Bohdan Mazur, Sopot 1948 r.

Zdjęcia galerii

Galeria relacji:

Pochodzenie

Mój ojciec całą wojnę spędził na Wołyniu, skąd pochodzi moja rodzina. W 1944 roku zmobilizowali go jako byłego obywatela rosyjskiego do Armii Rosyjskiej. Ale ani słowa po rusku nie umiał, więc wynikało z tego wiele śmiesznych sytuacji. Trochę się wtedy nauczył rosyjskiego. Gdy po wojnie wrócił w listopadzie w 1945 roku, matka była wówczas już  w Kwidzynie, zdecydowali przyjechać  do Gdańska. Koledzy mu poradzili, że w Gdańsku będzie praca. Mieszkanie dostali w Sopocie (zostali dokwaterowani do rodziny autochtonów).Moi rodzice pobrali się na Wołyniu w 1941 roku. W 1942 roku urodziła się moja siostra, a w 1943 brat (nie przeżył wojny). Nie mieli nawet żadnego zdjęcia ze ślubu, bo to wojna była. Po 1944 roku, gdy Rosjanie wkroczyli na Wołyń , to Polaków stamtąd przesiedlali na zachód. Tata dostał pracę w „Państwowym Przedsiębiorstwie Budowlanym Zjednoczenie Wybrzeża Oddział nr 1” pracował przy odbudowie mostów  (od Tczewa do Kamienia Pomorskiego) – np. most w Tczewie był zawalony, trzeba było go odbudować.  Pociąg, jak jechał z Warszawy do Gdańska to przez Kwidzyn, tam był drewniany most kolejowy, potem zimą kra go przewróciła. Całe tygodnie ojca nie było .Mama była sama w domu z córką Grażyną i potem też ze mną. Ja się urodziłem w Sopocie w poniedziałek, ale za to Wielkanocny 1947 roku. Poród był w domu, bo w Sopocie  szpitala nie było . Mój akt urodzenia jest cały pisany ręcznie. Siostra Grażyna mówiła na mnie Kaszub, bo ja byłem jedyny z rodziny, który urodził się tutaj. Więc takie nadali mi w rodzinie przezwisko. Mnie nazywano Roman, a dopiero w siódmej klasie szkoły podstawowej dowiedziałam się, że właściwie to w papierach jest Bohdan na imię. Nauczycielka która wypisywała świadectwo, wyciągnęła metrykę z mych dokumentów i powiedziała – przecież ty masz na imię Bohdan, a nie Roman. Więc teraz połowa osób nazywa mnie Roman, a druga połowa Bohdan.

Pierwsze sopockie wspomnienia

Z najmłodszych lat pamiętam takie sopockie obrazy. To musiały być wydarzenia, które się dziecku zaryły w pamięci. Wiem, że jeszcze długo jako młody chłopak miałem sny, że idę z mamą na spacer i dochodzimy do Łazienek Południowych, idziemy wzdłuż plaży i widzę taką ogromną, wysoką wydmę. Potem już jako dorosły szedłem tam i myślałem, gdzie ja te wydmy mogłem widzieć. Z punktu widzenia dziecka świat całkiem inaczej wyglądał. Wydmy wydawały się ogromne.

Pamiętam też, że jako zgraja dzieciaków po 3-4 lata spotykaliśmy się z innymi dzieciakami i buszowaliśmy po terenach na skarpie za kościołem Gwiazda Morza. Tam na tyłkach zjeżdżaliśmy po piasku. To była taka ówczesna zjeżdżalnia. Jako dziecko, mimo że byłem bardzo mały chodziłem po Sopocie sam – tzn. z innymi dziećmi.

Przed molo była fontanna, która mnie fascynowała. Bardzo głośno szumiała. Silniki musiały być gdzieś w podziemiu. Było kolorowe podświetlenie, a jako dziecko się zastanawiałem, jak to możliwe, że wypływa kolorowa woda. To było dla mnie nie do zrozumienia. Pamiętam też kamienne rzeźby  w Parku Północnym. Najbardziej utkwiła mi rzeźba  kobiety z amforą. Nie wiem, czy ona jeszcze gdzieś jest.

Potem też, gdy miałem chyba cztery lata, to był rok 1948 może '49 były w Spocie Dni Morza. Poszliśmy z ojcem wieczorem 24 czerwca na molo a tam tłumy ludzi ;pamiętam ten ścisk . Stałem z ojcem na końcu mola , już na tej ostrodze, gdzie nie było barierek. Wszyscy patrzyli się w stronę plaży, bo tam gdzieś na wysokości Grand Hotelu był pokaz fajerwerków . To musiało być dla mnie wielkie przeżycie, bo pierwszy raz widziałem fajerwerki i ten cały huk.  Następne takie fajerwerki zobaczyłem chyba w 1998 roku, znowu można było strzelać race . Musiałem na to czekać 50 lat. Wtedy chyba tylko raz władza zrobiła takie coś i chyba to już się potem nie powtarzało.

Dzieciństwo w Sopocie

Mieszkaliśmy na Chopina 29.  Dziś naszego domu już nie ma , rozebrano go chyba rok temu. To był piętrowy dom i my mieszkaliśmy na piętrze. Budynek był długi, z szeroką werandą, potem był duży pokój i my tam mieszkaliśmy. Dalej była wspólna łazienka , wspólna kuchnia , potem jeszcze pokój albo dwa , które należał do autochtonów.  Kiedy  my się wyprowadziliśmy, to oni  na pewno odetchnęli , mięli znowu całe mieszkanie dla siebie /chyba że znowu im kogoś dokwaterowali/ .

Moją ulubioną zabawką „przytulanką” był miś, chyba do podstawówki z nim spałem.  Wcześniej miałem wózek, który jest uwieczniony na zdjęciach. Jak się zwróci uwagę to widać, że każde kółko jest inne. Ojciec przywiózł go ze Szczecina  i musiał dosztukować kółka,  na późniejszych zdjęciach już są takie same, więc  rodzice musieli się postarać i znaleźć gdzieś cztery takie same kółka . Wózek i miś chyba był  poniemiecki, bo  ojciec je  przywiózł z zachodu tzw.  Ziem Odzyskanych . Na podwórku zabawek nie było. W późniejszych latach pamiętam jeździło się z fajerką. Brało się takie kółko z płyty pieca, drut i z tym kółkiem się biegało . Niektórzy to mieli felgę od roweru , to był „ful wypas„ .  My to byliśmy gówniarzami  i biegaliśmy za takimi starszymi, tzn. 10-latkami, którzy nam różne kawały robili. Miałem na podwórku koleżankę od zabawy. I kiedyś mama opowiadała, padał deszcz i patrzy przez okno, a tam pod rynną ja z tą koleżanką stoimy a  na nas leje się woda z rynny. A to te chłopaki  napuściły nas , że to niby prysznic i możemy   się kąpać, bo jest okazja. I my stoimy pod tą rynną, trzęsiemy się z zimna, a reszta chłopaków ryje ze śmiechu. Potem z tą koleżanką mam takie wspomnienie,  myślmy mieszkali na piętrze i z okna było widać podwórko. I ja stoję przy oknie i ryczę,  mama przybiega i  wypytuje mnie , co się stało. Czy się uderzyłem, czy coś mnie boli, a ja odpowiadam , nie i ryczę. I mama pyta, to co ci jest? A ja na to, że Jola wyjeżdża. Przeprowadzali się gdzieś do Orłowa. I tak moja koleżanka, moja pierwsza miłość podwórkowa wyjeżdżała, a ja za nią płakałem. Pamiętam ten parapet, na którym płakałem i ich załadowany meblami samochód, ale jej już nie! Potem jak już dzieci miałem, to mama się śmiała, że jak  będę mieć córkę to musi być Jola. To był dla mnie ideał piękna, kobiecości.

Miałem też starszego kolegę z podwórka  (syn sąsiadów) to była taka moja niania. Jak mama  potrzebowała wyjść to wołała – Tadek, choć Romka pilnować. I tak sobie radziła ze mną. Kiedyś mama musiała wyjść po zakupy i mnie zostawić samego , od zewnątrz zamknęła drzwi na klucz. Wychodząc  powiedziała tylko , że mam nie ruszać łańcuszka przy drzwiach od wewnątrz. I  ja jak usłyszałem tylko  że schodzi już po schodach , to od razu poleciałem do drzwi i zamknąłem na ten łańcuszek. Byłem takim małym szkrabem, miałem jeszcze niewprawną rączkę, więc może jakieś 2 lata miałem. Chyba na jakimś stołku musiałem stać i za nic nie mogłem z powrotem tego łańcuszka  otworzyć. Mama opowiadała, że wraca z Bohaterów Monte Cassino i jeszcze przed domem słyszy ryk, więc biegnie, leci po schodach, otwiera kluczem drzwi, a tu klap! Drzwi zamknięte. Na długość łańcuszka otworzyła ale dalej nie może , a ja tam za drzwiami  ryczę. Pyta się co się stało, a ja że nie mogę otworzyć łańcuszka . Myślała, że może coś mi się stało, więc odetchnęła, że to tylko zamknięte drzwi. Było to lato. Na werandzie były zdejmowane okna, taki balkon robiło się dzięki temu. Mama poprosiła  jakiegoś sąsiada ,który wziął drabinę  i wszedł przez tę werandę do mieszkania i mamie od środka otworzył drzwi. Takie przygody rodzice ze mną mięli.

Kiedyś też już jako czteroletni wybrałem się na zwiedzanie Sopotu. Ulicą Fiszera się szło i wychodziło na Monte Cassino, naprzeciwko kina Polonia, a zaraz po prawej był piękny sklep Gallux, on chyba był tam do 80-tych lat. Doszedłem do tego Gallux-u, ogromne szyby wystawowe pamiętam, tam jakieś stroje były i tak mnie to zafascynowało, że stanąłem i się przyglądałem. Nagle słyszę za sobą głos: Romek, a co ty tutaj robisz? To była najstarsza córka sąsiadów, ona miała chyba 14 lat. A ja na to: Idę na molo. Ona: Ja ci dam na molo, jak zaraz kija znajdę, marsz to domu. I mnie jak taką owcę pędziła, przyprowadziła na podwórko i do mamy poszła powiedzieć, że ja chodzę sam po Sopocie.

Moja siostra

Moja siostra jak ukończyła pierwszą klasę to jako świadectwo służyła kartka w kratkę wyrwana z zeszytu. Dzieci same sobie wypisywały przedmioty i oceny, ale na tym była i okrągła pieczątka szkoły i dyrekcji. Siostra była ode mnie o pięć lat starsza. Więc to było świadectwo z 1949 roku.

 Któregoś dnia siostra szła do biblioteki szkolnej i mama powiedziała jej, żeby mnie wzięła ze sobą. W bibliotece miała sobie  wybierać jakieś książki . Bibliotekarka  zobaczyła że przyprowadziła ze sobą małego braciszka to  dała mi do pooglądania książkę. Pamiętam że byłem zafascynowany ilustracjami tej książki , wtedy chyba pierwszy raz w życiu widziałem książkę z kolorowymi obrazkami . To było przeżycie, bo w domu chyba nie było takich  książek , tak jak to teraz dzieci mają. Musiałem mieć  wówczas ze 3-4 lata.

Jeszcze przed mymi urodzinami ,Grażyna bardzo się  rozchorowała. Zachorowała na zapalenie ucha i lekarz skierował mamę od razu do Akademii Medycznej w Gdańsku. Mama wówczas była ze mną w ciąży i profesor z Akademii Medycznej jak ją zobaczył, to udostępnił im swój pokój . Dzięki temu mama mogła spać w szpitalu z siostrą. Po operacji  siostrze nałożyli bandaże „czepiec” na głowę w którym chodziła kilka miesięcy, mimo że było lat . Musiała przez rok jeździć do akademii na zmianę opatrunków. Za każdą wizytę mama płaciła. Po moim urodzeniu , mama poszła ze mną do lekarza, ale Grażyna też z nami była. Jak lekarka zobaczyła siostrę , kazała jej ściągnąć ten czepiec i w ogóle tego nie nosić. I po kilku dniach rana  się zagoiła i skończyły się wizyty u profesora.

Życie codzienne

Jeśli chodzi o codzienne życie w tamtych czasach  to pamiętam kartki na żywność . To były takie kolorowe kartoniki z grubszego papieru jak z bloku, różowe, zielone i dziurkowane jak znaczki pocztowe. Chodziliśmy do sklepu mięsnego na Monte Cassino. Taki wykafelkowany z hakami na mięso , jeszcze długo był tam ten sklep . Teraz jest w tym miejscu bank. Po inne produkty  też chodziliśmy na Monte Cassino. Sopot po sezonie , bez letników to  była „dziura” , na jednej ulicy wszystko się załatwiało. Pamiętam jeszcze ulicę Monte Cassino z chodnikami i samochodami jeżdżącymi po niej.

Moja mama była krawcową i po wojnie  sama szyła lub przerabiała nam ubrania. Ale nie lubiła tego. Pochodziła z rodziny ziemiańskiej, gdzie  praca ręczna nie była dobrze widziana . Dziadek niestety majątek roztrwonił i po śmierci  rodzinę zubożałą .  Mama i jej rodzeństwo, a była ich dziewiątka musieli zacząć pracować. Wujkowie byli dobrymi  fachowcami, ale też nie lubili swej pracy. Mama poszła się nauczyć szycia i dzięki temu miała pracę. Po wojnie nie było materiałów, handlowało się starymi ubraniami. Wiec kupowała i przerabiała. Ale nie na zarobek.  Szyła dla siebie  i rodziny . Kiedy siostra poszła do średniej szkoły , to nikt nie mógł  jej nic uszyć , tylko mama.   Siostry wyjechała  na studia i w akademiku koleżanki też chciały, żeby nasza  mama dla nich ,coś  takiego ładnego. Ale mama mówiła: Nie przywoź mi koleżanek, bo ja nie chcę dla nich szyć. Mama miała niemiecką maszynę Singer, którą jeszcze babka dla niej kupiła, żeby miała z czego żyć. Ta maszyna była sprzed I Wojny Światowej, podobno całą I wojnę  przeleżała w ziemi . Jak Niemcy ruszyły na Rosję  (a rodzina na Wołyniu mieszkała) to całą ludność z Wołynia ewakuowano do Kazachstanu a jak się front cofnął , to z powrotem ich przywozili. Babka opowiadała że właśnie rozwieszała pranie  a sąsiad przychodzi i pyta czy nie wracają do Polski, bo zaraz ostatni transport powrotny rusza.  Pranie  zostawiło , tylko dzieciom zabrała co potrzebne, jakoś się na stację kolejową dostali i tym ostatnim transportem wrócili na Wołyń. Wszyscy liczyli, że w  Kazachstanie będzie czasowy i powrócą do siebie , więc co kto miał to chował i tak ta maszyna była zakopana w jakiejś skrzyni . Sama maszyna była dobrze zakonserwowana, ale nogi pordzewiały i wiem, że potem  ją jakoś kompletowali  i tak  jedna noga była inna od drugiej. Do lat 70-tych stała u mamy w domu ta maszyna. Ale potem mama już nie szyła, maszyna służyła jako dekoracja „antyk‘’.

Wyjazd z Sopotu

Rodzina mego ojca jak i mamy była po wojnie rozproszona po całej Polsce i często przyjeżdżali nas odwiedzać. Tylko my z rodziny mieszkaliśmy nad morzem i od wiosny do jesieni mieliśmy gości. Cała rodzina miała dom wczasowy w Sopocie… mama robiła im śniadanie, goście szli na plaże a mama w kolejkę po coś na obiad i kolację. Goście wracali  z plaży , zjedli i poszli na spacer nad morze  a mama do sprzątania. Mama miała więc dosyć i rodziny i Sopotu. A poza tym  miała już dwójkę dzieci, a tata w delegacji , więc  było jej ciężko. Dlatego nie lubiła tego miejsca i nie lubiła aby przy niej   mówić o Sopocie i nigdy nie chciała tu przyjechać, omijała Sopot szerokim łukiem. Wyjechaliśmy z Sopotu do Kwidzyna w 1951.

Wagary w Sopocie

Ponieważ pamiętałem że do Sopotu jeździło się tramwajem . Dzięki temu pamiętałem gdzie mieszkaliśmy . Mieszkając już w Kwidzynie  i chodząc do  4 lub 5 klasie urwałem się na wagary. Wsiadłem w Kwidzynie do pociągu , przyjechałem do Gdańska . Wiedziałem, że mogę dojechać kolejką do Sopotu, ale z dworca bym nie potrafił trafić  a z pętli tramwajowej wiedziałem jak dojść do domu, bo z mamą właśnie tramwajem jeździliśmy , zwłaszcza do Gdańska czy  do Oliwy. Więc wsiadłem w tramwaj który wydawało mi się jedzie do Sopotu . Dowiózł mnie do pętli w Oliwie i się zatrzymał. Zobaczyłem, że tory idą w stronę Sopotu, więc poszedłem wzdłuż nich. Ale tory skręcały w prawo, prosto do Sopotu torów już nie było  , tylko zostały same podkłady. To były lata pięćdziesiąte i już te tory były zlikwidowane. Ale  po tych podkładach zasuwałem do Sopotu do pętli, która już też nie funkcjonowała a była na Sopot Wyścigi , tam gdzie dzisiaj  zawracają trolejbusy . Tam jeszcze jest pozostałość po tej pętli - takie podwyższenie. I już z tej pętli wiedziałem jak dojść do naszego byłego domu na Chopina 29 . Zobaczyłem, że moja chałupa stoi, wróciłem z powrotem do pętli, na piechotę do Oliwy na tramwaj.  Z tam tond  dojechałem do Gdańska, gdzie wsiadłem w pociąg i o 16 byłem w Kwidzynie , nikt się nie domyślił  że byłem wtedy na wagarach. Jak potem kiedyś mamie opowiedziałem, gdzie byłem, to była bardzo zdziwiona, że nic nie wiedziała. Ja  koniecznie chciałem zobaczyć ten dom gdzie się urodziłem , ale mama nie pozwalała. To było takie tabu, tak jakby tego miasta w ogóle nie było.

Lata siedemdziesiąte

Po maturze w 1969 roku wróciłem do Sopotu do pracy. Przyjechałem tutaj i najpierw mieszkałem w mieszkaniu socjalnym z zakładu pracy w Gdańsku, a potem z kolegami wynajęliśmy mieszkanie. Dojeżdżałem do Sopotu do młyna, gdzie pracowałem. Zakłady młynarskie w Sopocie miały kilka młynów. Był młyn w Oliwie przy Spacerowej i on działa dalej i w nim też trochę pracowałem. Był też taki malutki młyn w Oliwie przy Parku Oliwskim , koło stawku, tam też były biura i magazyn gdzie  zrobiono mieszkania zakładowe po spaleniu się młyna  w 1970 roku . Największy było ten młyn w Sopocie, obecnie jest tam osiedle mieszkaniowe . Przy tym młynie na Spacerowej też były socjalne mieszkania i  tam też mieszkałem . Na początku mieliśmy zatargi z chłopakami z Kwietnej i Kaprów, ale kiedyś z nimi piwo wypiliśmy i dali nam spokój, nie zaczepiali nas. Po roku z tych zakładowych mieszkaniach trzeba było się wynieść, więc z kolegami wynajmowaliśmy mieszkanie na Pomorskiej w Gdańsku. Fajnie było, bo pracowaliśmy na zmiany. Po  nocnej zmianie , kończonej o 6 rano, szliśmy do domu zjeść śniadanie, braliśmy koce, szliśmy na plaże , kładliśmy się pod wydmą i spaliśmy   do południa . Na plaży było  już dużo ludzi , przychodziły turystki więc się nie nudziliśmy . Byliśmy pierwszymi plażowiczami już o świcie. Potem po południu się szło zjeść obiad, a potem jechało do Sopotu i spędzało  kawalerski czas  z kolegami. Obiady jadłem w Prezydium w Sopocie. W piwnicy była taka stołówka, kupowaliśmy kartki obiadowe na miesiąc. Dla młodego chłopaka, kawalera , Sopot był atrakcyjny. Jakieś  towarzystwo młodzieżowe tam zawsze było. Pamiętam też klub Non-Stop przy plaży. Kiedyś jak jeszcze mieszkałem w Kwidzynie  z kolegą jechaliśmy do Pucka na obóz żeglarski, to był jakoś czerwiec czy lipiec, koniec roku szkolnego. No i zajechaliśmy do Sopotu, przespaliśmy dwie noce na plaży. Byliśmy bez pieniędzy, więc dużych możliwości nie było. I przy Łazienkach Południowych na plaży słyszymy, że ćwiczy jakiś zespół, coś powtarza i znowu zaczyna grać. Więc bierzemy plecaki i idziemy zobaczyć. A tam jakiś zespół gra, taki w kaszkiecie śpiewa, skacze. Podobało nam się. Pojechaliśmy  do Pucka i potem do Kwidzyna. W trakcie roku szkolnego słyszymy w radiu piosenki. A ja słyszę, że przecież je znam. I się okazało, że to Czerwone Gitary. To były ich zupełne początki. A ten co podskakiwał to był Klenczon. Widać było, że miał taki charakter, że nie mógł wystać w miejscu. Potem  dowiedzieliśmy się , że to był Non-Stop , stał się bardzo znany. Jak później przyjechałem do pracy ,  to Non-Stop był już przy kolejce, na Wyścigach. Tam przy plaży to tylko estrada była pod parasolem osłonięta, a przy kolejce to już cały Non-Stop był pod takim zadaszeniem . Wtedy to już w Trójmieście było wiele klubów, jak Rudy Kot, La Stadia i inne przy zakładowych domach kultury . Każdy klub miał swój zespół, nawet nie pamiętam ich  nazw, ale dużo ich było. W Sopocie był  Non-Stop , innych nie pamiętam.  Chodziło po „Monciaku”  z góry na dół i z powrotem ,  nic innego nie było do roboty, tylko łażenie. Jako młode chłopaki to sobie na piwo chodziliśmy, do Ula, do Algi. Do Algi też chodziło się coś zjeść , był duży bar samoobsługowy . W budkach na plaży było  piwo. W Jelitkowie w sezonie mieliśmy przy plaży kilka takich barów, gdzie zawsze można było dostać piwo .Właściciele  załatwiali z tymi co rozwozili piwo , aby piwo które miało trafić do sklepów ,trafiało do nich . Więc mięli cały czas towar  a  ze sklepem jakoś się rozliczali. Pewnie piwo szło tylko do budek, a faktury częściowo przechodziły przez sklep.

Do 1972 roku pracowałem w tych Zakładach Młynarskich w Sopocie, a potem zacząłem pracować w porcie  w Gdyni  ,  gdzie pracowałem do emerytury.  Jako kawaler mieszkałem w różnych miejscach , to w Oliwie, to w Orłowie trochę na Oruni . Sytuacja ustabilizowała się dopiero od ożenku ,  ożeniłem się w 1973 roku,  do tego czasu włóczyłem się z kolegami po różnych kwaterach.  Sopot jak już nie pracowaliśmy w młynie  był taką odskocznią w lecie, bo tam się coś działo. Jako dorosły człowiek nie lubiłem do Sopotu od jesieni do wiosny. Szaro , pusto  ale pełno kręcących się meneli, szczególnie w Dolnym Sopocie ,  miasto starych ludzi. Górę zajęła inteligencja powojenna. Widziałem  piękne domy w Dolnym Sopocie, ale trzeba było być mocno partyjnym żeby je dostać. A o Górnym Sopocie słyszałem historie, opowiadane przez starszych kolegów z pracy, że zaraz po wojnie  jak ktoś zajął ładne mieszkanie  a nie był w odpowiedniej partii , to go pewne służby szybko wyrzuciły. Wieczorem przyjeżdżali, mówili tylko - wynosić się! I jak ktoś nie chciał to graty przez okno wyrzucali i koniec.