Bogdan Tomasiński

Zdjęcia galerii

Buciki z GPS-em
W tych bucikach biega już trzecie pokolenie maluchów. Flagowy produkt marki Tombut – butek z dziurkowaną cholewką i charakterystycznym sztywnym zapiętkiem, znany jako model LN ma już ponad pół wieku. 
Aleksandra Kozłowska
 
- Bucik LN powstał w 1963 r. i był przełomem w dziejach naszej firmy – nie kryje dumy Bogdan Tomasiński. – Wcześniej, do 1962 r. robiliśmy na zamówienie wszelkie obuwie: damskie, męskie, letnie, zimowe. W tamtym czasie w Sopocie co kawałek był szewc. Każdy miał jakąś specjalność: Myszk (dawniej Skotak) na przykład słynął z oficerek, Sadłowski podobnie. A ojciec wymyślił model LN. Od razu stał się – jak to dziś się mówi – hitem. No to pozostałe buty poszły w odstawkę, skupiliśmy się wyłącznie na profilaktycznym obuwiu dziecięcym.
Szef Pracowni Obuwia Dziecięcego Tombut ma 66 lat, niebieskie oczy, ciemnoniebieską bluzę i ciepły uśmiech. Stoi za ladą niedużego sklepu, za nim mienią się kolorami półki z dziecięcym obuwiem wszystkich rozmiarów, skórzane i zamszowe, zapinane na paseczki i rzepy, albo sznurowane. Słynny model LN idzie z duchem czasów – występuje nawet w wersji czarnej i lakierowanej. Sklep i jednocześnie zakład szewski mieści się przy al. Niepodległości 810 w Sopocie nieprzerwanie od 17 września 1945 r. Ponad siedem dekad to jeszcze nic – rodzinna firma działa od przeszło 160 lat! Szewstwem para się czwarte już pokolenie Tomasińskich.
- Nasza firma powstała około 1850 r. w Nasielsku pod Warszawą – opowiada Bogdan Tomasiński. – Początkowo był to mały zakład rzemieślniczy, gdzie pradziadek Antoni szył buty damskie, męskie, dziecięce. Tuż przed II wojną był to już nie tylko warsztat szewski, ale i sklep ze skórami i szewskimi dodatkami. Mój ojciec, Kazimierz zrobił dyplom mistrzowski w 1932 r. O, proszę spojrzeć – szewc pokazuje pożółkły, oprawiony w ramy ozdobny dokument wypisany pięknym, kaligraficznym pismem. Dyplom wisi na ścianie przy ladzie, obok niego przeróżne wyróżnienia i nagrody, m.in.: dyplom zdobyty w konkursie „Firma z jakością” (1997 r. i 2001 r.) i dyplom finalisty Nagrody Pomorskiej (2001 r.) – w sumie cała ściana zajęta. 
- Z nasielskich czasów Tombutu nie zachowały się niestety – poza dyplomem taty – żadne dokumenty. Jedynie kilka czarno-białych fotografii, np. przedwojennego sklepu, który prowadził dziadek Jan, a potem mój ojciec. Mały Kazio z szewskim kopytem i dratwą miał do czynienia już jako 11-latek, uczył się klejenia butów klejem z rozgotowanje mąki kasztanowej – kontynuuje rzemieślnik. – W czasie wojny ojciec walczył w AK, z tego powodu w 1945 r. został aresztowany przez UB i uwięziony w Rembertowie. Wyzwolili go koledzy AK-owcy, ale w rodzinnym Nasielsku nie mógł zostać – jemu i rodzinie groziła zsyłka do Rosji. 
Nie kryje, że z sentymentem odwiedza Nasielsk. Przechadzając się ulicami miasteczka zawsze zatrzymuje się przed domem rodzinnym  ojca na ulicy – nomen omen - Kilińskiego, patrona polskich szewców. Teraz znajduje się tam krawiec. Następnie idzie na cmentarz, gdzie odwiedza groby dziadków i pradziadków. 
 
W obliczu grożącej zsyłki Kazimierz i Bogumiła Tomasińscy postanowili przenieść się do Sopotu – nadmorskie miasto, dużo repatriantów, łatwo się wmieszać w mrowie napływowej ludności. Z półtoraroczną córeczką Elżbietą dotarli tu w czerwcu 1945 r., a już we wrześniu przy dzisiejszej al. Niepodległości, wówczas Generalissimusa Stalina uruchomili zakład szewski. - Dziadek Jan nad morze nie przyjechał. Zmarł zaraz po wojnie, zanim jeszcze się urodziłem – mówi Tomasiński.
I dodaje: - Przed wojną pod tym adresem też mieścił się zakład szewski, tyle że niemiecki. Potem Niemców wysiedlono, rodzice osiedli w mieszkaniu po nich. Tradycja więc została: szewc był, szewc jest. 
Do pracy Kazimierz miał blisko - produkcja odbywała się w jednym z pokoi. Po wojnie zapotrzebowanie na nowe, szyte na miarę buty było ogromne. 
– Ludzie chcieli dobrze wyglądać, kobiety marzyły o eleganckich pantofelkach na obcasach – opowiada szewc. – Do dziś mam zachowanych kilka par z tamtego okresu: piękne, wypracowane buty… Myślę o stworzeniu tu takiego mini muzeum: buciki plus narzędzia z tamtych lat. 
Po jakimś czasie zakład został przeniesiony do budynku w podwórku kamienicy, działał tam do 1994 r., kiedy to produkcję przeniesiono na 10 lat do większego dzierżawionego obiektu w Oliwie. W 2005 r. Tomasińscy kupili w Przodkowie dużą halę do remontu, w której zakład funkcjonuje do tej pory.
 
Dzieciństwo wśród prawideł
 
W mieszkaniu, gdzie Kazimierz i jego pomocnicy robili sandały, trzewiki, zgrabne czółenka i szpileczki, wysokie kozaki dorastał mały Boguś i jego rodzeństwo: Ela, Basia, Hania i Mirek. 
– Całe życie tutaj, więc jak tylko podrośliliśmy, zawsze w zakładzie coś się dla nas znalazło do roboty – wspomina Bogdan. – W ten sposób na wylot poznałem różne gatunki skóry, mogę nie znać ich nazw, ale z zamkniętymi oczami powiem która na co się nadaje, co z niej najlepiej zrobić. Tego nie da się z książki wyczytać, to trzeba wymacać.
- Najwcześniej w zakładzie pracę rozpoczęła Barbara jako cholewkarz, następnie ja i Mirosław – opowiada. - Z rodzicami, najpierw jako osoby współpracujące, a następnie po śmierci ojca jako wspólnicy pracowaliśmy razem: Barbara, ja i Mirosław. Od 2009 r. wspólnikiem również jest moja żona, Anna, zajmująca się głównie sprzedażą. Moją działką jest produkcja.
Miał 11 lat, gdy Kazimierz opracował przełomowy model LN.
- Idea była taka, by od pierwszych kroczków dziecka zapobiegać wadom stóp – podkreśla szewc. – A temu właśnie służy bucik z wysoką cholewką, sznurowaną przez całą długość podbicia – tak by but dokładnie, niczym skarpetka przylegał do dziecięcej stópki. Do tego bardzo ważne jest utrzymanie stopy w prawidłowej pozycji – nie powinna się ona wykrzywiać się na boki – stąd szeroka podeszwa z tzw. obcasem Thomasa przechodząca w zapiętek. Taki bucik nie ingeruje w budowę stopy, tylko w jej ustawienie. 
Mamy i babcie pokochały tombutową nowość. Dzieci i wnuki w LN-ówkach biegały po domu, zabierały je w roli kapci do przedszkola, latem śmigały w nich jako w sandałkach. Wielką atrakcją były dzwoneczki doczepione do butków. – Ojciec przywiózł je z Nowego Jorku w 1963 r., kiedy był z wizytą u rodziny. W Polsce wtedy takich gadżetów nie było, dlatego nasze dzwoneczki to był istny szał – uśmiecha się Bogdan Tomasiński.
Szewc, sam ojciec dwóch dorosłych dziś już synów docenia zalety dzwoniących bucików. – Dzięki nim mama, która krząta się w kuchni bez problemu zlokalizuje dziecko. Tak samo na ulicy – gdy maluch gdzieś odejdzie od rodzica, zostanie z tyłu, czy pobiegnie na przód – dzwoneczki pozwolą go namierzyć. To taki prosty GPS.
Od 1993 r. model LN posiada znak „Zdrowa Stopa” nadany przez Komisję Specjalistów ds. Obuwia Dziecięcego działającą przy Instytucie Przemysłu Skórzanego w Krakowie. Oceny obuwia dokonuje ortopeda, antropolog, konstruktor obuwia, technolog i materiałoznawca.
Początkowo Bogdan wcale nie zamierzał kontynuować rodzinnej tradycji. – Zawód wyuczony mam elektryk. Ale że prezydencki stołek był już zajęty, zostałem szewcem – żartuje. – To zawód, który zawsze będzie potrzebny. Ludzie mają nogi i będą je mieli, te nogi trzeba obuć. A gdy but się zepsuje, trzeba go naprawić. Proste. 
 
Szacunek dla rzemiosła. I rzemieślnika
 
- Były czasy, kiedy produkowaliśmy ponad tysiąc par bucików miesięcznie. Dziś, choć mamy możliwości robimy ich znacznie mniej – wzdycha Bogdan Tomasiński. – Zalew taniej chińszczyzny, ot co. 
Trochę pomaga sprzedaż przez internet. Legendarne buciki noszą dzieci w Australii, Nowej Zelandii, Stanach, Kanadzie – wszędzie tam, gdzie są Polacy.
Zamyślony szewc patrzy przez okno wychodzące na al. Niepodległości. 
– Nieraz tak stoję i obserwuję klientów wychodzących z Biedronki naprzeciwko – na palcach można policzyć tych, co prawidłowo chodzą. I dotyczy to zarówno dorosłych, jak i młodych ludzi. Młodzież teraz wyciągnięta, chuda, stopy duże, ale w ogóle nie umięśnione. Najgorsze, że z rozwiązanymi sznurowadłami chodzą, bo taka moda, człapią i szurają nogami, aż strach patrzeć. Teraz tego nie czują, ale za ileś lat kręgosłup da się im we znaki. Stopy mają ogromny wpływ na postawę, na zdrowy krzyż. 
To, że ludzie rzucili się na tanie obuwie z Azji sprzedawane za grosze w supermarketach to jedno. Drugie, co martwi szewca to brak szacunku dla rzemiosła. I rzemieślnika. – No bo niech pani sama powie z czym kojarzy się pani szewc – zaczyna Tomasiński.
- Mam bardzo dobre wspomnienia, w mojej dzielnicy do dziś pracuje przemiły, słowny i niedrogi pan Tadeusz.
- Nie o wrażenia chodzi, ale o to, z czym się szewc powszechnie kojarzy.
- Noo, są takie powiedzenia, jak „szewski poniedziałek”, albo „klnie jak szewc” – bąkam.
- Właśnie! Oto co nam się przypisuje. Szewc to pijak, cham, garbus. Nasz zawód został upodlony – stwierdza rzemieślnik. – Pamiętam taką rodzinę: rodzice z dwójką dzieci. Przyszli do mnie po buciki dla młodszej córeczki. Mała przymierza kolejne pary, a synek, na oko 8-latek rozgląda się po sklepie. „Podoba ci się tu?” – zagaduję chłopaka. „Tak, fajne te buty” – odpowiada. „No, to jak będziesz się dobrze uczył i skończysz szkołę, przyjdziesz tu do mnie do pracy, co ty na to?” – pytam. A wtedy odzywa się tata z wielką pretensją w głosie: „Proszę pana, ja jestem inżynierem!” 
Dla takich ludzi szewc, rzemieślnik, który od lat ma fach w ręku, który uczył się dłużej niż oni na studiach, bo najpierw trzy lata na czeladnika, kolejne trzy lata na mistrza, a potem jako początkujący mistrz też musiał poznawać tajniki zawodu, który ma dyplomy i nagrody, należy do cechu, to ktoś gorszy – konkluduje z goryczą.A jeszcze teraz każdy może sobie otworzyć zakład szewski. Nikt nie sprawdza kompetencji, nie potrzeba żadnych kwalifikacji. Rzemiosło upada.
Niełatwo było przez cały PRL. Szewc, krawiec, ogrodnik to był „prywaciarz”, „wyzyskiwacz”, „wróg ludu pracującego”. – Szewc dostawał niewielką ilość skóry ze spółdzielni, gdzie obowiązywały przydziały, do tego mógł kupić resztki, odpady z fabryki obuwia – opowiada Tomasiński. – Kiedy nastał kryzys na przełomie lat 70. i 80. nawet kleju brakowało. Klienci sami przynosili po troszeczku w słoikach. Któraś z lokalnych gazet opublikowała więc artykuł pt. „Buty w częściach” – bo faktycznie mogliśmy te części skleić dopiero, gdy klient dostarczył klej. A jeszcze jakie kolejki były! Osobno matki z dziećmi i kobiety w ciąży, osobno inwalidzi wojenni. 
Ale dzięki temu artykułowi wojewoda przekazał naszej firmie 150-litrową beczkę kleju. No i wtedy zaczął się prawdziwy horror – do już istniejących kolejek dołączyła jeszcze jedna: kolejka szewców - „Bo skoro macie tyle kleju, to się podzielcie”. 
Tomasiński z uśmiechem wspomina jeszcze Wojciecha Młynarskiego, który kupował tu LN dla córek i zostawił swoją płytę z autografem, wspomina też autokary pełne Węgrów, którzy na początku lat 60. przyjeżdżali do Sopotu po słońce i morskie kąpiele, ale przede wszystkim po super modne wówczas mokasyny męskie, które Tombut produkował jako pierwszy w mieście. 
 
Może tradycja przetrwa…
 
Co dalej? Czy rodzinna firma będzie nadal działać? – Ja mógłbym już spokojnie przejść na emeryturę – przyznaje Bogdan Tomasiński. – Ale lubię tę pracę, lubię kontakt z ludźmi. Sprzedaż to umiejętność, którą nie każdy posiada. Tu trzeba indywidualnie podejść do każdego klienta, umieć go zachęcić, przekonać. Każdy sprzedawca ma swoje sposoby, ja też. Zauważyłem na przykład, że mamy lubią, gdy córeczka nosi takie same, co mama kolory. Albo, że gdy dziewczynka upiera się, że koniecznie musi mieć buciki różowe, często wystarczy sam różowy kwiatuszek doszyty tam, gdzie sobie dziecko zażyczy. Tu liczy się nie tylko znajomość anatomii stopy, ale i psychologii – zaznacza.
I dodaje: - Mam dwóch synów, znają tę pracę. Jeden mi nawet pomaga. Nie jest więc powiedziane, że nie będą w tym zawodzie pracować. Ja też początkowo nie chciałem, ale teraz absolutnie nie żałuję. To moje życie. Lepiej być cenionym, dobrym i potrzebnym szewcem niż przeciętnym zaginionym w tłumie inżynierem.