dni spędzonych w lokalnej filii tegoż obozu na terenie Brzeźna by w ostatniej dekadzie marca znaleźć się w barakach w sąsiedztwie późniejszej Stoczni Północnej. Oprócz Polaków byli tam również Rosjanie, Włosi i Francuzi. Był to okres intensywnych nalotów radzieckich. Ostatnie półtora dnia przesiedziały po kostki w wodzie w ziemiankach chroniących tylko teoretycznie przed skutkami bombardowań. Tutaj też, bodajże 27 marca, zetknęły się po raz pierwszy z żołnierzami rosyjskimi. W pierwszej kolejności odesłali oni w nieznanym kierunku wszystkich rosyjskich więźniów. Po jakimś czasie któryś z Rosjan zalecił, aby pozostali także opuścili zajmowany rejon ze względu na nasilenie toczących się walk.

SPOTKANIE Z SOPOTEM
Danka z mamą, razem z grupą byłych więźniów udały się w kierunku Wrzeszcza. Główna ulica płonęła. Rosjanie na czołgach, ich kamraci plądrujący okoliczne domy, osmaleni, nierzadko pijani, walące się i iskrzące stropy płonących domów – wszystko to stwarzało piekielny wizerunek. Żołnierze zaczepiali przemykających ludzi, zadzierali im rękawy w poszukiwaniu „czasów”. Szczególnie kobiety narażone były na napastliwe zachowanie żołdaków. Przypadkowo spotkany oficer okazał się warszawiakiem w rosyjskim mundurze. Po krótkiej rozmowie wydelegował dwóch konnych jako eskortę mającą doprowadzić ich do Sopotu znajdującego się już poza linią frontu. Drogę przebyły bez zakłóceń. Jedynie w rejonie nasypu na wysokości lotniska, ze względu na zablokowanie szosy przez wysadzony razem z lokomotywą wiadukt, musiały zboczyć i przejść przez nasyp kolejowy. Był on z obu stron gęsto zasłany trupami żołnierzy niemieckich i rosyjskich – ich liczba i przypadkowe pozycje w jakich zginęli świadczyły o zaciętości prowadzonych tam walk.
Na terenie Sopotu grupa trafiła początkowo do dawnego pensjonatu w pobliżu skrzyżowania obecnych ulic Obrońców Westerplatte i Goyki. Po krótkim odpoczynku a nawet kąpieli w wodzie przyniesionej z pobliskiego źródła, zarządzono przenosiny do Kamiennego Potoku.
Tam też w rozszabrowanej piętrowej willi, z drzwiami bez żadnych zamknięć, miał miejsce nocleg, który ujawnił prawdziwy obraz Rosjan. Kobiety ulokowano w dużym pomieszczeniu na parterze, mężczyzn zakwaterowano oddzielnie na piętrze. Już po południu, gdy Danka z kilkoma dziewczętami wyszły poszukać jakiejś pościeli aby nie spać na podłodze o mało nie padły ofiarą własnej lekkomyślności. W rejonie ul. Malczewskiego zainteresowały się pierzyną wiszącą na parkanie jakiegoś obejścia. W pobliżu pojawił się rosyjski żołnierz, który gorliwie podpowiedział, że w domostwie jest tego więcej. Gdy weszły do środka okazało się, że nie jeden a kilku żołnierzy jest natarczywie chętnych do udzielenia „pomocy” a drzwi wejściowe są już zamknięte. Nie pozostało nic innego jak uciekać przez okno z niskiego półpiętra domu.
Nocleg okazał się również bardzo przykry. Podparcie drzwi stołem nie stanowiło wystarczającego zabezpieczenia przed nachodzeniem Rosjan starających się wyciągnąć dziewczyny ze sobą. Jakiś pijany oficer potknął się o wyciągnięte nogi śpiącej Danki. Obudzona zaczęła przepraszać. On wspaniałomyślnie spytał czy nie wie gdzie jest Gdynia. „Oczywiście, wiem!” – odpowiedziała. „Charaszo – wstawaj, sadis w maszinu, za dwa czasa budiem nazad!” – nakazał. Interwencja matki, że to jej „docz” i nigdzie nie pojedzie zapobiegła przykrym skutkom nieprzemyślanej deklaracji. Rosjanin odtrącając starszą z kobiet ze słowami: „Mołczi starucha!” skierował się do dwóch młodych dziewczyn siedzących na uboczu, aby zaprowadziły go do Gdyni. Wróciły rano – jedna milcząca, druga spłakana. Inny z Rosjan uparł się aby Danka szła na komendanturę. Czujna matka natychmiast zadeklarowała, że pójdzie z córką. Rosjanin zmienił wtedy front: „To ty idź” – zwrócił się do niej – „a my zostaniemy!”. Dopiero ranek stanowił wybawienie z koszmaru.
Umykanie spod „troskliwej” opieki Rosjan w Kamiennym Potoku odbywało się pojedynczo. Danka powędrowała w kierunku centrum Sopotu. Na jednym z domów przy głównej ulicy była wywieszona biało-czerwona flaga – we wnętrzu budynku kręcili się uzbrojeni Polacy. Zmęczona poprosiła o pomoc w znalezieniu spokojnego kąta na co odrzekli, że w pobliżu są z pewnością wolne mieszkania to może sama je sobie znaleźć i zająć. Ten brak zainteresowania oraz stres ostatnich dni spowodował, że usiadła na schodach i rozpłakała się. Dopiero wówczas jeden z kręcących się mężczyzn zadeklarował chęć pomocy. Wspólnie udali się w kierunku ulicy Morskiej (obecnej Bohaterów Monte Cassino) i tam w narożnym wolnostojącym budynku pod nr 2 zajęli jedno z dwóch mieszkań na pierwszym piętrze. Obejmowało ono kuchnię, z której kolejno przechodziło się do dwóch pokoi – Danka z mamą zajęły ostatni z balkonem, a w poprzedzającym ulokował się ów uzbrojony mężczyzna.
Któregoś dnia przyprowadził niemiecką rodzinę – ojca i dwie córki, 13-to i 15-to letnią – obie wielokrotnie zgwałcone, brudne, przestraszone, zapłakane. Znalazł je w kościele św. Jerzego lub w jego okolicy. Zbliżający się nieuchronnie front był uważany przez niemieckich mieszkańców Sopotu za apokalipsę. Gromadzili się w kościele wierząc, że tam znajdą schronienie przed zwycięską Armią Radziecką. Rzeczywistość okazała się znacznie bardziej ponura i tragiczna niż przypuszczali. Żołdacy rosyjscy uznali zaistniałą sytuację jako doskonałą okazję do swoistego odreagowania a kościół potraktowali jako przyfrontowy dom publiczny – gwałcili kobiety i mordowali zgromadzonych tam ludzi. Strach było znaleźć się w tamtym rejonie. Przyprowadzone dziewczynki zostały nakarmione, wymyły się i doprowadziły do ładu. Jak dalej potoczyły się ich losy – tego nie wiadomo.
Zajmowane lokum nie było jednak oazą spokoju – przechodni pokój stał się publiczną noclegownią i miejscem damsko-męskich spotkań zarówno Polaków jak i Rosjan. Rano Danka musiała pokonywać śpiących przedstawicieli obojga płci, nierzadko pijanych – nadal występowało więc ryzyko niewybrednych zaczepek. Znalezienie czegoś niezależnego stawało się wręcz koniecznością.

ROKOSSOWSKIEGO 4
W połowie kwietnia zorientowały się, że w głębi tego samego podwórza w sąsiednim domu są jeszcze wolne mieszkania. Skorzystały z okazji i natychmiast się tam przeniosły.
Do dwupiętrowego budynku prowadziła drewniana klatka schodowa. Na każdym poziomie były po dwa mieszkania. Prawostronne mieszkanie na pierwszym piętrze zajęte było przez czterech Rosjan – prawdopodobnie łącznościowców, część mieszkania okupował jakiś profesjonalny sprzęt. Na klatce przy drzwiach widniał ostentacyjny napis w języku rosyjskim: „Smiert Gitleru!” Lewostronny lokal był pusty – jego umeblowanie zdekompletowane, na podłodze w ostatnim pokoju leżała pościel zapaskudzona odchodami ludzkimi, podłoga zalana była jakimś skrzepłym syropem. W niektórych oknach brakowało szyb. Danka z obrzydzeniem powynosiła zabrudzoną pościel na podwórze – ku jej zaskoczeniu znikła w krótkim czasie (inni byli mniej wrażliwi i nie przegapili takiej okazji). Podłogę natomiast trzeba było szorować i skrobać. Brakujące szyby zostały tymczasowo zastąpione dyktą.
Było to północne mieszkanie, z oknami od strony zacienionego naroża podwórza, raczej ciemne, do którego podobnie jak do lokum vis a vis wchodziło się poprzez trójkątny przedsionek utworzony przez skośne zabudowanie naroża obszernego podestu klatki schodowej. Z przedsionka dostępny był wewnętrzny korytarz a z niego kolejno kuchnia i duży pokój stołowy, poprzez który wchodziło się do znacznie mniejszej sypialni.
Podstawowe wyposażenie kuchni stanowił węglowy trzon kuchenny, kuchenka gazowa oraz zlew. Wspólna ubikacja dostępna była od strony klatki schodowej. Pokoje ogrzewano piecem kaflowym usytuowanym przy wewnętrznych narożach ich wspólnej ściany – czołowa ściana pieca wykonana z białych kafli zamykała skośnie narożnik pokoju; nasadę pieca wieńczyła korona tworząca zasłoniętą przestrzeń, co mama Danki wykorzystała później jako schowek dla główki maszyny do szycia, podczas gdy jej podstawa okryta obszerną serwetą „robiła” za stolik. Maszynę tą przytargała do domu niewiadomo skąd, natomiast cała maskarada konieczna była z uwagi na komisje spisujące i wyceniające protokolarnie „oddane pod dozór i do użytkowania mienie ruchome” zajmowanych mieszkań. Aby zostać pełnoprawnym właścicielem owego mienia należało je wykupić po oszacowanych kosztach od Okręgowego Urzędu Likwidacyjnego. Finalizacja kupna nastąpiła na przełomie roku 1946-47.
Sąsiedztwo Rosjan okazało się bardzo przydatne. Byli to czterej wojskowi, prawdopodobnie w stopniach oficerskich, życzliwi i kulturalni, dwaj żonaci – Szura i Misza, dwaj kawalerowie – „drugi” Szura i najmłodszy z nich Kola. Codziennie zapraszali nowe lokatorki na obiad – zazwyczaj była nim pikantna, ostra zupa, bogato przyprawiana czerwonymi papryczkami. Poczęstunki były nie do pogardzenia – Danka za pracę w Urzędzie Miejskim była w pierwszych kilku tygodniach wynagradzana jedynie bochenkami chleba.
Jej mama jako rosyjsko i niemieckojęzyczna łatwo nawiązywała kontakt z Rosjanami, była również czasem pomocna w ich nieuniknionych kontaktach z autochtonami. Po tygodniu przebiegle obwieściła Rosjanom, że z powodu rzekomych dolegliwości zdrowotnych nie będą w stanie ich odwiedzać. W tej sytuacji w kolejnych dniach otrzymywały do swojej wyłącznej dyspozycji duży aluminiowy garnek wypełniony ową mocno doprawioną zupą. Dzięki temu po rozcieńczeniu oprócz obiadów miały zapewniony znacznie mniej pikantny wikt również na kolacje i śniadania.
Kola kilkakrotnie próbował zaprosić Dankę do kina. Jej wymijające odpowiedzi i nieobecności o umówionej porze sprowokowały Szurę do pouczenia młodszego kolegi, że „Dunia nie chce i nie ma zamiaru się z tobą umawiać”. Kola więcej już nie powtórzył swych propozycji.
W pierwszej dekadzie maja wszyscy czterej dostali rozkaz natychmiastowego wyjazdu na zachód – do Berlina. Byli niepocieszeni, kolejno przychodzili i żegnali się z Danką i jej mamą. Przynieśli cukier w kryształowym koszyku, olej w brązowym gąsiorku, worek łuskanego grochu oraz plik papieru listowego z prośbą napisania do nich na podany adres jednostki. Otrzymane wiktuały okazały się bardzo przydatne dla urozmaicenia ubogiego menu.
W sąsiednim budynku, jedno z mieszkań zajmowały trzy Niemki wspólnie z nowymi polskimi lokatorami. Była to mniej więcej 55-letnia Angelikowa będąca właścicielką sklepu z papierosami i tytoniem zlokalizowanego po przeciwnej stronie Monte Cassino (wówczas Rokossowskiego) oraz jej siostra, siedemdziesięcioparoletnia zniedołężniała staruszka wożona na inwalidzkim wózku. Razem z nimi mieszkała 65-letnia Tekla, będąca siostrą „opieki społecznej” jeśli to tak można nazwać po dzisiejszemu. Tekla mówiła dosyć poprawnie po polsku, Angelikowa – z wyraźnym akcentem niemieckim.
Między tymi trzema a Danką i jej mamą nawiązała się nić sąsiedzkiej życzliwości. Danka dzieliła się z nimi chlebem przynoszonym z pracy. Niemki również rewanżowały się w miarę swych możliwości.
Pewnego dnia wychodząca do pracy Danka spotkała na podwórzu Teklę. W rozmowie wspomniała, że mama się rozchorowała, pranie rozgrzebane a po powrocie do domu nie wiadomo za co się najpierw zabrać. Po południu ku swemu zdziwieniu stwierdziła, że pranie już się suszy – to Tekla z Angelikową dokończyły je i rozwiesiły.
Innym razem, krótko przed wysiedleniem, przywędrowały z zielonym dywanem do dużego pokoju. Następnego dnia wróciły po niego wypłoszone – nowy polski właściciel, przejmujący ich mieszkanie, zauważył brak dywanu i zapowiedział, że jeśli się nie pojawi tam gdzie był do tej pory to zrobi z nimi trzema „porządek”. Dywan wrócił więc na pierwotne miejsce. W zamian przytargały kwiecisty serwis obiadowy.
Wczesną jesienią 1945 roku niemieckie sąsiadki zostały wysiedlone z Sopotu.
Jeszcze latem Danka odwiedziła Warszawę – zastała morze ruin i nielicznych, nieomal bezdomnych sąsiadów. W tej sytuacji obie z mamą zdecydowały, że zostają w Sopocie już na stałe. Zwyciężył rozsądek – na Wybrzeżu było mieszkanie i praca.
—————————————————————————————————————–
* Daniela Postek (1924-2008) – panieńskie nazwisko Jankowska – dzieciństwo i młodość spędziła w Warszawie, mieszkanką Sopotu była w latach 1945-1954. Wspomnienia zanotował syn Janusz Postek.