Czesława Scheffs z ojcem Augustynem Tarchałą, Sopot 1953 r.

Zdjęcia galerii

Galeria relacji:

Wakacje na molo
Moje dzieciństwo było chyba nietypowe. Koleżanki, koledzy wyjeżdżali do rodziny na wieś, albo na kolonie. A ja spędzałam lato w Sopocie. Mieszkałam we Wrzeszczu, tej części nazywanej teraz Strzyżą. Ale w dzieciństwie bardziej znałam molo i główne ulice Sopotu niż swoją dzielnicę. Na molu pracował jako kierownik przystani mój ojciec Augustyn Tarchała - od 1951 roku do 1969 roku – od maja do września. Jego podwładnymi byli cumownicy, a także kasjerki. Ojciec był formalnie pracownikiem Gdańskiego Urzędu Morskiego i na jakiejś cząstce etatu -Kąpieliska Morskiego Sopot. Jego dzień pracy wyglądał nietypowo; to nie było osiem godzin, na molu przebywał od rana do wieczora. Dziś statki nie kursują tak często jak wtedy. Kiedyś rejsy odbywały się nawet wieczorem… W soboty i niedziele też oczywiście ojciec pracował. Ale w okresie od października do maja był przenoszony w różne inne miejsca np. do Kapitanatu Portu w Nowym Porcie, czy gdzieś do Gdańska nad Motławę.
Często odwiedzałam ojca, z mamą czy z babcią, potem gdy byłam starsza sama lub z koleżankami. Te pobyty na molu to były moje wakacje. Nie chodziłam na plaże, mama nie lubiła się opalać; dopiero jako nastolatce zdarzały mi się takie wypady. Z dzieciństwa pamiętam dużo stateczków – Olimpia, Aldona, Grażyna, Panna Wodna, spory statek Białej Floty Mazowsze. Oglądałam te statki, gdy cumowały, ale też czasami udawałyśmy się z mamą lub babcią na przejażdżki po zatoce, w rejs na Hel lub do Gdańska, bo takie były trasy. Największym zainteresowaniem cieszyły się rejsy po zatoce.
Do Sopotu przyjeżdżało mnóstwo ludzi z całej Polski i z zagranicy. Ojciec przyjaźnił się z jakąś rodziną z Czech, z Gotwaldowa, oni bardzo spragnieni byli morza. Molo stanowiło dla nich wielką atrakcją.
Ja się urodziłam w 1950 roku. Lata pięćdziesiąte to okres, gdy zainteresowanie molem i Sopotem było bardzo duże. Iwaszkiewicz i Dąbrowska piszą w swoich dziennikach o pobycie w Sopocie. Jest takie zdjęcie Marii Dąbrowskiej, gdzie w tle widać Grand Hotel.
Na molu odbywała się swoista rewia mody. Dziewczyny czesały się w „koński ogon”. Hitem – jak byśmy dzisiaj powiedzieli- stały się męskie koszule non iron, takie których się nie prasowało. W modzie kobiecej też dominowały materiały typu nylon, stylon, które ładnie się układały. Oczywiście dziewczyny przechadzały się na wysokich obcasach. Zdarzały się paniom takie przygody, że szpilka utknęła między deskami mola. I czasami ktoś się zgłaszał do kierownika przystani, żeby uratować. Ale to nie było takie łatwe, przecież ojciec nie miał zapasowych bucików dla pań!
Wejście na molo znajdowało się w części Zakładu Balneologicznego. Były bramki, a nad nimi napis MOLO. Plac obsadzony lipami, gdzie znajdowała sie muszla koncertowa i fontanna stanowił część mola. Aby się tam znaleźć należało wykupić bilet.
Zapamiętanym przeze mnie charakterystycznym elementem sopockiej panoramy był dymiący komin Zakładu Balneologicznego. A także przeszklona budowla Biura Wystaw Artystycznych. Przez wiele lat te obiekty były obecne na zdjęciach zachowanych w moim albumie. Dziś komin już nie dymi, zmienił się widok miasta oglądany z mola. W pobliżu kas w lokalu o nazwie Fantom odbywały się pierwsze pokazy striptizu. Dziś po tej knajpce nie ma śladu.
Z rozrywek dostępnych dla dzieci zapamiętałam organizowane w muszli koncertowej występy, konkursy. Ławeczki były zwykle zajęte, zwłaszcza, gdy wiał wiatr i ludzie uciekali z mola, by schronić się między lipami, na tym skwerku przed molem. Fontanna robiła szczególne wrażenie wieczorami. Podświetlona kolorowymi reflektorami stawała się miejscem popisów artystów baletu. Po latach zastanawiałam się, czy to nie był sen, czy naprawdę widziałam te postacie w tanecznych pozach. W „Kurorcie w cieniu PRL-u” znalazłam potwierdzenie, że była to rzeczywistość.
Przy molu były kawiarenki – Mokka i Fregata. Zapamiętałam je, bo zdarzało się, że tam się udawaliśmy, z mamą lub babcią, albo z ojcem gdy miał chwilę. Jedliśmy tam bitą śmietanę i lody.
Podziwiałam młodzież, która skakała z mola. To było niedozwolone, mój ojciec i jego pracownicy usiłowali temu zapobiec. Ale z niesfornymi młodymi ludźmi trudno było sobie poradzić.
Na plaży była wypożyczalnia kajaków. Kolorowe boje oznaczały miejsca do których kajakiem można było dopływać. Czasami przy ostrodze cumowały żaglówki, nie były tak popularne jak dziś, więc zaraz otaczał je tłum gapiów. Ojciec miał taką księgę, w której rejestrował łodzie, ale nie rybackie, a te- powiedziałabym – sportowe; wiosłując można było wypływać nimi dość daleko. A jak ktoś na kajaku za bardzo się oddalił to wkraczała milicja wodna. Ojciec ich zawiadamiał. Miał też taką tubę, przez którą wzywał do powrotu. Z wczesnego dzieciństwa pamiętam, że takie młode panie za daleko wypłynęły. Milicja wodna wyciągnęła je z wody i przywiozła na molo i przy mnie tata im udzielał reprymendy. One były w strojach kąpielowych i czepkach. Nie było mowy o mandacie, bo miały na sobie tylko strój kąpielowy.
Stroje kąpielowe jakie zapamiętałam to właśnie już bikini. Ale raczej dwuczęściowe. Oczywiście, na pewno te majteczki były bardziej zabudowane. Materiały też były gorszej jakości, niż dziś. Pływano wtedy w czepkach kąpielowych. One właściwie bardzo włosów nie chroniły. Ale może przez to, że panie robiły sobie wtedy trwałą ondulację obawiały się zamoczenia. Dziś umycie włosów to nie problem, ale wtedy to były inne czasy.
Odbywały się też na molo pokazy nurkowania. Byli to nurkowie w ciężkich skafandrach, hełmach z szybkami i ciężkich butach. Działo się to z prawej strony, na bocznym pomoście przed ostrogą. Wykonywali różne zadania, wyławiali coś z dna, można się było z nimi fotografować. To była atrakcja dla turystów! Potem, gdy czytałam książkę Juliusza Verne’a „Dwadzieścia tysięcy mil podmorskiej żeglugi” z ilustracjami z czasów współczesnych pisarzowi, to te postacie, kojarzyły mi się z tymi nurkami. Ta więc Verne przewidział jak nurkowie będą kiedyś wyglądać.
Do Sopotu jeździłam kolejką. Mieszkaliśmy nieopodal przystanku Gdańsk – Lotnisko, a dziś to jest Gdańsk – Zaspa. Ale wyprawa do Sopotu nie była czymś szczególnie trudnym. Nie mówiło się wtedy SKMka, a po prostu pociąg. Dojazd nie był żadnym kłopotem. Gdy bywałam do późnych godzin na molo, a była dość mała to wracając zasypałam w pociągu i wtedy do domu trzeba było mnie nieść.

Górny i dolny pokład
Ojciec miał swoje biuro w budce na końcu górnego pokładu Tak się wtedy mówiło: górny i dolny pokład. Była tam też kasa, gdzie sprzedawano bilety na rejsy statkami. W biurze był telefon – służbowy. Dla mnie atrakcja, bo w domu nie mieliśmy tego urządzenia. Ojciec nadzorował cumowników i współpracował z milicją wodną. Na motorówkach ekipa milicyjna patrolowała zatokę. Zdarzało się, że pływacy i kajakarze wypływali za daleko. Mimo ostrzeżeń o wietrze, czy sztormie.
Niezależnie od flag na plaży – białej, czerwonej, czy czarnej – ojciec też wywieszał takie flagi, na końcu górnego pokładu. Z okazji różnych świąt był obowiązek wieszania flagi państwowej, ale też tzw. gali banderowej. Przez jakiś czas na dolnym pokładzie istniała budka służąca za magazyn. Teraz oczywiście molo wygląda inaczej. Z górnego pokładu schodziło się na dolny, z którego odbijały statki. No i była ostroga, dziś już nie istnieje – jest tam marina.

Dni Morza
1 maja zaczynał się okres pracy ojca na molo, w związku z tym nie musiał chodzić na pochody. Dla mnie jako dziecka to nie miało większego znaczenia. Nie pamiętam, czy coś się działo 22 lipca. Ale pamiętam Dni Morza, choć nie umiem powiedzieć w jakich dniach się odbywały, przypuszczam, że w czerwcu w okolicy Nocy Świętojańskiej. Zapamiętałam, że kiedyś w czasie tych Dni odbywało się puszczanie wianków na wodę. To nie było spontaniczne, ale przygotowane przez organizatorów. W tym okresie więcej było rejsów po zatoce, więcej festynów, występów w muszli koncertowej.
W dokumentach ojca jest podziękowanie od Gdańskiego Urzędu Morskiego za organizację tych Dni Morza. Być może był to okres, gdy inne statki przybijały do mola. Nie tylko te, które na co dzień obsługiwały pasażerów. Być może tak jak na zdjęciu z lat pięćdziesiątych, gdy do mola przybił okręt podwodny „Sęp”.

Stali bywalcy
Aparaty fotograficzne nie były dobrem powszechnym. Na molu pracowali fotografowie, którzy mieli pewnie odpowiednie zezwolenia i mogli wykonywać zdjęcia. Mam fotografię przedstawiającą ojca z grupą mężczyzn obwieszonych aparatami. Zapamiętałam pana, który najdłużej chyba tam pracował – do późnych lat sześćdziesiątych. Był człowiekiem niemym lub głuchoniemym. Musiał mieć zgodę władz mola i pewnie był gdzieś zatrudniony, może należał do spółdzielni – pamiętam miał odpowiednią opaskę na rękawie. Wykonywał zdjęcia turystom, ale też testował sprzęty i mam w swoich zbiorach także takie zdjęcia nie najlepszej jakości o tym świadczące. Gdy robił zdjęcia komuś, kto chciał mieć zdjęcie z marynarzem i ojciec się tam pojawił to my też dostawaliśmy odbitki. Nie umiem sobie przypomnieć jego nazwiska, ale znalazłam go w tle zdjęcia Parasolnika w książce „Kurort w czasach PRLu”. Sam swojego wizerunku tak nie utrwalał.
Zdarzały się też osoby z przenośnym sprzętem – z watą cukrową, ale też sprzedawcy z drewnianymi pojemnikami, które były lodówkami – nawoływali „lody Mewa!” – chodząc po plaży. Sprzedawano też parówki z bułką i musztardą. To się działo w obrębie fontanny na placu. Dla nas to była kiedyś część mola. Mówiło się, że się idzie do muszli, czy na fontannę.
Na molo było sporo wędkarzy. Ze swoim sprzętem wysiadywali na tym dolnym pokładzie, musieli mieć karty rybackie i obowiązkiem ojca było sprawdzenie, czy mają takie dokumenty. Gdy statek przypływał do mola musieli opuścić swoje miejsce. Najczęściej bywali tam wczesnym rankiem.

Parasolnik
Udało mi się jako nastolatce zrobić Parasolnikowi zdjęcie aparatem fotograficznym Druh – zostało ono zamieszczone w książce „Kurort w PRL-u”. Parasolnik przechodził pewną metamorfozę. Ja go pamiętam rzeczywiście jako Parasolnika – był to pan w ciemnym garniturze, z aktówką w ręku i z kilkoma parasolami – przeważnie męskimi, czarnymi parasolami. Parasolnik miał przeszłość cyrkową i potem zmienił swój image. Z pana w meloniku przedzierzgnął się w cyrkowca, błazna. Nosił długie buty z noskami, typowo cyrkowe, kolorowe bluzy, spodnie. Zapuścił brodę, włosy. Doklejał sobie biust. Zrobił się zauważalny, ale chyba najsympatyczniejszy był, gdy był prawdziwym Parasolnikiem. Pojawiał się tam w różnych porach, chętnie pozował do zdjęć, był atrakcją. Ale w tym okresie, gdy tak dziwacznie się przebierał to nie zawsze było to miłe, patrzyło się na to z zażenowaniem, na te przebieranki. Przekraczał czasem granice dobrego smaku. Ojciec opowiadał o nim jako o ciekawym człowieku, z którym można było o wszystkim porozmawiać.

Monte Cassino i inne miejsca
Pamiętam, że kiedyś tą ulicą jeździły samochody, oczywiście nieliczne. Potem Monte Cassino stało się deptakiem. Rzeczywiście była to ulica bardzo tłoczna. Było sporo atrakcji – księgarnia – a wtedy książki też trzeba było zdobywać, a ona była lepiej zaopatrzona niż inne. Słynną restauracją był Złoty Ul. Gdy wracaliśmy późnym wieczorem z mola to ojciec zdejmował czapkę i kurtkę od munduru, żeby nie być rozpoznanym przez znajomych. Bo ci chcieli go zaprosić na wódeczkę, albo dancing. On był osobą towarzyską, ale musiał wrócić do domu, by o świcie przyjechać z powrotem na molo, więc musiał odmawiać.
Na Monciaku pojawiali się też z czasem plastycy, którzy wykonywali portrety. A na molo, w części oszklonej starszy pan wycinał z czarnego papieru sylwetki ludzi. Był utalentowanym człowiekiem.
W Sopocie był też Teatr Letni, zdarzało mi się tam bywać z rodzicami. Przedstawienia były bardzo przyzwoite, grali tu aktorzy z Warszawy. Znaliśmy ich z telewizji. Repertuar był lekki, jak to latem. Teatr działał w namiocie rozstawionym chyba na ulicy Powstańców Warszawy.
Był też Non Stop, ale to nie był mój świat, bo ojciec był dość tradycyjny jeśli chodzi o gusta muzyczne i to co się tam działo, ta młodzież nie bardzo go fascynowała. Więc ja jako dziecko nie narażałam się.
Nie obcy mi był Grand Hotel. Ojciec pracował na molu cały dzień – od rana do wieczora. Gdy przychodziła godzina między jednym, a drugim odejściem statku chodził do Grand Hotelu. Ja czasem bywałam tam z nim. Pamiętam, że był to ekskluzywny hotel, imponujący, piękny. Bywaliśmy w porze, gdy nie było wielu gości. Mimo że ojciec miał jakieś bony, więc nie był takim prawdziwym gościem hotelu, był obsługiwany przez eleganckich kelnerów. Pamiętam, że zupa nalewana była do talerza przez kelnera z kubeczka – taka wtedy była moda w restauracjach.

Zmiany na molo
W późniejszych latach sześćdziesiątych molo zaczęło tracić na znaczeniu, nie wiem z czego to wynikało. Może ludzie zaczęli jeździć na wczasy pracownicze w inne miejsca. Zaczęłam odczuwać, że na molo rządzą nowe prawa. Nastąpiły pewne zmiany organizacyjne… Nie wyobrażałam sobie, by ktoś kto pracuje na molo, jest postacią widoczną mógł zakładać czapkę mundurową do sandałów i marynareczki. A to się zaczęło zdarzać. Mój ojciec był przedwojennym wojskowym, chodził całe życie w mundurze, o który dbał i nie wyobrażał sobie takiego zeszmacenia. Przestało być ważne żeby trzymać fason i elegancko się prezentować. To były oznaki, że już nie jest to taka „Mekka turystów”. Zaczęli przyjeżdżać też inni ludzie. W latach pięćdziesiątych było tu dużo ludzi zamożnych – tzw. prywatna inicjatywa, osoby które było stać na pobyt tutaj, na dobry hotel. Udawało im się prowadzić jakąś działalność, mimo trudnych warunków. Potem molo zrobiło się bardziej demokratyczne, Sopot stawał się bardziej dostępny dla ludzi uboższych. W Sopocie zaczęła panować młodzież z pierwszych big beatowych zespołów. Ale jak każdy taki proces, miało to swoje dobre i złe strony. Molo przestało być miejscem ekskluzywnym i miałam wrażenie, że stało się byle jakie.

Sklepy
W maju organizowano Dni Książki i Prasy. Odbywały się wtedy kiermasze książek. Na Monciaku funkcjonował Międzynarodowy Klub Książki i Prasy. Można tam było też poczytać prasę zagraniczną. Prasa w obcych językach nie była wtedy wszędzie dostępna. Pamiętam też tzw. „Stodołę” – był to sklep głównie z artykułami spożywczymi. W „Stodole” zaopatrzenie było podejrzewam lepsze niż w innych częściach miasta, czy Wrzeszcza. Nie wiem skąd ta nazwa – może przez kształt – był to duży budynek. Należał do Społem, ale wśród pracowników ojca mówiło się „Stodoła”. To nie była oficjalna nazwa. Sklep był na rogu Monte Cassino i ulicy, gdzie dziś jest tunel.
Dziś bywam rzadko na molo, jest kłopot z zaparkowaniem samochodu. Dla mnie to już miniona epoka, inne czasy. Pozostały we wspomnieniach i zdjęciach. To co dziś jest wokół mola, oceniam jako coś ciekawego, ale po prostu innego niż w czasach mego dzieciństwa.
16.04.2014