Spotkałem się i zaprosiłem do rozmowy pana Czesława Stefanowicza, mieszkańca Sopotu od 1945 roku. Pan Czesław Stefanowicz jest byłym żołnierzem Armii Krajowej, a obecnie pełni funkcję wiceprezesa Sopockiego Koła Światowego Związku Żołnierzy Armii Krajowej. Poprosiłem, by podzielił się ze mną swoimi powojennymi przeżyciami, związanymi z Sopotem.

Redaktor: Dzień dobry! Cieszę się, że zgodził się Pan na rozmowę ze mną.

Czesław Stefanowicz: Dzień dobry! Chętnie odpowiem na pytania.

Red: W jaki sposób trafił Pan do Sopotu?

C.S.: Najpierw przyjechała tu moja siostra. Był to czerwiec 1945 roku. Zamieszkała              w Sopocie przy ul. Niedziałkowskiego 16 a. Kiedy do niej przyjechałem, a była to noc, spotkała mnie ciekawa historia. Udałem się pod podany adres, lecz nikogo tam nie zastałem. Wszystko było pozamykane. Zmartwiony wróciłem z powrotem na sopocki dworzec kolejowy. Mieścił się on w wagonie towarowym, gdzie urzędował zawiadowca stacji               i znajdowały się tam również kasy biletowe. Pomyślałem, co tu zrobić, jak się dowiedzieć, gdzie mogę znaleźć siostrę. Wiedziałem, że pracuje w Urzędzie Wojewódzkim. Rano uda- łem się na przystanek autobusowy. Nagle ktoś do mnie podchodzi i pyta z niedowierzaniem;  -To ty? Była to moja siostra. I co się potem okazało? Bardzo ciekawa sprawa. Parę tygodni wcześniej ul. Niedziałkowskiego przemianowano na ul. Białkowskiego. Stąd też nie mogłem znaleźć domu, w którym mieszkała moja siostra.                                                                            Po zakończeniu wojny chcąc zamieszkać w Sopocie, musiałem wcześniej uzyskać przydział na mieszkanie z Urzędu Miasta. Na jednego mieszkańca przypadało wówczas tylko 7 metrów kwadratowych powierzchni. Norm tych bardzo przestrzegano.           

Red.: Przyjechał Pan z dalekiej Wileńszczyzny. Jakie wrażenie zrobił na Panu Sopot?

C.S.: Sopot był znanym przedwojennym kurortem. Kiedy tu przyjechałem, wszystko mnie zachwyciło. Spodobało mi się morze i Sopockie Molo. Pamiętam, że zimą 1947 r. były tak silne mrozy, że statki wpływające do portu stawały niedaleko od mola skute lodem i nie mogły się wydostać na morze. Cała Zatoka Gdańska była zamarznięta. Mogliśmy z mola przejść pieszo po lodzie do tych statków.. Miasto nie było mocno zniszczone działaniami wojennymi. Stare przedwojenne domy do dziś pozostały niezmienione.

Tylko ulice  w Sopocie, tak jak w innych miastach Polski, otrzymywały nazwy komunistycznych ,,bohaterów’’. Chciano w ten sposób podkreślić przyjaźń polsko – radziecką .Aleja Niepodległości nosiła nazwę Józefa Stalina. Była wąska i brukowana. Zupełnie  nie przypominała tej obecnej. Tam gdzie teraz są chodniki, były wtedy ogródki. Najbardziej uczęszczana dzisiaj ul. Bohaterów Monte Cassino nazywała się ul. Marszałka Konstantego Rokossowskiego. Była również brukowana. Wtedy jeździły tam samochody, a chodniki były bardzo wąskie. Przechodnie ledwie się tam mieścili. Jedna z ważniejszych ulic w Sopocie, taka jak ul. 3 Maja nosiła nazwę Feliksa Dzierżyńskiego. Były też ulice im. Hanki Sawickiej – działaczki ZMK (Związku Młodzieży Komunistycznej) oraz ulica Konstantego Pstrowskiego, górnika i przodownika pracy, który zmarł z przepracowania, przekraczając wszelkie możliwe normy wydobycia węgla. Nazwy mniejszych ulic pozostały takie same. Ulice oświetlane były gazowymi latarniami. O zmierzchu latarnik, jadąc na rowerze, zapalał je specjalnym urządzeniem, rano, skoro świt, gasił je.

Red.:  Kiedy przyjechał Pan do Sopotu mieszkało tu jeszcze dużo Niemców. Jak przedstawiały się wówczas stosunki polsko – niemieckie?

C.S.: Kiedy moja siostra przyjechała do Sopotu w czerwcu 1945 roku Niemcy stanowili jeszcze większość mieszkańców Sopotu. Powoli, w ciągu kilku miesięcy, dobrowolnie opuszczali swoje domy, zabierając ze sobą swój dobytek. Nie chcieli mieszkać dalej              w Polsce. Państwo niemieckie zachęcało ich do powrotu do ojczyzny, gwarantując takie same warunki mieszkaniowe. Podobnie czyniło nasze państwo, nakłaniając Polaków do zamieszkania na stałe w Sopocie. Przyjeżdżali tu ludzie przede wszystkim z Kresów Wschodnich i zniszczonej podczas okupacji Warszawy.

Red.:  Jakie były wcześniejsze Pana losy, zanim przyjechał Pan do Sopotu?

C.S.: Urodziłem się na Wileńszczyźnie w 1924 roku. W wieku 20 lat wstąpiłem do 5 Wileń- skiej Brygady Armii Krajowej ,, Łupaszki’’. Przyjąłem pseudonim ,,Przyjazny’’. Kiedy w 1944 roku rozwiązano naszą brygadę pod Grodnem, otrzymaliśmy prawo wyboru. Kto chciał mógł wracać do domu, a reszta mogła przedostać się małymi grupkami przez linię frontu na zachód do Lasów Augustowskich. Większość żołnierzy wybrała drugą możliwość. Ja również do nich dołączyłem. Wraz z kolegą przekroczyliśmy w nocy granicę, przedzierając się przez linię frontu. Zostaliśmy zatrzymani w miejscowości Skider przez sowiecką milicję porządkową. Tłumaczyliśmy im, że wracamy z robót w Niemczech, a mimo wszystko zostaliśmy aresztowani. Po kilku dniach wywieziono nas pociągiem towarowym do Rosji, do miejscowości Kostroma. Traktując nas jako obywateli radzieckich zamierzono wcielić nas do Armii Radzieckiej. To, że zadeklarowaliśmy się, że jesteśmy Polakami uratowało nas przed pójściem na front jako sowieccy żołnierze. Wróciliśmy do Polski na podstawie porozumienia Mikołajczyka z Sowietami. Trafiliśmy do polskiej jednostki niedaleko Białegostoku. Odbywaliśmy tam szkolenia wojskowe. W międzyczasie wojna się skończyła.

Red.: Czy w związku z tym, że był Pan działaczem Armii Krajowej, miał Pan jakieś problemy w Polsce Ludowej?

C.S.: Nikt nie mógł się wykazywać przynależnością do AK, to była wielka tajemnica. Co kilka miesięcy zmuszono nas w pracy do pisania swojego życiorysu w celu weryfikacji ewentualnych rozbieżności. Musiałem się bardzo pilnować, żeby nie popełnić błędu. Za każdym razem pisałem, że przyjechałem do Sopotu bezpośrednio z podwileńskiej miejscowości, nie wspominając o działalności w AK. Dopiero po wielu latach, kiedy swobodniej można było mówić na ten temat, okazało się, że na spotkaniu zorganizowanym przez byłych żołnierzy AK było również dwóch moich kolegów z pracy. Oni także nigdy       o tym nie wspominali.

Red.: Mieszkał Pan w Sopocie, a pracował w Urzędzie Ziemskim w Gdańsku. W jaki sposób dojeżdżał Pan do pracy?

C.S.: Z komunikacją po wojnie nie było tak źle. W 1945 roku uruchomiono linię autobusową na trasie Gdańsk – Gdynia. Rok później przedłużono linię tramwajową pomiędzy Gdańskiem a Sopotem. W 1947 roku powstało połączenie trolejbusowe Sopotu z Gdynią. Dopiero w 1952 roku uruchomiono regularne pociągi elektryczne na trasie do Gdańska. Początkowo były to wagony towarowe z drewnianymi ławkami. Poruszały się po linii jednotorowej. Było to duże utrudnienie, gdyż znacznie przedłużało podróż.

Red.: W związku z powszechnym niedostatkiem i spustoszeniem, jakie poczyniła wojna,          w jaki sposób radził Pan sobie na terenie Sopotu ze zdobywaniem podstawowych artykułów potrzebnych do życia?

C.S.: Po zakończeniu wojny jeszcze na początku sklepy były prywatne, ale stopniowo handel upaństwawiano. Utworzono sklepy MHD (Miejski Handel Detaliczny) i MHM ( Miejski Handel Mięsny), które miały wyłączność na sprzedaż wszelkiego rodzaju towarów. Wszystkie podstawowe artykuły były reglamentowane. Imienne  kartki otrzymywało się        z Wydziału Handlu Urzędu Miasta. Istniały również małe sklepy prywatne, które zaopatrywały się wyłącznie u rolników. Poza tym mieszkańcy mogli kupować różne artykuły na rynku. Przyjeżdżający furmankami rolnicy ustawiali się rzędem na niezabudowanym jeszcze terenie pomiędzy ulicą 1 Maja a ulicą Sikorskiego. Można było nabyć tam świeże owoce, warzywa, masło, sery, mleko. Mleko było nalewane prosto z kanek. Chcąc je kupić należało przyjść z własnym naczyniem zwanym mlecznikiem.

Red.: Jak wyglądało życie kulturalne w Sopocie?

C.S.: W Sopocie istniały dwa kina. Kino ,,Polonia’’ i kino ,,Bałtyk” znajdowały się na ulicy Bohaterów Monte Cassino. Lubiłem chodzić na filmy z Kobielą i Cybulskim w roli głównej. Latem chodziłem na koncerty do Opery Leśnej. Później dopiero powstał Teatr Kameralny. Mniej więcej po dwóch latach od zakończenia wojny zaczęli przyjeżdżać do Sopotu pierwsi turyści, najpierw do swoich krewnych, potem do sopockich hoteli i prywatnych kwater.

Red.: Czy mógłby mi Pan powiedzieć jaką rolę pełni Sopockie Koło Światowego Związku  Żołnierzy Armii Krajowej, którego Pan jest wiceprezesem?

C.S.: Obecnie pozostało 72 członków Sopockiego Koła Światowego Związku Żołnierzy Armii Krajowej. Spotykamy się raz w tygodniu w naszym klubie przy ulicy Czyżewskiego   nr 13 w Sopocie. Wydaliśmy kilka książek o tematyce związanej z działalnością AK. Zbieramy się przy pomniku Armii Krajowej i pomniku Sanitariuszki Inki w Sopocie. Składamy kwiaty z okazji różnych ważnych uroczystości państwowych i tych związanych z działalnością AK.                                   W Sopocie mamy też szkołę pod patronatem Armii Krajowej. Umówiliśmy się z dyrekcją tej szkoły, że co roku uroczystość Pasowania na ucznia odbywać się będzie przy pomniku żołnierzy AK. Co roku organizujemy też dwa konkursy dla uczniów sopockich szkół o tematyce związanej z działalnością AK.

Red.: Serdecznie dziękuję za rozmowę i poświęcony czas. Przekazane przez Pana treści stanowią dla mnie i mojego pokolenia wielką wartość. Życzę Panu zdrowia i dalszych sukcesów.

C.S.: Również dziękuję i serdecznie zapraszam do naszej siedziby AK w Sopocie                                                                                        

 

*Praca konkursowa – Ignacy Wyziński, Szkoła Podstawowa nr 8 im. Jana Matejki w Sopocie