Kategorie haseł

PRL
(4)

Zdjęcia galerii

Nazywam się Anna Kowalska, z domu Pietkiewicz z rodziny Pietkiewiczów mieszkających w Wilnie. Tam też się urodziłam. Jako repatrianci przyjechaliśmy do Polski w 1945 roku, wówczas miałam cztery lata. O tragicznych losach moich rodziców nie będę tu opowiadać. Ojciec i matka bardzo się starali odizolować nas od agitacji czasów stalinowskich. Ani do harcerstwa, ani do żadnego ZMS-u (Związku Młodzieży Socjalistycznej) nas nie posyłali. Byłyśmy z siostrą pilnowane , bo rodzice bardzo bali się władzy. Mój ojciec był akowcem, nachodziło go NKWD, Urząd Bezpieczeństwa – wiadomo, jak akowcy traktowani byli przez ludzi tego pokroju. Skończyłam szkołę podstawową i zasadniczą szkołę handlową, później poszłam do technikum dla pracujących. Kiedy już kończyłam technikum, poszukałam sobie pracy. Poszłam do centrali technicznej, do biura sprzedaży pomp i armatury przemysłowej w Gdańsku Oliwie. Trafiłam do działu, gdzie było dużo młodych dziewczyn, grupa liczyła nawet do 8 osób. Był też pan kierownik – nazywał się Edward Stankiewicz, nazywany Ećką, „dar” ze Związku Radzieckiego, który nie umiał się nawet dobrze podpisać. I tak zawsze do nas mówił:

– Ot dziewczynki, ja wszystko lubię, ale jak ktoś mi okoniem staje, ot, ja tego nie lubię.

Tak się złożyło, że kiedy przyszłam tam do pracy, to pan Ećka Stankiewicz wziął mnie do gabinetu i pyta:

 – Ania, M. Pietkiewicz to twoja ciotka?

– Tak, moja ciotka.

– No, to my musimy popatrzeć na ciebie.

– Proszę bardzo, ja się będę starała, żeby dobrze pracować.

To był dział sprzedaży pomp białogońskich. Bardzo ciekawa praca, trzeba było np. robić dyspozycje wysyłkowe. Pewnego razu Ećka Stankiewicz powiedział tak:

 – Dziewczynki, przyjedzie do nas prelegent, będzie narada i każdy po tym zebraniu będzie musiał wziąć deklarację i zapisać się do ZMS-u. – Dziewczyny pospuszczały głowy.

– Ja nie biorę.

– Ja nie biorę.

– Ja też nie biorę – mówiły.

Ja dopiero przyszłam do pracy i nie odzywałam się, a w duchu myślałam:

„Zobaczymy, ale ja nie wezmę żadnej deklaracji, znam system i wiem, o co tu chodzi”. Tym bardziej, że w domu był taki patriotyczny duch , który nie pozwalałby na to, żeby wejść w jakieś komunistyczne układy. No i proszę sobie wyobrazić – zebranie się skończyło i wszystkie dziewczyny jak jedna wzięły deklaracje. Wcześniej mówiły że nie, ale tylko ja jedna nie wzięłam. Na drugi dzień Ećka Stankiewicz mówi do mnie:

– Ania, choć na chwilę do gabinetu, porozmawiamy.

Weszłam – już wiedziałam o co chodzi. A on mówi tak:

–  Nu czemu ty nie wzięła deklaracji, ha?

Ja mówię:

– Panie kierowniku, ja chodzę do szkoły jak pan wie, do ostatniej klasy technikum i po prostu nie widzę możliwości, żeby pogodzić pracę, ZMS i szkołę. Jestem słabą uczennicą i wiem dobrze, że nie dam rady. Nie wzięłam tej deklaracji, bo wiem, że podejmując jakąś decyzję, trzeba się potem z tego wywiązać.

– No dobrze, Aniczka, ja pójdę do dyrektora i będę się starał ciebie wybawić z tej biedy.
I poszedł. Kiedy wróciłam na miejsce, dziewczyny pytały mnie:

 – A co on mówił?

A co ty powiedziałaś?

Mówię:

– Nic, nic nie powiedziałam. On powiedział, że nie wzięłam deklaracji, no i tyle.

Na drugi dzień kierownik powiada do mnie tak:

– No i ja ciebie wybawił Ania, ale nie dostaniesz premii ani podwyżki.

– No, trudno, panie kierowniku, jeśli nie dostanę ani premii, ani podwyżki to trudno – odpowiedziałam. Przypomniało mi się jego powiedzonko o stawaniu okoniem – no i właśnie stanęłam okoniem.

 

W późniejszych latach wszystko zelżało. Wyszłam za mąż, urodziłam dziecko. Firma przeniosła się do Gdańska na Łąkową, było to dla mnie bardzo daleko. Mówię więc:

– Panie kierowniku, mam taką sytuację, czy zgodził by się pan na wypowiedzenie za porozumieniem stron? Chciałabym sobie jakąś pracę załatwić, ale w Sopocie. Czy by pan się zgodził?

On mówi:

– Wiesz, Aniczka, ja może bym się zgodził, ale muszę porozmawiać z dyrektorem. Chciałbym jeszcze z tobą na osobności porozmawiać.

Myślę sobie – co to teraz będzie? Zaprosił mnie do gabinetu i mówi tak:

– Ania, jestem z ciebie dumny, ty jedna nie wzięłaś deklaracji, ty się naprawdę zachowałaś jak prawdziwa patriotka.

Patrzyłam na niego z niedowierzaniem. Proszę sobie wyobrazić, że kiedy już tak całkiem zelżało, to on nawet wigilię i opłatek organizował. Co za dwulicowość u tego człowieka! W sumie to może nie był i złym człowiekiem, bo jakiejś wielkiej krzywdy nikomu z naszego działu nie zrobił, ale od tego czasu nie ufałam nigdy koleżankom w pracy ani nie zżywałam się z tymi ludźmi, z którymi pracowałam.

No i faktycznie szybko załatwiłam sobie pracę w Sopocie. Tu już nie miałam żadnych przeszkód – miałam dzieci, obowiązki. Pracowałam w dziale zaopatrzenia, który mnie troszeczkę wspomógł – nie finansowo, ale dając dużą swobodę, bo rozwoziłam towar po Trójmieście, więc mogłam czasem podjechać do domu. Mama pomagała mi, pilnując dzieci.

 

Później nastąpiły lata 80., ciężki i trudny czas, choć już nikt nie agitował do ZMS-ów . Jak zwykle w każdej nowej pracy namawiali, przychodził jakiś I sekretarz i pytał, czy nowy pracownik do partii chciałby się zapisać – ja podziękowałam. Nigdy nie zapisałam się do żadnej partii.

Potem nastąpił ten ciężki okres, kiedy przeprowadzono wymianę pieniędzy i były wielkie podwyżki. Miałam uzbierane pieniądze na wyjazd z dziećmi w czasie urlopu w góry. Tak się stało, że za te pieniądze zdołałam kupić tylko dziecku rower i nigdzie nie pojechaliśmy. Byłam rozgoryczona, cała w strasznym w stresie. Zobaczyłam w „Dzienniku Bałtyckim” w rubryce „Co, gdzie, kiedy” informację –. Klub Turystów Pieszych Bąbelki ogłaszał dwudniową wycieczkę do Kamienicy Królewskiej. Zadzwoniłam do PTTK zapytać o szczegóły.

– Proszę bardzo, tylko musi mieć pani swój sprzęt – usłyszałam.

O Matko Boska ja nic nie mam – pomyślałam. Wtedy jeszcze nawet nie chodziłam w spodniach, nie miałam też odpowiednich butów. Tak więc w spódnicy i w tenisówkach z pożyczonym plecakiem wybrałam się zobaczyć, co to za wycieczka. Do Kamienicy Królewskiej prowadził nas przewodnik. Wieczorem było ognisko, przy którym śpiewano patriotyczne, zakazane piosenki, np. „Mury” Jacka Kaczmarskiego. Było to wzruszające.

Wśród nas, jak wszędzie, była wtyczka. Był taki jeden milicjant, który chodził z nami na wycieczki i dzięki niemu można było w lesie rozpalić ognisko. Szarogęsił się, no i notował, co kto mówił, ale nie było w związku z tym żadnych represji, ani w stosunku do mnie, ani innych. Ludzie ograniczali się z wypowiedziami. Ja jako wilnianka zaprzyjaźniłam się z kolegą, który też z pochodził Wilna. Ja mieszkałam na Ostrobramskiej, on na Zwierzyńcu. Mówił do mnie po cichutku, tak żeby nikt nie słyszał, i opowiadał o Starobielsku, Ostaszkowie, że jego wuj, pracownik Radia Wolna Europa Wiktor Trościanko, nadawał aktualne wiadomości, o tym co się dzieje w Polsce – to wszystko było zakazane. Bał się, żeby nikt tego nie usłyszał, ale do mnie miał zaufanie i dużo mi o historycznych wydarzeniach opowiadał. Był 9 lat starszy ode mnie, dziś już nie żyje. Opowiadał mi też trochę o swoich przeżyciach z Wilna. Jego też dotknęły represje, pytali go wujka Trościankę. Trochę go ciągali, ale nie za mocno. Mój ojciec, jako aktywny akowiec, miał zdecydowanie gorzej..

Później z tym Klubem Turystów Pieszych spędzałam czas i pieszo, i na rowerze przez 30 lat, zdobywając odznaki i różne wyróżnienia. Było sympatycznie i miło.