Alfreda Zeszutek (z domu Olichwierówna)

Kategorie haseł

sport
(8)

Zdjęcia galerii

Galeria relacji:
Siatkówka
Przyjechaliśmy do Sopotu ze Wschodu we wrześniu 1945 roku. Miałam wtedy 16 lat. W październiku zapisałam się do Gimnazjum i Liceum Handlowego na ulicy Kościuszki. Spotkałam tam koleżanki, z którymi w czwórkę grałyśmy w siatkówkę. Dyrektorką szkoły była pani Maria Ostrowska. Myśmy grały na boisku szkolnym i tam pewnego dnia przechodził pan Lotar Geyer, bo pracował nieopodal w Urzędzie Miasta. Kilka razy na nas popatrzył, a potem zapytał, czy byśmy chciały, żeby on się nami zajął, bo był trenerem siatkówki. Poszedł po zgodę do pani dyrektorki i ona ją wydała. Klub sportowy działał w ramach harcerstwa. W 1947 roku, gdy odnosiliśmy różne sukcesy uzgodnione zostało w kuratorium, że będzie się to nazywało Harcerski Klub Sportowy „Wybrzeże” Sopot. Mieliśmy najpierw harcówkę przy plebanii przy kościele św. Jerzego. A w 1946 roku, gdy była akcja „Trzymamy straż nad Odrą” – hufiec sopocki jechał do Szczecina i wtedy harcówka była na 1 Maja vis-a-vis sądu w Sopocie (później tam było przedszkole). Mam uwieczniony powrót harcerzy z tej akcji na zdjęciu. A na końcu działalności HKS-u zajmowaliśmy budynek na Obrońców Westerplatte, gdzie dziś jest szkoła muzyczna. W Sopocie treningi były przy szkole w hali sportowej, później na Armii Krajowej – tam gdzie kiedyś była Wyższa Szkoła Handlu Morskiego naprzeciwko pomnika AK. Tam była taka mała sala, ale czasem na boisku strażaków trenowałyśmy, bo nie było gdzie. Gdy było zimno, to w rękawiczkach trenowałyśmy. Na kortach był też kiedyś mecz w siatkówkę, jak Rosjanie przyjechali, to pamiętam że tam graliśmy – Kraje Nadbałtyckie wtedy tam grały, ale tylko te „Demoludy”, jak to mówili. Żona trenera Geyera też grała w siatkówkę harcerskiej drużynie, bo czasami brakowało nam osób. Więc państwo Geyer, gdy nie mieli co zrobić z dziećmi to brali czasami swoje córki na treningi i na wyjazdy. Mam zdjęcie z Radomia, gdzie właśnie taka mała dziewczynka jest razem z drużyną – to młodsza córka trenera. Lotar Geyer był bardzo dobry. Był wymagający, myśmy się go słuchały. Nieraz grywałam z inną drużyną i widziałam zachowanie studentek w stosunku do trenera, jak np. mówiły – co ty tu się będziesz rządził. Dla mnie to był szokujące. My szanowałyśmy trenera. Dbał o nas. Zimą musiałyśmy nosić ciepłą bieliznę, on kazał nam na to zwracać uwagę, żebyśmy się nie przeziębiły. Jak ktoś się źle czuł to nie musiał ćwiczyć, ale musiał być na treningu, żeby widzieć co się dzieje. Treningi były najpierw dwa, później cztery razy w tygodniu. Trwały ok. 2 godzin. Wtedy nie było żadnych siłowni, była za to gimnastyka, skoki, ćwiczenia z piłką. Myśmy też grały chętnie z chłopakami z Akademii Sztuk Pięknych. Mieszkali tam przy ul. Pułaskiego – Bema. Tam był placyk, gdzie mogliśmy razem grać. Oni robili dekoracje na 1 maja lub 22 lipca, mieli chałturę to nas potem zapraszali na podwieczorki do Grand Hotelu albo kiełbaski kupowali. Gdy był mecz to w największej sali 2 tysiące osób się mieściło. Było zawsze mnóstwo osób. Na ulicy kibice się kłaniali, byłyśmy znane. Mogłyśmy wszystko bez kolejki załatwić. Nasza drużyna była lubiana. Geyer też był znany w Sopocie. Był też sędzią międzynarodowym, a rok nawet trenerem reprezentacji Polski. Podczas wyjazdów zawsze zaliczałyśmy sobie teatr. Po meczu w sobotę, albo jeszcze w piątek chodziłyśmy na spektakle. Nawet zachowałam sobie programy przedstawień. Jak byłyśmy w harcerstwie to grałyśmy w siatkówkę, ale ja też rzucałam kulą i dyskiemi koleżanki też tak – bo zdobywaliśmy dzięki temu punkty. Była u nas pierwsza sekcja lekkoatletyczna! W Bydgoszczy byłyśmy na mistrzostwach Polski. W tamtą stronę mieliśmy pociąg opłacony. Honorowym prezesem Harcerskiego Klubu Sportowego był Eugeniusz Kwiatkowski, a prezesem był mecenas Czesław Kuncewicz i oni nam ten wyjazd fundowali. Ale z powrotem.. jechaliśmy na gapę. Kolejarze zobaczyli, że harcerze jadą to przymknęli oko. My byliśmy jak jedna wielka rodzina – spotykaliśmy się często, nie tylko na treningach, czy zawodach, ale też na wieczorach muzycznych. Mieliśmy sympatyczne grono – wiązało nas bardzo to harcerstwo. Koledzy byli bardzo grzeczni, przy dziewczynach nigdy się brzydko nie odzywali. To byłoby nie do pomyślenia. Drużyny były męskie i żeńskie, ale niestety krótko to trwało. W 1949 roku zlikwidowano harcerstwo. Zakończenie zorganizowano na Stadionie Lechii w Gdańsku i tam ze wszystkimi pucharami, nagrodami była defilada. A myśmy wtedy wygrały z Kolejarzem w siatkę i mogłyśmy pojechać na półfinały mistrzostw Polski do Lublina. Dziewczyny z Kolejarza były starsze od nas – dwie mężatki tam już były, ponad 20 lat miały, a my po 17 lat i wtedy one do nas przeszły. I tam w Lublinie weszliśmy do finału i tam trzy zawodniczki zostały powołane do kadry. A jak zlikwidowano harcerstwo to pan Geyer załatwił, żebyśmy w Gdyni mogli działać jako Grom. Z Sopotu były 4 zawodniczki – Halina Tomaszewska, Kaja Orzechowska, ja się nazywałam Alfreda Olichwierówna i Teresa Kolesińska – i my byłyśmy z jednej klasy. Później dwie koleżanki odeszły, a my przeszłyśmy do Kolejarza, później po 1956 roku pozwolili by wróciła przedwojenna nazwa Gedania. Ja byłam już mężatką i dalej grałam. Mąż był wojskowym we Wrocławiu, więc pojechałam do niego. Ale tam dostawałam zawsze specjalne bilety od Kolejarzy i jak był mecz to jechałam grać. I raz byłam już w piątym miesiącu ciąży. Dostałam taki bilet, a dwie koleżanki były w kadrze i jechały do Paryża, więc brakowało zawodniczek, więc chcieli bym grała, bo nie wiedzieli, że jestem w ciąży. I proszę sobie wyobrazić, nikt tego nie zauważył! A w hotelu w cztery osoby mieszkałyśmy razem. Zwróciły tylko uwagę, że spoważniałam. I pytały co się stało, że się nie wygłupiam, nie odpowiadam dowcipów. Tak więc widać, że naprawdę nam zależało na drużynie. Później wróciłam do Sopotu, urodziłam tu dziecko, ale już w maju zaczęłam trenować sobie w ogrodzie. A potem mały jeździł ze mną na obozy. Grałam w siatkówkę do 1960 roku. Dla nas to była pasja. Dziś w jednym roku ktoś gra w Atomie, a później w Muszyniance – wtedy tak nie było, było się przywiązanym do klubu. Do dziś się spotykamy, kiedyś to nawet raz w miesiącu się odwiedzaliśmy.
 
Życie codzienne w Sopocie
Mój tata Michał był wojskowym w II Armii, chcieli nas wywieźć na Syberię, to uciekliśmy do Guberni i potem tutaj. Rodzice dostali jako rekompensatę za dom za Bugiem ten dom (ul. Małopolska). W ogrodzie stał wtedy czołg. Na rogu, gdzie jest taka ładna willa byli tam pochowani rosyjscy żołnierze, było ich chyba pięciu. Później w 1946 roku była ekshumacja i wywieźli ich na cmentarz obok Opery Leśnej. Na naszej ulicy wszystkie domki były zbudowane z czerwonej cegły. Nie były zniszczone. Trochę tu już ludzi było, jak przyjechaliśmy. Ale Niemców nie widziałam. Te domy podobno budowano dla kombatantów i inwalidów – Niemców, którzy walczyli w I wojnie światowej. Codziennie do szkoły chodziłam na piechotę. Jak wracaliśmy np. z Warszawy to o 12 w nocy był pociąg – a w sezonie ligowym co dwa tygodnie jeździliśmy, to potem na piechotę się zasuwało. Potem był trolejbus, podjeżdżali i przed mostem był przystanek, więc było wygodniej. Kolejka później była, ale jeszcze wcześniej jeździł też pociąg. Tutaj (Kamienny Potok) był wysoki most i nad torami się przechodziło. Linie wysokiego napięcia były pod mostem. Zimą to była makabra iść po tych schodach. Pod nimi była kasa. Tutaj było dość spokojnie, nigdy nic złego mi się nie przytrafiło. Byłam nastolatką, ale nie było obawy żebym tak chodziła sama. Później zaczęło tu dużo ludzi napływać do pracy, zakłady wynajmowały pracownikom mieszkania i wtedy nawet męża ktoś zaczepił, na wysokości tej figury, co się zjeżdża z Malczewskiego. Ale mąż się nie dał! Na rogu był kiosk, mniej więcej jak się wchodzi w tunel przy przystanku SKM Kamienny Potok to po prawej stronie stał. Taki pan go prowadził i wszystko można było dostać. A tam gdzie dziś jest mięsny, to tam też był sklepik rzeźnika. Ryby kupowało się zawsze od rybaków. Jeżdżę po dziś dzień tam na Grunwaldzką. Przy domkach każdy miał domek gospodarczy, tata kupił świnkę, każdy też miał kury, a nawet nutrie hodował. W ogrodzie siało się ogórki, koleżanki na ogórki przychodziły do mnie. Krówkę też niektórzy trzymali. Dzisiejsze Brodwino to po prawej były łąki, płynie tam rzeczka i po drugiej stronie były ogródki. Dziś zostały jeszcze drzewa owocowe, bo osiedle w 60-tych latach dopiero budowano. Jak się wychodziło kiedyś tutaj do lasu, to mama brała koszyk i wracała z grzybami. Teraz niestety już tak nie ma. Nad morze często chodziliśmy po południu, czy w nocy. Do męża często przyjeżdżał kolega pułkownik z żoną i taki przyjaciel Zdzisław Szostak – dyrygent. Przez ponad 20 lat nas odwiedzali. Całym towarzystwem, po kolacji, w szlafrokach, prosto ulicą w dół szliśmy sobie na plażę. Braliśmy piłkę i tam sobie graliśmy. Nie lubiliśmy, jak był tłok na plaży. Tam gdzie dziś jest pensjonat „Maryla”, tam rosną takie magnolie – tam była straż graniczna. Oni chodzili po plaży i sprawdzali, czy ktoś nie ucieknie za granicę. Tam, gdzie dziś jest Aqua Park był Bungalow – bardzo elegancka restauracja, schodami się schodziło do morza. Tam miałam bal maturalny, był to bardzo ładny lokal, a zaraz po wojnie służył jako dom dziecka dzieci polskich pozbieranych z Rosji. Biedne to było strasznie. Mama wynajmowała kwatery turystom, ale dopiero w 60-tych latach. Miała umowę z kąpieliskiem, uważała że tak jest spokojniej. Oni przysyłali z biura wczasowiczów na dwa tygodnie. Udostępnialiśmy pomieszczenia na dole domu. Kiedyś nie było tego kościoła (na Kujawskiej), teoretycznie należeliśmy do kościoła na cmentarzu, ale myśmy chodzili na piechotę do kościoła św. Jerzego. Tam brałam ślub i tam chrzciłam dzieci, a moje wnuki też są związane z tym kościołem.
 
Rozrywka
W latach sześćdziesiątych chodziliśmy na molo, a przed nim siadało się na takich tarasach, a na środku była fontanna. Była kolorowa i pamiętam, że tam był balet. Bardzo lubiliśmy tam chodzić. Na kawę chodziło się do De Marco. Były tam tylko dwa stoliki, a pomieszczenie było wąskie. Teraz jest to powiększone o werandę. Wtedy kawę to na stojąco trzeba było pić. Dostawało się malusieńkie filiżaneczki, ale to było prawdziwe espresso. Sami znani aktorzy tam bywali - Waldorf chodził ze swoim jamnikiem, Kwiatkowska, Duszyński, Zwierz – śpiewak, Holubek, Ćwiklińska. Na kortach bywały koncerty, wyświetlano też tam filmy. Chodziliśmy też do Opery Leśnej, Halka tam była wystawiana z tego co pamiętam. Chodziliśmy też do teatru i to na wszystkie sztuki, Barbara Krafftówna tu grała, Leon Niemczyk też. Na Grunwaldzkiej była cukiernia Warszawska, tam się chodziło na napoleonki, dziś się często mówi „kremówki”. Na Monciaku były lody u Włocha, ale nie pamiętam jego nazwiska. Myśmy tam chodziły na wyścigi – kto zje więcej lodów. Ja wtenczas zjadłam 10 lodów! Aktor Adolf Dymsza miał restaurację na Monciaku, tam gdzie jest Dom Aukcyjny, troszkę niżej od niego. Dziś tam jest ogród i w tyle jest zabudowa, a wtedy to było przy froncie. Można na Monciaku było spotkać Parasolnika. To był taki cudak, ale nikogo nie obrażał. Przebierał się różnie – nawet za kobietę. Wszyscy chcieli z nim zdjęcie robić. On podobno mieszkał na Grunwaldzkiej. Był też taki Peter, ale on potrafił być czasami chamski. Zaczepiał tak na siłę. Czasem był po kielichu, więc z nim to było więcej kłopotu. On na Haffnera mieszkał, a wtedy to była ulica Bieruta.