Zdjęcia galerii

Sopot w stroju Parasolnika
 
Uwielbiałam film „Gabinet doktora Caligari”. Zapędziłam więc Roberta żeby pomalował mi ściany na czarno i biało w klimacie filmu. Do tego ze starych firanek uszyłam sobie półprzezroczystą suknię - wtedy wszyscy starali się bardziej rozebrać niż ubrać 
 
Aleksandra Kozłowska
 
Rozmowę zaczynam od zadania: - Gdybyś miała zaprojektować kostium dla Sopotu, co by to było? 
- A Sopot jest kobietą czy mężczyzną? Czy może drag queen? Sama nie wiem – śmieje się Ala Gruca. – Mnie Sopot bardzo kojarzy się z czasami, kiedy po Monciaku chodził Parasolnik. Nie znam jego osobistej historii, ale pamiętam, że widywałam go jako dziecko. Zawsze wzbudzał sensację: z parasolem – bez względu na pogodę, czasem nawet z kilkoma. Zwykle chodził w garniturze, ale niekiedy ubierał sukienkę. Występował też w hełmie z rogami, w peruce z warkoczami. Gdy więc pomyślę o kostiumie dla miasta, staje mi przed oczami właśnie Parasolnik. Zresztą jego postaci użyłam dwa razy podczas przygotowywanej przez Sfinks parady. W pierwszej z nich - nazwanej Paradą Fantazji, a zorganizowanej z okazji sopockiej Majówki w 2011 r. Parasolnik pięknie prezentował się właśnie w sukience. 
Inne postacie Parady Fantazji też nosiły kostiumy, w które – zdaniem Ali - możnaby ubrać Sopot: byli plażowicze w przedwojennych strojach kąpielowych w paski, panie w zdobnych sukniach z lat 30., syreny – nagie piersi przykryte tylko brokatem i cekinami, i nikt się jakoś nie oburzał. A także Neptun, Pudel, biegajace psy... 
- À propos psów – dodaje Ala głaszcząc domagającą się zabawy puszystą akitę o imieniu Aki. - Gdy byłam dzieckiem, psy po mieście ganiały kompletnie luzem. Otwierało się drzwi i pies po prostu sobie wychodził. Spędzał cały dzień na dworze, wieczorem wracał do domu. Były też oczywiście psy za płotami, pewnie rasowe, a więc cenne. Pamiętam np. boksera pisarki Stanisławy Fleszarowej-Muskat, miał na imię Bęben. Mijałam go w drodze do szkoły – chodziłam do „szóstki”; miałam spory kawał na piechotę, bo z ówczesnej ul. Armii Czerwonej (dziś Armii Krajowej) aż pod las. 
 
Hipisi pod św. Jerzym
 
Na Armii Czerwonej, naprzeciwko rynku Alicja Gruca mieszkała od urodzenia. W przedwojennej kamienicy, w dużym, podzielonym między różnych lokatorów mieszkaniu, razem z dziadkami ze strony ojca. Dziadkowie: Irena Maria i Bronisław sprowadzili się tu zaraz po wojnie. Babcia miała majątek na Pomorzu, straciła go po reformie rolnej. W czasie wojny musiała z niego dwa razy uciekać – raz przed Niemcami, później przed Rosjanami. Dziadek był emerytowanym majorem – służył w czasie I wojny. - Nie wiem dlaczego wybrali właśnie Sopot – gdy razem mieszkaliśmy, byłam za mała żeby wypytać ich o ważne historie. Wiem, że mój tata urodził się jeszcze w majątku babci, mama - Joanna pochodzi natomiast z Zagłębia. W młodości przygnało ją do Gdyni, to jej oddała serce. Dziś właśnie tam mieszka. 
Rodzice pracowali, mała Ala wychowywała się pod okiem babci i dziadka. I choć sąsiedzi bywali różni – zdarzały się ciężkie bójki, po których rano na klatce widywało się kałuże krwi – dzieciństwo wspomina wspaniale. – Sopot latem kojarzy mi się z książką Bruno Schulza „Sklepy cynamonowe”. Było gorąco, ale słońce padało na nas przesiane przez liście – Sopot ma dużo, pięknych drzew. Pamiętam zatem te upały i długą drogę na plażę - z Górnego Sopotu do Łazienek Południowych, gdzie zawsze chodziłam, droga wydawała mi się kosmicznie daleka. 
Z sentymentem wspomina też Monciak – wydawał jej się wspaniałym, mieniącym się miejscem, gdzie wszyscy się ubierali w co mieli najlepszego: spodnie w kwiaty, dzwony, szwedy, koturny, wszelkie kolory świata… Były to przecież lata 70. – A pod kościołem św. Jerzego siedzieli hipisi: bardzo barwni, długie włosy, afro – zachwycały mnie ich stroje. A stroje, kostiumy, przebrania rysowałam, malowałam od dziecka.
 
Pastelowy rozkład
 
- Całe moje dzieciństwo mieszkaliśmy z dziadkami w Sopocie, później wyprowadziliśmy się na jakiś czas do Gdyni. Tam chodziłam do liceum. Mam też swój epizod gdański - kiedy studiowałam na Akademii Sztuk Pięknych (malarstwo u prof. Kiejstuta Bereźnickiego), przez dwa lata moim mieszkaniem był akademik na Chlebnickiej. Na szczęście wróciłam do mojego ukochanego Sopotu. Mieszkamy tu do dziś. 
W Sopocie nie tylko mieszka. Sopot też maluje. Dyplom zrobiła z sopockich pasteli - zawsze lubiła tę technikę. Na sopockie ulice wyszła w czasie studiów. Robert Florczak, mąż Ali miał tu pracownię. On malował Alę, ona w przerwach między jednym pozowaniem, a drugim wychodziła na podwórka, by na papier przenosić ich przybrudzony urok. - Tu jest pastel z 1989 r. – Ala sięga po jedną ze swych prac. - Dostałam za niego wyróżnienie na Międzynarodowym Biennale Pasteli w Nowym Sączu. To jest kino Polonia od tyłu, tędy ludzie wychodzili z kina. Bardzo lubiłam ten rozkład, rozpad, zaniedbanie sopockich podwórek –
 to mnie zawsze pociągało. Moje pierwsze pastele były tylko z takich zapuszczonych miejsc. Gdy zaczęliśmy działać w Sfinksie, nie miałam już czasu na malowanie, do pasteli wróciłam dopiero po 20 latach, gdy odeszliśmy z klubu.
Niemal bajkowy wdzięk Grucowych pasteli pokazała wystawa „Sopot story. Magia przemijania” zorganizowana w Sfinksie w listopadzie 2018 r. 
Skąd ten tytuł? - Przez tyle lat jak tu mieszkam, wielu miejsc już nie ma, zniknęły. Albo bardzo się zmieniły: zostały odbudowane, przebudowane… Np. ten dom przy ul. Kubacza – Ala pokazuje kolejny pastel - Malowałam go trzy razy, za każdym razem inaczej wyglądał. Teraz część okien jest zabitych, budynek pewnie idzie do remontu. Złapałam go jeszcze w momencie, kiedy mieszkało tam jeszcze trochę ludzi. Opowiadali mi o tym jak długo tam żyją, co było w okolicy, dokąd się niedługo wyprowadzą.  
Gdy tak wychodzi na ulice malować – jak niegdyś malarze na Montmartrze: ze sztalugami, teczką papieru „welur”, pudełkiem pasteli zawsze z kimś pogada. Raz zaczepią ją panowie od piwka – przyznają, że zazdroszczą jej tego malowania: „Też byśmy tak chcieli!”, innym razem jakaś sopocianka poczęstuje ją talerzem domowych pierogów z jagodami, ktoś inny skomentuje właśnie ukończony obraz. Czasem też zaskoczy ją deszcz. Wtedy celowo zostawia rozmazane krople na papierze – dodają pracy charakteru.
Pytam czy żałuje tych nieobecnych już miejsc. – Chyba nie. To naturalne, że wszystko się zmienia. Może tylko, gdy widzę naprawdę mocną ingerencję w formę budynku, czasem szkoda mi pierwotnej wersji. Ale generalnie akceptuję zmiany. 
Wielką zmianą w jej i Roberta Florczaka życiu było z pewnością uruchomienie Sfinksa. 
 
Bal pod gwiazdami
 
Sfinks, czyli Sopockie Forum Integracji Nauki, Kultury i Sztuki to legenda wśród trójmiejskich (i nie tylko) klubów. Ulokowany w nadmorskim parku przy ul. Mamuszki 1, w dawnym budynku Kunsthalle działa od 1991 r. 
- Sfinksa wymyślił Robert – mówi Ala. – Po prostu brakowało nam miejsca, gdzie można by się spotykać, bawić, wystawiać sztukę. Trzeba było więc coś z tym zrobić. Któregoś dnia Robert zwołał nas wszystkich do Złotego Ula. W grupie byli m.in.: Henio Cześnik, Józio Czerniawski i inni artyści, także prawnicy i inni nasi przyjaciele. Wszyscy byliśmy zgodni co do tego, że nowe miejsce musi powstać. Robert wymyślił nazwę klubu i fundacji i zaczął szukać lokalizacji.
Zbudowana w 1912 r. galeria Kunsthalle była wówczas mocno zniszczona. - Ruina masakryczna – wspomina Gruca. – Nad lewą stroną nie było dachu, niebo zaglądało do środka. Pierwszą imprezę, czyli Bal na Gruzach zrobiliśmy więc pod gwiazdami. Basia Kruszewska przygotowała pyszne potrawy, stoły dekorowały malownicze dynie – była przecież jesień. I tak się zaczęło 19 lat przygody: schody w górę i w dół. Były fazy wspaniałego rozkwitu, były też nieco gorsze. Ale ten początek - okres heroiczny był niezwykły. 
Także dlatego, że zmieniała się polska rzeczywistość. Czas przełomu, poczucie wolności, odkrywania nowych możliwości. Sfinks też z tego korzystał. Zorganizował pierwszą imprezę halloweenową – przyszły tłumy wampirów, wilkołaków, Białych Dam, i jedną z pierwszych imprez techno. Do corocznego kalendarza wprowadził Dzień Kobiet, kiedy to mężczyźni mieli okazję przebrać się za babki, Damskiego Śledzika, tematyczne sylwestry, m.in. „Egipt, a zdegenerowana cywilizacja śródziemnomorska”, sylwester afrykański z Larry`m Ugwu i Ikengą Drummers, sylwester sado-maso, „Noc Azjatów”… Co weekend nieduży budyneczek w lila pasy- projekt Józefa Czerniawskiego, pulsował życiem i muzyką. Regularnie występowały międzynarodowe gwiazdy dubu i reggae: Dub Pistols, Adrian Sherwood, Mad Professor, Zion Train, Transglobal Underground. Poza planowanymi koncertami panowała pełna spontaniczność – Mikołaj Trzaska wpadał z saksofonem i zaczynał się jam.
 
Doktor Caligari za barem
 
Działając w Sfinksie Ala zaczęła robić kostiumy, to z nimi najmocniej jest kojarzona. Scenografia, teatralność, karnawał to jej żywioł. Kostiumy rysowała i tworzyła już jako dziecko. Upinała na lalkach wymyślne stroje, nakrycia głowy, maski. W sopockim klubie mogła do woli realizować swój projektancki potencjał.
- Wpadliśmy na pomysł, że robimy bary – każdy swój. Przebiera się, stoi za barem i zarabia kasę. Uwielbiałam film „Gabinet doktora Caligari” i niemiecki ekspresjonizm. Zapędziłam więc Roberta żeby pomalował mi ściany na czarno i biało w klimacie filmu. Bo bar miał być właśnie w tych barwach, tak jak film o demonicznym doktorze. Do tego ze starych firanek uszyłam sobie półprzezroczystą suknię - wtedy wszyscy starali się bardziej rozebrać niż ubrać – kwituje ze śmiechem. - Wraz ze mną w barze stał Somnambulik. Mieliśmy fajną, barwną grupę: Leon Dziemaszkiewicz, Jacek Staniszewski, Ania Królikiewicz, Małgosia Żerwe, Jacek Kornacki, Piotr Jahołkowski… 
Jednak nazwa Sopockie Forum Integracji Nauki, Kultury i Sztuki od początku sugerowała, że chodzi nie tylko o zabawę. Równie ważna była działalność wystawiennicza – pierwsza ekspozycja prezentowała rysunki Henryka Cześnika. Wisiała raptem jeden czy dwa dni, bo w klubie panowała wtedy dość duża wilgoć, przez dziurawy dach napadało złotych liści... Zrobiliśmy też wystawę „Miejsca” – wspólnie z Łaźnią i galerią C14. Sfinksa reprezentowali Rafał Roskowiński, Robert Florczak i ja. Przygotowałam wtedy serię sopockich drzwi z neonami. Pomalowałam je w Madonny, kwiaty, łabędzie… W tym czasie sztuka w całej Polsce bujnie się rozwijała, wreszcie była wolność wypowiedzi, próby cenzorowania artystów zdarzały się sporadycznie. 
 
Gadające świńskie głowy 
 
Oryginalnym pomysłem Ali było Muzeum Osobliwości – cykl wystaw prezentujących prace – obiekty i instalacje m.in.: Małgorzaty Żerwe, Jacka Kornackiego,Roberta Florczaka, Anny Królikiewicz, Józefa Czerniawskiego i wielu artystów związanych ze Sfinksem.W pamięci widzów szczególnie utkwiły malowane świńskie głowy. 
– Zadebiutowały podczas pierwszego Halloween – opowiada Gruca. - Pomalowałam je we wzory i powiesiłam na całą noc w barze. Barmanka była oczywiście skąpo ubrana – w czerwony gorset. Potem w 1997 r., w ramach pierwszej odsłony Muzeum Osobliwości przygotowałam cztery malowane świńskie ryje, a Darek Michalak zrobił do tego dźwięk – brzmiało to tak, jakby świnie ze sobą rozmawiały. Potem przyszła kolej na strusie: kupiłam głowy i  nogi i dałam je do spreparowania. Swego czasu mieliśmy w Sfinksie pół wypchanego tygrysa – okazało się, że preparował go dziadek pana, który zajął się dla mnie strusimi nogami. 
Do 2018 r. Muzeum Osobliwości miało już sześć odsłon - dwie poza Sfinksem. Niedawna edycja odbyła się w zabytkowej, jakby wyjętej z XIX-wiecznej powieści grozy Willi Bergera przy ul. Obrońców Westerplatte. – Akurat wprowadziliśmy się do domu w sądziedztwie. Spojrzałam na Willę – „O, fajne miejsce na Muzeum” – pomyślałam. 
Podczas sprzątania zostawiłyśmy wszystkie te wielkie, imponujące pajęczyny. Gotowa, piękna scenografia.
 
Zmiana warty
 
Alicja Gruca i Robert Florczak prowadzili Sfinksa przez dziewiętnaście lat. Działalność, choć niewątpliwie ekscytująca pochłaniała mnóstwo pieniędzy i energii. Coraz trudniej było sprostać rosnącym finansom i wymogom BHP. 19. urodziny klubu odbyły się więc pod wiele mówiącą nazwą: „Koniec wiary w cuda”. 
- Zaczęliśmy odczuwać zmęczenie materiału – przyznaje Ala. – Sfinks – wspaniały i fantastyczny był przy tym bardzo wyczerpujący. Każdy weekend, każdy sylwester – trzeba było wymyślać tematy, scenografie, zastanawiać się co podać do jedzenia – sama na szczęście nie gotowałam. Coraz ciężej było nam na sztukę zarobić. A tu trzeba było ciągle zmieniać wnętrze, przecież to musiało się kręcić. Fontannę robiliśmy w ultrafioletach, ale farby fluorescencyjne, żywice to była kupa forsy. Poza tym Robert zrobił doktorat, miał coraz więcej pracy w ASP. 
Nie ukrywa, że z żalem zakończyli sfinksową przygodę. Klub, zwany od tej pory Sfinks 700, najpierw przejął Leszek Możdżer, potem Łukasz Zieliński. – Ale wystawy robimy tam cały czas, Robert w ramach cyklu Prezentacje Młodych pokazuje tam m.in. prace studentów ASP – mówi Ala. – Coś się skończyło, to prawda. Ale dzięki temu wróciłam do malowania, do projektowania kostiumów dla teatrów. Ostatnio pracowałam z Grzegorzem Bralem, reżyserem i twórcą teatru Pieśń Kozła z Wrocławia. Robiliśmy „Antygonę”. Wszystkie kostiumy były w czerni, tak chciał reżyser. Skóry, ćwieki, trochę inspirowane heavy metalem.  
Ale Sfinks wciąż znajduje się w orbicie działań duetu Gruca-Florczak. Nie tylko ze względu na szykowane przez nich wystawy. Właśnie opracowują bogato ilustrowany album dokumentujący sfinksową historię; chcieliby go wydać w 2019 r.