Zdjęcia galerii

Myślę, że na początku powinnam wyjaśnić, jakie były losy mojego ojca od wybuchu wojny, do maja 1945 roku, kiedy powrócił do Sopotu.
Parę minut przed 5 rano pierwszego września 1939 roku obudziło go walenie do drzwi. Gdy je otworzył, zobaczył kilku mężczyzn w mundurach, między innymi dawnego kolegę ze szkoły podstawowej, który zapytał (oczywiście po niemiecku), czy jest pan Janem Piochem. Moj ojciec, zupełnie zaskoczony, powiedział: czy mnie nie poznajesz? Na to tamten stwierdził, że wybuchła wojna i w związku z tym mają miejsce aresztowania działaczy polskich.
Moj ociec został przewieziony do Viktoriaschule, miejsca, z którego większość więźniów została rozstrzelana w Piaśnicy. Ojciec uniknął tego losu, bo jako księgowy miał najpierw przekazać firmę w której pracował (PAGED w Gdyni) niemieckiemu pełnomocnikowi (dyrektor firmy tydzień przed wojną wyjechał do Szwecji, mój ojciec odmówił, ze względu na starą matkę, której nie chciał zostawiać w niebezpiecznej sytuacji).
Uniknąwszy rozstrzelania, został przewieziony do Stutthofu, a później do Oświęcimia
(w którym przebywał cztery lata), następnie do Buchenwald, a na końcu do Litomierzyc, gdzie 8 maja więźniowie zostali poinformowani, że wojna się skończyła i że mogą wrócić do domu.
Oczywiście powrót nie był prosty, ale w końcu dotarł do Sopotu. I tu zaczęła się jego powojenna historia. Pierwszym szokiem było, że jego matka, jak również inni autochtoni, szczególnie kaszubskiego pochodzenia, byli przygotowani na transport do Niemiec. Wyrzucani z domów, obrabowani z resztek dobytku, który im pozostał po konfiskacie mienia z 1939 roku, pogwałcone kobiety… Jego matka pokazywała listy z obozu, ale nikogo to nie obchodziło. Były pisane po niemiecku (można je było pisać tylko w tym języku, ojciec zawsze tłumaczył je kolegom, zresztą wolno było tylko napisać, że wszystko w porządku i zdrowie dopisuje). Na szczęście udało mu się odnaleźć paru przedwojennych kolegów, którzy mu pomogli, matkę wyciągnął z transportu, i co dziwniejsze, otrzymał ofertę pracy, jako naczelnik Wydziału Finansowego. Oczywiście problemy zaczęły się szybko, ojciec był nienagannie uczciwy, nie dał się nikomu przekupić, co prowadziło do złośliwości pod jego adresem typu „wprowadza niemieckie porządki”. Ale te pierwsze lata, od 1945 do 1948 roku, chyba nie były w sumie najgorsze. Przede wszystkim ojciec starał się przyjść fizycznie do siebie po prawie sześciu latach obozu. W 1947 roku ożenił się (historia mojej mamy nadaje się na osobny rozdział). Podobno wszyscy pracownicy magistratu przyszli na ślub i w rezultacie mieli dzień wolny od pracy! Ja urodziłam się w maju 1948 roku. Niestety, już następny rok przyniósł zmiany i życie znów stało się walką o przetrwanie.
Ale to już następna historia…