Andrzej Szymborski

Zdjęcia galerii

Galeria relacji:

 

Urodziłem się w końcu lutego 1940 roku we Lwowie. Mój ojciec, Stanisław, był wykładowcą na Politechnice Lwowskiej, asystentem prof. Bartla. Ze Lwowa przeprowadziliśmy się do Tarnowa. Ojciec na początku 1945 roku pojechał do Lublina i tam, w ekipie prof. Eugeniusza Kwiatkowskiego, w delegaturze ds. wybrzeża, zjawił się w Sopocie na początku kwietnia.

Ja z mama Ireną i młodszym bratem Krzysztofem przyjechaliśmy do Sopotu w lipcu 1945 r. Zamieszkaliśmy w willi na Mickiwcza 14.

Na mnie i na na moim bracie ogromne wrażenie zrobiło molo, zwłaszcza, że gdzieś tak w połowie był wbity w molo statek żeglugi pasażerskiej.

Plac przed molo oczywiście to oczywiście były ruiny: hotelu Werminghoff, góry kasyna spalona, wszystko w ruinie. Oprócz placu przed molem, z ruinami, spalona była jeszcze narożna kamienica na ulicy Kościuszki i Chopina. Dalej, na ul. Podjazd tez było spalone, a na placu przed kościołem św. Jerzego, też wszystko w gruzach. Jeszcze mosty – dwa mosty w Sopocie były ustawione prostopadle do torów: jeden Mały Podjazd, drugi przy wylocie Stalina do Orłowa.

Wielkie wrażenie na mnie zrobiła ogromna ilość zieleni i stawów w Sopocie. Chodziłem do Szkoły Podstawnej nr 1 na ul. Stalina i na mojej trasie pierwszy taki stawek był na ul. Krasickiego. To był duży stawek i zawsze idąc próbowaliśmy zahaczyć o to miejsce. Dalej duży staw był na ul. 3 Maja, tam gdzie kiedyś był młyn. Kolejny stawek był u wylotu ul. Kopernika.

Ponieważ moi oboje rodzice pracowali to żeśmy z bratem spędzali dużo czasu szwendając się po dzielnicy, po okolicy. Szczególnie utkwiło mi w pamięci jezioro przed Operą Leśna. W tym jeziorze był utopiony samochód i my, brodząc w tym jeziorku, natknęliśmy się na skrzynkę z amunicją karabinową. Z tamtych rejonów pamiętam jeszcze charakterystyczne resztki toru saneczkowego i skoczni narciarskiej kolo Łysej Góry.

Pamiętam też wyprawy na rynek w Sopocie. Pierwszy rynek był na tyłach obecnego wydziału ekonomii Uniwersytetu, którego dach był wtedy spalony. Na rynku było wszystko, ja najbardziej pamiętam mnóstwo takich ciekawostek jak porcelana. Pójście na rynek to było prawie jak wyprawa po muzeum.

W Sopocie była pętla tramwajowo – trolejbusowa, pętała tramwajowa była wyżej, trolejbusowa niżej.

Nie pamiętam, która to zima: czy z 1945 / 1946, czy z 1946/1947, była taka mroźna. Cała zatoka była zamarznięta, a na redzie stały statki, do których ludzie piechota szli i odbierali paczki UNRA. W skład paczki wchodziło głównie jedzenie, puszki z magazynów wojskowych w kolorze oliwkowym z fasolą, kukurydzą, jakieś tłuszcze, mięso…

Jeszcze utkwiło mi w pamięci Wzgórze Olimpijskie, wzgórze na którym teraz jest cmentarz żołnierzy radzieckich. Wtedy oczywiście nie było tego cmentarza. Tam był jakiś pomnik ku czci nie wiem kogo, bo napis był po niemiecku. My się wspinaliśmy na ten pomnik.

Dużo czasu spędzałem w lesie. Las sopocki wtedy to były okopy, bunkry, poryte…

Myśmy dużo czasu z bratem i kolegami spędzali w lesie: bawiliśmy się w podchody – nie podchody, bo tych okopów i bunkrów było tyle…. Znajdowaliśmy hełmy, resztki karabinów, to były nasze ogromne zdobycze, podchodziliśmy do nich z wielką atencją.

Wychodząc z lasu do mojej dzielnicy jeszcze pamiętam ulicę Żeromskiego, która była cala obsadzona czereśniami. Tam, gdzie dziś jest osiedle Mickiewicza, były pola, gdzie się pasły krowy.

Na msze chodziliśmy do św. Jerzego, a po kościele była tradycja: na ciastka do Gajewskiego. Monte Cassino była wybrukowana kocimi łbami, Nie chodziliśmy na peryferie Sopotu, raczej tak od nas, z Mickiewicza na dół do molo, to była nasza ulubiona trasa.